Reklama

Reklama

Stanisław Soyka: Już nic nie muszę

​Osiągnął w życiu stan równowagi. Naprawił szkody, które wyrządził. I dziś skupia się na wnukach, muzyce i miłości, która są dla niego sensem życia.

Właśnie wydał pan płytę, do której ponoć zmusili pana fani. 

Reklama

- Fani i rodzina. Długo wydawało mi się, że wszystko, co najważniejsze, już napisałem. Czułem, że już nie mam nic do powiedzenia. 

Z pańskim bagażem życiowym? 

- Tak! To poczucie trwało we mnie wiele lat. Zamiast zbijać bąki, postanowiłem jednak śpiewać i pisać muzykę do wierszy poetów. Sam siebie za poetę nie uważam. Umiem w poetycki sposób sformować myśli, ale to nie jest jeszcze poezja. Jakieś pięć at temu ludzie zaczęli mnie pytać, kiedy wreszcie zacznę pisać i śpiewać swoje utwory. 

- Pomyślałem, że to jest zawołanie społeczne. Zacząłem chodzić, myśleć i powoli pisać... O Holokauście, śmierci i przemijaniu...Mam się dobrze, miałem dobre życie. Ale ludzie wciąż odchodzą. 

- Trudno mi o tym mówić, bo niedawno umarł mój młodszy brat. I wciąż nie potrafię sobie z tym poradzić. Trzeba jednak mówić o śmierci i bólu, który jej towarzyszy. 

Mawia pan, że cierpienie jest ważnym elementem życia. 

- To wynika z moich obserwacji. Ile razy jest mi bardzo dobrze, tyle razy coś się wydarza złego. Uznałem, że mam dwa wyjścia - albo się na to obrażę, będę stał okoniem, albo przypatrzę się temu i spróbuję to zrozumieć. 

- I jeśli będzie trzeba, po prostu przeżyję ten smutek. W pewnym sensie jest to droga buddyjska - mądre zalecenie, żeby nie blokować takich żywiołów jak smutek. Bo jak będziemy próbowali, to może nas ogarnąć rozpacz, a to demon. Dla mnie życie jest szczęściem. Ale cierpienie jest jego integralną częścią. 

Mówi pan: "Byłem egoistą i despotą. Dziś jestem lepszym człowiekiem". 

- To nie znaczy, że dziś już nie jestem egoistą i despotą. Ale złagodniałem. Wie pani, człowiek może się naprawiać, polepszać. To, jak się innym ze mną żyje, jest dla mnie dziś ważne. Człowiek nie jest tak idealny, jak myśli. Mam na sumieniu rzeczy trudne. Dużo udało mi się naprawić. Choć nie wszystko. 

Miał pan w życiu moment "sodówki"? 

- W młodości przez moment byłem wściekle popularny. Miałem wtedy 30 lat i całkowicie się tym zachłysnąłem. Gdy dotyka cię taka popularność, myślisz sobie: "Jestem nietykalny, wszyscy są na moich usługach, szanują mnie i kochają". 

- Pamiętam jednak moment, w którym ta sodówka ze mnie zeszła. Po jednym z koncertów wybrałem się na spacer. Kupiłem sobie kapiszony i rzucałem nimi, idąc do baru. Naprzeciwko szła wycieczka z wychowawczynią. Mijając mnie, spojrzała mi prosto w oczy i rzuciła "Uważaj". Przeszedł mnie dreszcz. I balonik pękł. 

Powiedział pan, że gdy w 1984 roku rzucił kokainę, życie stało się szare. Dziś ma kolory? 

- To było na szczęście krótkotrwałe uczucie. Narkotyki to toksyny, które opanowują nasze dusze i pozwalają otwierać drzwi demonom. Powinno się więcej na ich temat nauczać, bo w Polsce wiedza o narkotykach jest znikoma. Przygodę z nimi zacząłem późno, miałem też wystarczająco dużo szczęścia, że środowisko i ludzie, z którymi miałem do czynienia, nie pozwolili mi przepaść. Parę rzeczy rzuciłem i jestem z tego powodu szczęśliwy. 

- A ostatnio porzuciłem z dnia na dzień najbardziej franco waty nałóg, czyli papierosy. Rzuciłem, bo pewnego dnia zabrakło mi oddechu. Usłyszałem w szpitalu: "Jeśli chce pan żyć, to nie może pan już palić". 

To prawda, że niczego pan w życiu nie żałuje? 

- Przepracowuję pewne sprawy i dochodzę do wniosku, że gdyby nie to, co stało się 30 lat temu, nie byłbym tu, gdzie jestem. Gdybym nie zaryzykował wszystkiego, mając świadomość, że robię coś złego, to bym nie wiedziałbym tego, co wiem teraz. 

Mówi pan o odejściu od rodziny? 

- Tak, ale nie tylko. Także o wielu latach życia i doświadczeń. Wszystko jest ze sobą stopione i przecieka przez siebie. Są przyczyny i skutki. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje