Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Monika Kuszyńska wspomina wypadek

Wciąż nie czułam nóg

A potem znów jasność.

Reklama

Trudno o konkretne wspomnienia, to raczej slajdy chaotycznie wyłaniające się z zakamarków świadomości. Chyba już po operacji. Leżałam na białej sali. Nie miałam pojęcia jaki to dzień, która godzina. Byłam poza czasem.

I długo w takim stanie miałam pozostać.

- Spokojnie, jesteśmy z tobą.

Ktoś stanął obok mnie z torbą pod pachą. W torbie moje pocięte ubranie. Głos wydał się znajomy, ale trudno mi było dopasować go do osoby. Po chwili zaczęłam łączyć fakty. To moja dawno niewidziana kuzynka. Mieszka we Wrocławiu, więc pojawiła się jako pierwsza. Uśmiecham się do niej najcieplej jak potrafię. Chcę w ten sposób powiedzieć: - Dziękuję, że jesteś.

Na więcej nie miałam siły, znów zasypiam. Kolejne godziny to sen, głęboki i zbawienny, od czasu do czasu przerywany chwilowymi przebłyskami świadomości.

Pik, pik, pik. Ze snu wybudziło mnie miarowe pikanie jakiegoś urządzenia. Rozejrzałam się i zobaczyłam jasną sterylną salę. Wokół mnie masa medycznych sprzętów. Z mojego ciała wystawało się mnóstwo rurek, kabli i drenów. Spojrzałam na swoje opuchnięte ręce podłączone do kroplówek. Całe ciało było zresztą spuchnięte. Zupełnie jak nie moje, pomyślałam.

Wciąż nie czułam nóg i teraz zaczęło mnie to niepokoić. Byłam ciężka i nie mogłam się ruszyć, ale odczuwany do niedawna przeraźliwy ból, teraz odpłynął. Mogłam wreszcie swobodnie oddychać. I po raz pierwszy świadomie poczułam wielką wdzięczność. Dziękuję ci Boże, że żyję! Wiem, nie jest dobrze, ale żyję! Będzie lepiej, musi być.

Czułam w sobie spokój i, o dziwo, radość. Później dowiedziałam się, że mój zaskakująco dobry nastrój był efektem regularnie wstrzykiwanej do krwi morfiny. Już wkrótce miał nadejść czas, kiedy będę wyć, cierpieć, błagać o narkotyk. Kiedy będę za nim tęsknić, marzyć. Póki co jednak cieszyłam się błogim stanem upojenia i nieświadomości.

Chwilę później moje szczęście sięgnęło zenitu. U szczytu łóżka ujrzałam ukochane twarze najbliższych. Uśmiechali się, z wielkim trudem ukrywając ból. Usłyszałam magiczne słowa, które miały mnie ukoić. - Spokojnie, jesteśmy z tobą, wszystko będzie dobrze.

Nie dało się nie zauważyć zaczerwienionych oczu i skrywanego grymasu cierpienia. Zrobiło mi się ich nagle tak strasznie żal. Zebrałam wszystkie siły i wypowiedziałam pierwsze od momentu operacji słowa. A właściwie jedno słowo: - Przepraszam...

Ileż bym dała, by móc pójść na spacer

We Wrocławiu spędziłam trzy tygodnie. Na początku czerwca nagle wybuchło lato. Cóż za osobliwa zmiana, zupełnie tak, jakbym przespała całą wiosnę.

Natarczywe promienie słońca rozpoczęły ekspansję na sterylną salę Oddziału Intensywnej Terapii. Pomyślałam, że tam za oknem toczy się normalne życie. Zaraz skończy się rok szkolny i dzieciaki wyjadą na wakacje. Dziewczyny pewnie już noszą letnie sukienki i sandały. Włożyć na stopy sandały... To był zawsze jeden z moich ulubionych momentów. Czułam wtedy nieopisaną radość. W tym roku nie będzie mi to dane, pomyślałam, i zrobiło mi się strasznie smutno. Przez głowę zaczęły przemykać natrętne obrazki utraconych możliwości. Spacer łódzką Pietryną w szerokiej falbaniastej spódnicy, wycieczka rowerowa do Łagiewnik, piknik nad Zalewem Sulejowskim...

No i koncerty. Trzeba będzie wszystkie odwołać. Byłam tak daleko od domu, od normalności, od życia, którego wcześniej nie umiałam docenić. Jakie to dziwne, że zaczynamy widzieć te drobiazgi, dopiero gdy je stracimy. Ileż bym dała, by móc pójść na spacer, poczuć się wolna. By cofnąć czas.

Niestety, moje życie miało teraz wyglądać właśnie tak. Zamknięta w czterech ścianach, skazana na szpitalną rutynę i pomoc innych.

Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam, że wśród kilku pacjentów dzielących salę, tylko ja jestem przytomna. Obok, podłączeni do aparatury podtrzymującej życie, leżeli ludzie po wylewach i ciężkich urazach, w śpiączkach, zupełnie bez kontaktu. Miałam najwięcej szczęścia z nich, pomyślałam, i szybko skarciłam się w duchu za wcześniejsze czarnowidztwo. Przecież wyjdę z tego, muszę być tylko cierpliwa, mogło być przecież znacznie gorzej.

Już wtedy zaczął nieśmiało kiełkować we mnie optymizm, który później okaże się zbawienny. Tymczasem nie pozostawało mi nic innego jak dopasować się do nowego rytmu, w którym miałam kołysać się nie wiadomo jak długo.

Codziennie obserwowałam pielęgniarki, piękne młode dziewczyny, wykonujące z namaszczeniem swoje rutynowe czynności. O określonych godzinach myły pieczołowicie każdego z nieruchomych pacjentów, przekręcały z boku na bok, sprawdzały aparaturę i z każdym rozmawiały. A właściwie mówiły ciepłym głosem, bo na odpowiedź nie mogły liczyć. Cieszyły się, kiedy pracowały przy mnie, bo zawsze można było zamienić parę zdań. Miałyśmy świetny kontakt. Nazywałam je Aniołami, bo były piękne i opiekuńcze. Czułam się przy nich bezpieczna. Kiedyś zapytałam, jak to jest, że śliczne, młode dziewczęta wybierają tak trudny zawód? Odpowiedziały bez namysłu, że po prostu to kochają. Dało się to odczuć.

Mówiłam im: - Dziewczyny, za rok przyjdę do was na własnych nogach i będziemy się z tego wszystkiego śmiać.

Potakiwały radośnie. Nie wiem czy dobrze odgrywały swój entuzjazm, czy rzeczywiście wierzyły w moje obietnice. Tak czy inaczej, działało. Czułam się lepiej.

Miałam nadzieję.

O książce

Opowieść Moniki zaczyna się w szary, mglisty poranek w dniu wypadku. Pada deszcz. Zespół Varius Manx wraca z kolejnego koncertu. Rzeczy dzieją się inaczej niż zwykle, ale nie ma czasu, żeby się nad tym zastanowić. Kierowca prowadzi zbyt szybko. Chwila nieuwagi... Koniec. Przypadek, czy przeznaczenie? Potem jest tylko ból - cierpienie nie do wytrzymania, szpital za szpitalem, kolejne operacje, lata ćwiczeń, "cudowne" zabiegi, które nie przynoszą efektów i powoli dojrzewająca świadomość, że już nic nigdy nie będzie jak dawniej. Ale życie trwa, to drugie.

-----
Śródtytuły i gwiazdki pochodzą od redakcji


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje