Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Monika Kuszyńska wspomina wypadek

Mogliśmy wylecieć w powietrze

Nie wiem jak długo byłam w innym wymiarze, czas przestał płynąć zwyczajnym torem. Minuty zamieniały się w godziny, godziny w minuty. Świat równoległy, nierealny.

Reklama

Kątem oka dostrzegłam, jak Leszek z trudem wydostaje się z wraku i próbuje wyłączyć wciąż pracujący silnik. Najpierw sięgnął przez okno kierowcy. Stacyjka była jednak za daleko. Przeszedł więc na drugą stronę i spróbował raz jeszcze. Przeciskał się bardzo blisko mnie. Uff, udało się. Motor przestał pracować. Dopiero później zrozumiałam, że Leszek dzięki przytomności umysłu prawdopodobnie uratował nam życie. Mogliśmy przecież wylecieć w powietrze.

Michałowi również udało się wydostać z auta. Usiadł na ziemi, nieopodal i zastygł w szoku. Później dowie się, że ma jedynie złamany obojczyk.

To co stało się potem, było jak scena z amerykańskiego "wyciskacza łez". Leszek modlił się na pustym polu. Stał blisko, więc słyszałam każde słowo. - Panie odpuść nam nasze winy - krzyczał w niebo. - Robert, powtarzaj ze mną! Panie, miej mnie w opiece, wybacz mi! Powtarzaj Robert!

Robert jednak nie powtarzał za Leszkiem. Jak zdarta płyta wykrzykiwał: - Nie chcę umierać! Nie chcę umierać!

Leszek nie poddawał się jednak. - Powtarzaj za mną!

Czemu nie wspomina o mnie?, zastanowiłam się. Później zrozumiałam. Myślał, że dla mnie jest już za późno. Myślał, że nie żyję.

Żyję! Będzie dobrze

- Słyszy mnie pani? Halo! Słyszy mnie pani?

Kolejny akt upiornego spektaklu. Słyszę, słyszę. Nie tylko głos, ale i przeraźliwy dźwięk rozcinanego metalu. Dźwięk, który trudno zapomnieć. Zupełnie jakby piła rozdzierała mi mózg. Ekipa strażaków próbowała dostać się do mnie.

Zebrałam wszystkie siły, usiłując coś powiedzieć. Nie wiem tylko czy mój głos dotarł do czyichś uszu. Ale...
- Żyje!- usłyszałam jak krzyczą do siebie.
- Żyje!

A więc jednak żyję! Będzie dobrze.

Strażacy odcięli dach samochodu i wreszcie udało im się wyciągnąć mnie z wraku. Chwilę później wylądowałam na noszach, ktoś założył mi na szyję usztywniający gorset. Zapytał jak się nazywam, co mi jest, co boli. Ostatkiem sił udało mi się wyszeptać:
- Piersi, boli, nie mogę oddychać.

A potem.
- Nie czuję nóg.

Zastrzyk i ulga.
- Proszę mówić do mnie, proszę nie zasypiać. Cokolwiek. Gdzie pani mieszka?

Kosztowało mnie to ogromnie dużo wysiłku, ale starałam się odpowiadać. Wciąż balansowałam pomiędzy jawą a niebytem. Cóż za przedziwny stan. W głowie kołatała jedna, wciąż ta sama myśl - przetrwać. Choć po brzegi wypełniał mnie niepokój, jakaś część mnie wiedziała, że jestem w dobrych rękach. Głosy, które do mnie docierały były ciepłe i przyjazne.

Teraz będzie już tylko lepiej, pomyślałam. I znów odpłynęłam.

Kolejne wydarzenia, a właściwie dźwięki, pamiętam jak przez mgłę. Syrena karetki, śmigło helikoptera, warkot silnika. Po dużej dawce morfiny traci się świadomość. Było to oczywiście zbawienie. Na chwilę przestało boleć.

Później zrelacjonowano mi przebieg wydarzeń. Karetka przyjechała na miejsce wypadku po kilku minutach i na sygnale zabrała mnie do najbliższego szpitala w Miliczu. Zrobiono niezbędne badania i zdiagnozowano uraz kręgosłupa oraz odmę płuc. Stan był zbyt poważny, by można było operować na miejscu. Natychmiastowa decyzja - przewiezienie helikopterem do Szpitala Wojskowego we Wrocławiu. Tam na chwilę odzyskałam przytomność.

- Czy wyraża pani zgodę na rozcięcie ubrania? Pielęgniarka przygotowująca mnie do operacji usiłowała mnie rozebrać. Wcześniej jednak musiała zadać kilka niezbędnych pytań. Wydały mi się absurdalne. Nad czym się tu zastanawiać? Przecież to tylko ubranie. Jaka jest w tej chwili jego wartość?

Cóż, takie procedury. Pokiwałam głową. Jeszcze tylko podpis pod zgodą na operację. Pielęgniarka włożyła mi do ręki długopis i widząc, że nie jestem w stanie go utrzymać, pomogła mi dosięgnąć do papieru. Namazałam jakiś znaczek w miejscu podpisu. Później już tylko ostre światło i maska przyłożona do twarzy. - Proszę odliczać ze mną: 10, 9, 8, 7...

Odpłynęłam w bezgraniczny niebyt. Czarna dziura. Żadnych tuneli, świateł, żadnych wspomnień. Pustka.

Czytaj dalej na następnej stronie >>

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje