Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Monika Brodka: Moje zmysły

Miała 16 lat, gdy wygrała Idola i pokazała, że wie, czego chce. Góralka z Twardorzeczki irytowała uporem, ale miała gust, nie szła na kompromisy. Efekty? Nagrody, uznanie krytyków. Ostatnią płytą MTV Unplugged tylko potwierdziła pozycję.

  Monika Brodka, choć zamknięta w sobie, jest osobą namiętną. Umie smakować życie. Nie tylko na scenie, ale w podróży, w kuchni, w butikach z ciuchami. Warto przyjrzeć się jej zmysłom.

Gotowanie, jedzenie, mniam

Reklama

Na Instagramie prowadzi konto @moniamonci "na kulinarnym zakręcie i wiecznym eksperymencie", które jest jej kuchennym pamiętnikiem. Wrzuca zdjęcia potraw z egzotycznych podróży, ale i tych, które sama robi. Zdjęcia są proste, dania włoskie, japońskie, orientalne. W kuchni radzi sobie nieźle, choć na to nie wygląda (chudzinka taka, kto by pomyślał!).

W moim domu gotowało się po polsku: mięso, ziemniak i surówka. Była też kuchnia sezonowa, owoce z ogrodu przerabialiśmy na dżemy i kompoty. Dlatego płacenie ciężkich pieniędzy za "jedzenie z pola" wydaje mi się śmieszne - jabłka i maliny rosły koło domu. Z mamą lepiłyśmy knedle, pierogi, pampuchy. Proste, domowe jedzenie.

Kiedy w wieku 16 lat przeprowadziłam się do Warszawy, musiałam gotować sama, ale na dobre jedzenie trzeba mieć pieniądze i czas. Stawiałam na kuchnię fastfoodową: frytki, gorący kubek, zupka chińska. Brrr!

Moja przygoda kulinarna zaczęła się, kiedy było mnie na nią stać: mogłam kupować lepsze produkty, z podróży przywoziłam przepisy. Pojawiły się nowe knajpy, kucharze zaczęli być gwiazdami. Trend na świadome jedzenie okazał się inspirujący i dla mnie. Przestałam jeść mięso - zauważyłam, że mi nie służy. Zainteresowałam się dietą zgodną z grupą krwi. Unikam węglowodanów, stawiam na warzywa i owoce. Kręcą mnie smaki azjatyckie. Lubię przyrządzać risotto z dodatkami, które zależą od pory roku. To moje danie dla gości - zawsze się udaje, wszystkim smakuje.

Z ostatniej wyprawy do Japonii przywiozłam kiszonki, ryż od farmera, tofu. Zrobiłam dla znajomych śniadanie - okazało się hitem również na Instagramie. Przywiozłam też yuzu, aromatyczną japońską cytrynę. Ma mało miąższu i dużo pestek, ale jej skórka niesamowicie pachnie - inaczej niż zwykła cytryna. Kiedy w Japonii jest sezon na yuzu, skórkę dodaje się nawet do kąpieli.

W kuchni japońskiej zakochałam się od pierwszego dania. Jest delikatna, ale bogata w smaki. Czasami też bardzo prosta. Wystarczy kociołek z gotującą się wodą, do którego wrzucasz: kawałek glonu kombu, kapusty pekińskiej, miękkiego tofu, kilka grzybów, plasterek yuzu. Potem wyciągasz kolejne składniki, moczysz w sosie sojowym lub ponzu (sos octowy) i zaczyna się uczta.

Ta kuchnia ma też uliczne wydanie: dania smażone na głębokim tłuszczu, majonezy, słodkie sosy. Wbrew temu, co ludzie myślą, japońskie potrawy nie muszą być pracochłonne. Może poza kuchnią kaiseki - trzeba być doświadczonym kucharzem, by się nią zajmować. Posiłek kaiseki to mnóstwo małych talerzyków z mikropotrawami. Można tam znaleźć sashimi, czyli surową rybę, dziwne galaretki, owoce morza, warzywa, omlety. Podczas takiej uczty nie wiesz, co przed tobą stoi, a smaki nie przypominają niczego, co do tej pory jadłaś. Wszystko wystawnie, pięknie podane. Ale domowej kuchni japońskiej łatwo się nauczyć.

Przyjaźnię się z szefami restauracji i któregoś dnia stwierdziłam, że chcę się sprawdzić w profesjonalnej gastronomii. W restauracji MOD, którą kieruje otwarty na eksperymenty Trisno Hamid, przygotowałam dwie kolacje degustacyjne - dla 17 i 25 osób. Nie wiedziałam, jakiej koordynacji rąk, nóg, mózgu wymaga ta praca! Wspaniałe doświadczenie, ale potem przez dwa miesiące nie tknęłam garnków.

Muszę jednak przyznać - gotowanie mnie odpręża. Mogę być zmęczona i chora, ale kiedy staję przy kuchni, wszystko przechodzi.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje