Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Legendy tamtych lat: Zofia Merle

Gadatliwa, wszystkowiedząca, nadopiekuńcza. Taka w swych rolach jest Zofia Merle. Ale przede wszystkim zawsze sympatyczna i zabawna. 60 lat temu po raz pierwszy stanęła na scenie.

 Zrobiła to z ciekawości i... już została na tej scenie. Tworzy niezapomniane role w najpopularniejszych serialach i filmach. - Jak ktoś się ze mnie zaśmieje, będę szczęśliwa - powiedziała w 2007 roku, gdy pojawiła się w Rysiu, kontynuacji słynnego Misia. Bo do szczęścia nigdy nie potrzebowała wiele.

Dramatów wojny nie chce pamiętać. Gdy się skończyła, miała 7 lat. Dzieciństwo spędziła na podwórkach wstającej z gruzów stolicy. Ale w odróżnieniu od wielu koleżanek nie marzyła o scenie, pięknych strojach i sławie.
Chciała być... przodownicą pracy! Zawsze trudno jej było usiedzieć w miejscu, musiała być też najlepsza. Miała niespełna 18 lat, gdy znajomi zaciągnęli ją do Pałacyku Zuga. Wiedziała, że przed wojną był tam teatr liliputów. Jego miejsce zajął Studencki Teatr Satyryków. Dziś w tym miejscu mieści się Warszawska Opera Kameralna. Wtedy, przy ówczesnej ulicy Świerczewskiego, zbierało się mnóstwo studentów.
Pod hasłem "Myślenie ma kolosalną przyszłość" na scenie królowały ironia i humor. Zofia Merle przekonała się tam, że potrafi bawić jak mało kto. Twórcy STS-u postanowili to wykorzystać, mimo że ona szykowała się dopiero do matury!
- Tak mnie zagadali, że zostałam. Wciągnęło mnie na amen. Myślałam, że skończę na przykład jakąś filologię i pogram sobie w teatrze studenckim. A potem Konrad Swinarski namówił mnie na udział w przedstawieniu. I potoczyło się, i ani się obejrzałam, jak dotarłam do emerytury - wspominała początki kariery.
Pierwszym programem, po którym zebrała olbrzymie brawa, był "Siódmy kolor czerwieni". Miała zaledwie 19 lat i zastanawiała się nad studiami.
Ale STS pochłonął ją aż do 1966 roku.

Reklama

- Nigdy nie ślubowałam aktorstwu wierności. To miało trwać zaledwie chwilę - podkreślała wielokrotnie. Przez to przecież nie zdecydowała się na studia. Eksternistyczny dyplom zrobiła dopiero po wielu latach. Film upomniał się o nią w 1961 roku, gdy pojawiła się w Komediantach, a 4 lata później w jednym z odcinków "Wojny domowej". Najważniejszy jednak był teatr. Mimo braku odpowiedniego wykształcenia, dostała angaż w Teatrze Komedia, w którym grała aż do 1990 roku. Uwielbiali ją nie tylko widzowie.

To ona tworzyła cudownie ciepłą atmosferę za kulisami. Jej poczucie humoru zachwyciło Stanisława Tyma, z którym poznała się w STS-ie i przyjaźni się do dziś. Przełomowy był rok 1969. Wtedy powstała komedia "Rzeczpospolita babska", w której zagrała ze swadą sierżant Irenę Molendę. W jednej ze scen filmu spada z rozpędzonego wozu. Zastępuje ją oczywiście młody kaskader ze sztucznym biustem, ubrany w majtki z falbankami, pończochy i buty na obcasach. Pani Zofia była zachwycona. Ale nie umiejętnościami dublera.

- Nieważne były te majtki i falbanki. Najistotniejsze, że widać było długie, chude nogi. I to one trafiły do mojego życiorysu! - śmiała się podczas jednego ze spotkań z widzami.

- Choć raz miałam długie, chude nogi!

Nie one jednak zwróciły uwagę starszego o 8 lat, pochodzącego z Krakowa aktora Jana Mayzela. Gdy się poznali, nie mógł się oprzeć żywiołowości pani Zofii i jej... opiekuńczości. Potrafiła wyczarować z niczego najpyszniejsze dania, wciąż była uśmiechnięta. Idealna kandydatka na żonę! I mamę, bo wkrótce urodził się im syn Marcin. Wiedziała, jak godzić życie zawodowe i prywatne.

W filmach Stanisława Barei bawiła do łez u boku Stanisława Tyma. A w domu była ostoją.

- Tyle lat udało mi się przeżyć bez stresów, ambicjonalnej szarpaniny, zawiści i zazdrości. Dlaczego? Bo nie przywiązuję się do ról, samochodów, przedmiotów, ale do ludzi - zdradzała. - To jest największy kapitał. Pewnie dlatego jestem szczęśliwa i zadowolona. W wolnych chwilach szyję płaszcze z gałganów, czytam książki, oglądam filmy i piekę ciasta. Nie znam pojęcia nudy.

16 lat temu na świat przyszedł wnuk Staś, wnosząc jeszcze więcej szczęścia w życie rodziny. Ale potem zamiast śmiać się, łykała gorzkie łzy. Zaczęło dokuczać zdrowie. Coraz rzadziej pojawiała się w teatrze i na ekranie. Cios trudny do zniesienia spadł na nią w 2013 roku. Syn przegrał nierówną batalię z nowotworem. Miał tylko 41 lat... 

rFF

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje