Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mówiono, że są jak wróbelek i rajski ptak

Agnieszka Osiecka i Maryla Rodowicz: Dzielił je stosunek do życia, kariery, pieniędzy i mody. Co łączyło?

Nie cierpię nudziarzy. To typ ludzi, z którymi nie będę rozmawiała ani przy winie, ani przy kremie z malinami - mawiała Agnieszka Osiecka. Nie wiadomo, czy z Marylą Rodowicz jadała krem z malinami, ale jest pewne, że wiele nocy spędziły na rozmowach przy winie. Rodowicz nie była nudziarą.

Dziewczę w wianku

Reklama

Poznały się pod koniec lat 60. Jedna była już słynną tekściarką Teatru STS, druga wschodzącą gwiazdą. - Agnieszka polubiła mój śpiew do tego stopnia, że gdy wyjechała do Ameryki, pozwoliła mi szukać tekstów w swojej szufladzie w redakcji "Trójki", gdzie prowadziła Radiowe Studio Piosenki, a zza oceanu przesłała mi tekst "Ballady wagonowej" - wspomina piosenkarka.

Gdy w końcu się spotkały, zakochana w Bobie Dylanie Rodowicz wypaliła, że nie podobają jej się zbyt publicystyczne, gazetowe teksty dla STS-u. Osiecka nie obraziła się i napisała dla niej "Żyj mój świecie", utwór, od którego nazwę wziął debiutancki krążek Maryli. Zaprzyjaźniły się. Po cichu Osiecka podśmiewała się, że Rodowicz to "styl w typie: po zbożu biegnie dziewczyna w wianku bławatków na głowie i śpiewa sobie po angielsku". Ale spotkanie z nią wniosło do jej twórczości świeży powiew.

Teksty dla Maryli pisała od ręki, z wielką lekkością Tak powstały "Małgośka", "Jadą wozy kolorowe", "Sing Sing", "Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma", "Damą być", czyli, jak mówiła poetka, "piosenki-zabawki, piosenki-figlarki". Wielokrotnie powtarzała, że autor, by się spełnić, musi trafić na "swoją Rodowicz". Dla niej napisała wszystkie "Małgośki" świata.

Z dobrego tekstu na zamówienie była dumna jak krawiec z dobrze uszytego płaszcza, tworzyła małe arcydzieła poezji użytkowej. Jeśli Rodowicz coś się nie podobało, potrafiła w nieskończoność męczyć o poprawki. Agnieszka ustępowała, przerabiała - z jednym wyjątkiem. Przy "Niech żyje bal" postawiła na swoim, zaparła się. "Bal" po tryumfalnym pochodzie przez festiwale stał się hymnem pokolenia, dostał nagrodę na konkursie w Los Angeles, pokonując trzy tysiące konkurentów.

Dzięki tekstom Agnieszki, wykonaniom Maryli i muzyce Katarzyny Gaertner polska piosenka się odrodziła. Poetka znała masę ludzi, była legendarną postacią w towarzystwie, wprowadziła w nie młodszą Rodowicz. Dzięki niej Maryla poznała Andrzeja Dużyńskiego. Sprzedawał sprowadzane z Francji peugeoty, skąd wzięło się jego przezwisko "Peżot". Był bogatym inżynierem i uwielbiał się bawić. Na jego prywatki przychodziła cała śmietanka artystyczna Warszawy, Osiecka brylowała. - Musisz poznać tego faceta! Dosyć tych artystów, czas na kogoś normalnego! - namawiała koleżankę, która przeszła kolejne burzliwe rozstanie.

Miała rację, niedługo potem ona i Seweryn Krajewski byli świadkami na kameralnym ślubie Rodowicz z "Peżotem". Sama jednak nie stosowała się do własnych rad. - Wybierała mężczyzn dziwnych, którzy jej nie akceptowali. A powinna mieć kogoś, kto by ją uwielbiał, tak jak uwielbiały ją koleżanki - wspominała Rodowicz.

Skąd wzięła te buty?

- Twórca piosenki i piosenkarz są trochę podobni do małżeństwa. Jeśli chodzi o moją współpracę z Marylą, to gdybym patrzyła na nasze kontakty jak ktoś z boku, pięciu groszy bym za to nie dała - opowiadała poetka. Różnił je stosunek do kariery, pieniędzy i mody. Dla Maryli i jej pokolenia stroje były symbolem niezależności. Osiecka natomiast mawiała, że nie interesuje się modą, a moda nią. Marylę nazywała "wielobarwnym, upierzonym ptaszyskiem". O niej mawiano, że jest jak szary wróbelek.

- Agnieszka robiła wszystko, żeby wyglądać brzydko - wspomina Hanna Bakuła. - Strasznie się ubierała. Nie malowała się. Nie miała puderniczki i szminki, tylko dezodorant i krem Nivea z nadgniecionym sreberkiem. Parę razy przyznawałyśmy jej tytuł najgorzej ubranej kobiety świata. Nosiła takie buty, jakich nie było w modzie od lat. Wszyscy się zastanawialiśmy, skąd ona je brała.

Te różnice nie przeszkadzały we wspólnych podróżach. Osiecka i Rodowicz bywały częstymi bywalczyniami artystycznej enklawy na Mazurach, wioski Krzyże. Kiedyś postanowiły pojechać porsche, nowiutkim nabytkiem Rodowicz, miłośniczki sportowych samochodów. Zawieszenie pięknego auta nie sprostało mazurskim wertepom. Przyjaciółki przekoziołkowały, wylądowały na dachu. Pół wsi pobiegło je ratować, na szczęście nic im się nie stało. Samochód nie wyszedł z tego tak dobrze jak one.

Razem spędziły też lato w Bułgarii. Pojechały z Orbisem, mieszkały w Słonecznym Brzegu i piekielnie się nudziły. Całymi dniami przechadzały się, ubrane we własnoręcznie uszyte zwiewne sukienki z tetry, czyli... materiału na pieluchy. Agnieszka wymyśliła, że trzeba urządzić zaślubiny z morzem, wydać bal piracki. W porcie cumowała łódź przerobiona na piracki galeon, kelnerzy nosili opaski na jedno oko, z tajemniczych powodów na statku rezydowała również koza.

Napisały zaproszenia, rozdały i wystrojone, punktualnie o godz. 20 zjawiły się na pokładzie. Cisza, nikogo. Do północy zdążyły już towarzyskie niepowodzenie opić z kelnerami i kozą, aż w końcu pojawili się zaproszeni goście. Podobno Bułgarzy nie chcieli pokazać, jak im zależy na spotkaniu, stąd spóźnienie. Jednak istniała też mroczna strona tej przyjaźni.

Osiecka przyznawała, że bywa niewierna, porzuca ludzi, znika, ma sekrety. - Jestem potworem - mówiła. - Agnieszka potrafi działać na dwa fronty. Zdarza się, że tekst przeznaczony dla mnie trafia do innego wykonawcy. Uwielbiam ją, ale wiem, że potrafi być niewdzięczna i ranić - ujawniała Rodowicz. Bywała też zazdrosna. Gdy Maryla urodziła drugie dziecko, Agnieszka przysłała jej do szpitala kartkę: "Rodzi się już druga osoba, która będzie ci bliższa niż ja".

Ich kontakty się rozluźniały. - Mam na głowie dom i dzieci, a Agnieszka problemy ze sobą i życiem - wyjaśniała Rodowicz. Kiedyś dostała od niej liścik nabazgrany na chusteczce podczas lotu. Pisała, że nie żałowałaby, gdyby samolot spadł. Nie była szczęśliwa. Pod koniec życia Osieckiej Magda Umer przygotowywała cykl rozmów z poetką. Była ona już w złej kondycji, zdiagnozowano u niej raka.

Na jedno ze spotkań przyszła też Maryla Rodowicz. Osiecka poprosiła ją, by zaśpiewała piosenkę "Nie ma jak pompa", jej ulubioną. Prośba zaskoczyła Marylę, momentami nie mogła przypomnieć sobie tekstu. Od tamtej pory ma wyrzuty sumienia, dlatego w 2002 r. specjalnie umieściła ten utwór na swojej płycie "Życie ładna rzecz". Tęskni za wrażliwością Agnieszki, kochała śpiewać jej teksty. Osiecka natomiast twierdziła, że Ewy Demarczyk najbardziej lubi słuchać przy księżycu, Urszuli Sipińskiej - do tańca, Łucji Prus - na łące, Sławy Przybylskiej - przy winie, Łazuki - w sypialni. A Maryli Rodowicz - wtedy, kiedy jest szczęśliwa.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje