Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Renee Zellweger. Na taką rolę czekała bardzo długo

Czas na zmiany

Załamanie w życiu prywatnym zbiegło się z kryzysem zawodowym. Po gigantycznym sukcesie drugiej części Bridget Jones w 2004 roku Renée była u szczytu sławy, ale została zaszufladkowana - nikt nie chciał dać jej roli na miarę talentu. Nie zniknęła całkiem z ekranu, ale też nie zagrała już nic znaczącego. W 2010 roku ogłosiła, że wycofuje się z zawodu i zniknęła na sześć lat. W podjęciu tej decyzji pomogła jej Salma Hayek, którą Zellweger spotkała kiedyś na lotnisku. "Róża nie kwitnie przez cały rok, chyba że jest z plastiku" - powiedziała jej wtedy meksykańska aktorka. Zellweger zrozumiała, że ona też potrzebuje czasu, żeby móc znów rozkwitnąć.

Reklama

"Wcześniej żyłam w szalonym pędzie, nie dbałam o siebie. Byłam ostatnim punktem na liście moich własnych priorytetów", tłumaczyła. Zaczęła chodzić do psychoterapeuty, który kazał jej zwolnić tempo. "Zwrócił moją uwagę na to, że 99 proc. mojego życia spędzam jako osoba publiczna, a dla mnie samej zostaje tylko mikroskopijna część tego, co prawdziwe. Poczułam, że nie chcę mieć planu rozpisanego na dwa lata do przodu". Przez tych sześć lat publicznie pojawiła się tylko raz, w 2014 roku na rozdaniu nagród dla kobiet w Hollywood, i wzbudziła sensację. Jej twarz była nie do poznania. "Czy Renée zrobiła operację plastyczną?", dociekały tabloidy i portale plotkarskie. Ona milczała. A dwa lata później napisała gorzki felieton do serwisu "Huffington Post": "To, czy coś sobie zrobiłam, czy nie zrobiłam, nie ma najmniejszego znaczenia. Istotne jest, że dyskutują o tym powszechnie respektowani dziennikarze i poważne media, że stało się to tematem debaty publicznej, odciągając uwagę od rzeczy naprawdę ważnych. To pokazuje, na jakim poziomie są dziś newsy i jak bardzo zafiksowani jesteśmy na punkcie fizyczności. Nie jest tajemnicą, że wartość kobiety od wieków jest mierzona wyglądem. Rozwinęliśmy się w tym czasie, ewoluowaliśmy jako społeczeństwo i uznaliśmy fakt, że kobiety w każdej dziedzinie mogą zajmować tak samo wysokie stanowiska jak mężczyźni, ale jedno się nie zmieniło: wciąż jesteśmy oceniane przede wszystkim na podstawie naszego wyglądu. Jaki przykład dajemy kolejnym pokoleniom?".

Pięćdziesiątka w Hollywood

Pierwszy rok przerwy był trudny, musiała dojść do siebie. Ale potem zaczęła nowy rozdział. Napisała scenariusz do serialu "Cinnamon Girl" o czterech młodych dziewczynach, artystkach, dorastających w Los Angeles pod koniec lat 60., który ostatecznie nie został zrealizowany. Dużo podróżowała, była m.in. w Tajlandii i Liberii. Ten drugi kraj odwiedziła razem z przyjaciółką, która założyła tam fundację walczącą o prawa kobiet. Wróciła też na uniwersytet, gdzie chodziła na zajęcia z polityki międzynarodowej.

Do filmu zdecydowała się wrócić w 2016 roku, kiedy dostała propozycję zagrania w trzeciej części "Bridget Jones". Jednak fani byli sceptyczni: czy wychudzona Renée Zellweger, fanka zabiegów medycyny estetycznej, może jeszcze wcielać się w bohaterkę, która ma zachęcać kobiety do samoakceptacji? Jeden z uznanych publicystów zażartował nawet, że Bridget powinna mieć wypadek, który usprawiedliwiałby operację plastyczną.

Producenci co prawda z jego rady nie skorzystali, ale "Bridget Jones 3" i tak została ciepło przyjęta. Jednak prawdziwy powrót Renée Zellweger to film o Judy Garland. Aktorka zagrała najlepszą w swojej karierze rolę i w końcu wygląda na 50-letnią kobietę. Oczywiście taką w hollywoodzkim wydaniu, ale wreszcie przypomina samą siebie. Zellweger udowadnia, że czasem można upaść i zrobić krok w tył, ale tylko po to, żeby podnieść się jeszcze silniejszą.

Iga Nyc

Zobacz również:

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje