Przejdź na stronę główną Interia.pl
Otaczały ją tłumy, ale była sama

Janis Joplin

Nigdy nie porzuciła śpiewania, by być czyjąś "starą".

Jim Morrison zakochał się w niej do szaleństwa po tym, jak oberwał od Janis butelką po jej ulubionym burbonie Southern Comfort.

Reklama

- Co za wspaniała kobieta! - powiedział swemu agentowi. - Jest niesamowita. Uruchomił cały swój wdzięk, na punkcie którego szalały tysiące fanek, ale Joplin pozostała obojętna.

Leonard Cohen także miał do niej słabość. To do niej adresowana jest jego piosenka "Chelsea Hotel No. 2". Chociaż jednak miała wielu kochanków, nie znalazła prawdziwej miłości. Poza muzyką.

Byle uwolnić sie od Port Arthur

Janis urodziła się chyba w najmniej rock’n’rollowym miejscu w Stanach, w Port Arthur w Teksasie. Tam liczyła się ropa, a zza okien straszyły szyby wiertnicze. Była najstarszą z trójki rodzeństwa. Świetnie radziła sobie w szkole, śpiewała w chórze kościelnym. Rodzice trzymali ją krótko i wierzyli w konserwatywne wartości.

- Ojciec nie chciał nam nawet kupić telewizora - wspominała. Zawsze uśmiechnięta, popularna wśród rówieśników... Prawdziwa szkolna gwiazda. Tym bardziej przeżyła okres dojrzewania, kiedy na twarzy pojawiły się pryszcze i przybyło jej ładnych kilka kilogramów. Koledzy i koleżanki z klasy dawali jej popalić. Przylgnęło do niej niezbyt subtelne przezwisko: "świnia". Krążyły też plotki, że jest puszczalska. Janis w odpowiedzi zaczęła się buntować. Została miejscową niegrzeczną dziewczyną. Zamiast w kościele śpiewała w barach, zmieniła styl ubierania się i kolor włosów. Nosiła flanelowe, męskie koszule do samych rajstop albo bardzo krótkich spódniczek.

- Teksas jest w porządku, jeśli chcesz zapuścić korzenie i w spokoju wychowywać dzieci, ale nie jest to miejsce dla skandalistów - mówiła. - Bardzo źle mnie tam traktowano. Janis dusiła się w małomiasteczkowej atmosferze.

- Chciałam być artystką, a inne dziewczyny marzyły o karierze stewardes. - Ja czytałam, malowałam. Myślałam - wspominała.

Miała nadzieję, że zacznie nowe życie w college’u. W Lamar State College of Technology wytrzymała jednak zaledwie semestr. Nie znalazła tam pokrewnej duszy, za to ją wybrano: "najbrzydszym facetem w kampusie". Unikała zajęć i kolegów z roku. Większość czasu spędzała w barach, a po pół roku wróciła do rodzinnego miasta i w miejscowym college’u rozpoczęła kurs dla... sekretarek. Ta ścieżka kariery była skazana na porażkę. W 1961 roku Janis spakowała walizkę i ruszyła do Los Angeles, by zająć się śpiewaniem. Nie udało jej się przebić, więc chociaż przysięgała, że jej noga już nie postanie w Port Arthur, sytuacja znowu zmusiła ją do powrotu do znienawidzonego miasta.

Rok później przyjęto ją na University of Texas w Austen, gdzie studiowała sztukę. Tam znalazła przyjaciół, z którymi założyła zespół Waller Creek Boys. Ona jednak pragnęła czegoś więcej. W 1963 roku rzuciła naukę i wyjechała do San Francisco. Wystąpiła na kilku festiwalach, ale bez większych sukcesów. Tym razem jednak nie wróciła do domu. Wybrała Nowy Jork.

Może miałaby większe szanse, na sukces, gdyby nie to, że już wtedy pojawiły się u niej problemy z alkoholem i narkotykami. Na szczęście w porę dostrzegła, że nie panuje nad swoim życiem. Po trzech latach znowu przekroczyła granicę miasta Port Arthur. Postanowiła zmienić swoje życie i wizerunek. Włosy wiązała w ciasny kok i zaczęła ubierać się jak własna matka.

Pokonała ją heroina

Bez imprezowania i występowania wytrzymała niecały rok. Gdy zadzwonił jej kumpel Travis Rivers i powiedział jej o zespole z San Francisco, który szuka wokalistki, nie zastanawiała się długo. Jej głos rzucił muzyków z Big Brother na kolana. Na początku śpiewała zaledwie kilka piosenek i grała na tamburynie, ale szybko okazało się, że to jej wokal i osobowość jest siłą napędową bandu. Kokietowała publiczność, przeklinała, piła burbon prosto z butelki... Fani byli zachwyceni, koledzy z zespołu mniej. Między muzykami były tarcia, ale w 1968 roku wydali album "Cheap Thrills". Z niego pochodzą przeboje artystki: "Piece of My Heart" i "Summertime".

Pomimo sukcesu, Janis była już zmęczona atmosferą w zespole. Gdy w 1969 roku pojawiła się solo na festiwalu w Woodstock, miała już wiernych fanów. Z popularnością przyszła jednak też krytyka. Media uderzały nie tylko w jej twórczość, ale też w nią osobiście.

- To był dla mnie dość ciężki czas - mówiła Janis. - Liczyło się dla mnie to, czy ludzie mnie zaakceptują, czy nie. Wokół niej było mnóstwo osób, w tym wielu mężczyzn. Mimo to była przeraźliwie samotna.

- Gdy jestem na scenie, kocham się z 25 tysiącami, do domu zawsze wracam sama - mówiła. Lekarstwem na stres był dla niej alkohol. Od producenta swojego ulubionego trunku dostała w prezencie futro z rysiów za to, że tak znakomicie reklamuje ich produkt. Do kompletu kupiła używane Porsche, które pomalował jej znajomy artysta. Co ciekawe, choć rzadko bywała trzeźwa, Janis zawsze trzymała się na nogach i panowała nad kierownicą. Chociaż rozbijała się autem po pijanemu, nigdy nie dostała mandatu! Z alkoholem jakoś sobie radziła, z heroiną nie.

Agent piosenkarki Albert Grossman musiał zdawać sobie sprawę z tego, jak mocno Janis tkwi w nałogu, bo w czerwcu 1969 roku ubezpieczył jej życie na 200 tysięcy dolarów. Zmarła czwartego października 1970 roku po przedawkowaniu heroiny. Jej ostatnim nagraniem były życzenia urodzinowe dla Johna Lennona. Otrzymał je już po jej śmierci. Prochy Janis rodzice i ciotka rozrzucili z samolotu nad Pacyfikiem.

Przed śmiercią Janis zapisała 2500 dolarów przyjaciołom, by zrobili huczną imprezę po jej śmierci. Dotrzymali słowa bo, jak wiele razy wcześniej, wszystkie drinki fundowała Joplin...

JL

Dowiedz się więcej na temat: Janis Joplin

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje