Reklama

Reklama

Katarzyna Smutniak: Jestem córką żołnierza

Piękna, subtelna, wręcz eteryczna. Włosi nazywają ją polską Monicą Bellucci. Ale Kasia Smutniak, która niedawno po raz drugi została mamą, właśnie udowodniła, że potrafi grać również twardzielki. W "Limbo" aktorka wciela się w weterankę wojenną, która przeżyła zamach w Afganistanie.

W Polsce jej nazwisko kojarzy się przede wszystkim ze światem wielkiej mody: sesjami dla miesięczników "Vogue" i "Vanity Fair", kampanią reklamową Fendi. To ją Giorgio Armani wybrał na twarz swoich perfum Idole d’Armani, chociaż "posadą" zainteresowana była ponoć sama Angelina Jolie. Decyzję tłumaczył potem: "Ona ma w sobie młodzieńczy urok, na który składają się prawdziwie kobieca zmysłowość, niespotykane piękno oraz wewnętrzna siła charakteru". Ale ta urodzona w Pile 36-latka od dawna robi również zawrotną karierę we włoskim kinie. Dowód?

Reklama

Cztery lata temu poprowadziła galę otwarcia i zamknięcia 69. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji, a zaszczyt ten spotyka tylko największe gwiazdy. Smutniak ma też na koncie przygodę z kinem francuskim - w 2010 r. wystąpiła w głośnej produkcji "Pozdrowienia z Paryża" Pierre’a Morela z Johnem Travoltą i Jonathanem Rhysem-Meyersem. W Polsce debiutowała w "Hakerze" Janusza Zaorskiego. Miała wtedy 23 lata i zagrała jedną z głównych ról. Śliczna i naturalna - od razu spodobała się widzom, chociaż sama produkcja nie zebrała najlepszych recenzji. Ale kariera w kraju nad Wisłą Kasi nie interesowała - jej życie toczyło się już wtedy we Włoszech. Dwa lata później urodziła w Rzymie córkę Sophie ze związku z aktorem Pietrem Taricone.

Długo nie mogła się otrząsnąć po śmierci partnera, który zginął w wypadku podczas skoku ze spadochronem w 2010 r. Przez dwa lata unikała czerwonych dywanów, nie pojawiła się w żadnym filmie. Dzisiaj aktorka jest związana z producentem Domenikiem Procaccim, z którym ma syna Leone, a jej kariera znów nabrała tempa - wystąpiła m.in. we włoskiej wersji serialu HBO "Terapia", a niedawno można ją było oglądać w ekranizacji książki Melanii G. Mazzucco "Limbo". Kasia wciela się w młodą dziewczynę-żołnierza, która wraca z Afganistanu i choć została tam ciężko ranna, to jedyną rzeczą, o jakiej marzy, jest powrót do czynnej służby. Manueli życie bez armii wydaje się pozbawione sensu i podczas rekonwalescencji w rodzinnym domu we Włoszech czuje się, jakby tkwiła w tytułowym limbo. W stanie zawieszenia, w otchłani.

PANI: Twoja bohaterka Manuela cudem przeżyła samobójczy zamach bombowy w Afganistanie. Przeszła kilka operacji, z trudem się porusza. Podczas przygotowań do zdjęć spotkałaś się z żołnierzami, którzy stamtąd wrócili?

Kasia Smutniak: - Oczywiście, rozmowy z nimi bardzo dużo mi dały. Jedni stacjonowali w Afganistanie, inni w Iraku czy Libanie. Wszyscy aktorzy wcielający się w żołnierzy musieli przejść wyczerpujące przeszkolenie wojskowe pod ich okiem. Ale tak naprawdę znacznie bardziej niż strona techniczna interesowały mnie problemy natury psychologicznej. Co dzieje się z osobowością kobiety, która przechodzi taką traumę jak Manuela? I dlaczego w ogóle młoda dziewczyna decyduje się wstąpić do armii i wyjechać na misję do obcego, dalekiego kraju? Na te pytania chciałam sobie odpowiedzieć.

No właśnie, dlaczego?

- W Polsce obecność kobiet w wojsku to rzecz oczywista - ma długą, ponadstuletnią tradycję. Nawet na froncie II wojny światowej nie brakowało młodych dziewczyn. Dlatego dla nas to coś naturalnego i ten temat nie budzi większych kontrowersji. Tymczasem we Włoszech przedstawicielki płci pięknej mogą wstępować do armii dopiero od piętnastu lat. To niewiele, problem wciąż jest świeży. A Melania Mazzucco napisała "Limbo" właśnie z myślą o kobietach, które były jednymi z pierwszych i przecierały szlaki. Dziewczyny zazwyczaj decydują się na taki krok wbrew własnej rodzinie, która nie chce stracić córki. Nie znajdują też zrozumienia w społeczeństwie. Włochy są wciąż mocno patriarchalnym krajem i dominuje w nich przekonanie, że żołnierz to męski zawód, a kobieta powinna poświęcić się pielęgnowaniu domowego ogniska. Ma pełnić tradycyjną funkcję żony i matki. Dlatego nawet teraz, po piętnastu latach, wstąpienie do armii to wciąż bardzo odważna decyzja.

A ty taki wybór rozumiesz?

- Dla mnie to naturalne, bo pochodzę z wojskowej rodziny. Wszyscy mieli jakieś powiązania z armią, jedynie mama to cywil. Tata był pilotem (generał, pierwszy dowódca 2. Brygady Lotnictwa Taktycznego - red.). Dlatego dla mnie bycie żołnierzem to taka sama praca jak bycie strażakiem czy pielęgniarzem. Zresztą fakt, że tyle wiem o życiu wojskowych, był jednym z głównych powodów, dla których to właśnie mnie powierzono rolę Manueli. Długo czekałam na taką propozycję. A gdy przeczytałam książkę Mazzucco, to od razu pomyślałam: jeśli kiedykolwiek powstanie ekranizacja, chcę w tym zagrać.

Nigdy nie myślałaś, żeby pójść w ślady taty i wstąpić do wojska? W końcu w wieku 16 lat zrobiłaś licencję pilota...

- Był taki czas, że chciałam tak zrobić. Wydawało mi się, że to dla mnie najbardziej naturalna ścieżka rozwoju. Ale przypadek sprawił, że moje losy potoczyły się inaczej. I nie żałuję (śmiech).

Wróćmy do Manueli - dlaczego zaciąga się do armii?

- Moim zdaniem dla niej, tak jak dla wielu innych osób, decydujący jest fakt, że staje się częścią jakiejś większej całości. Należy do grupy, ma swoje miejsce. Żyjemy w czasach chaosu i pewnej anarchii, wielu z nas jest zagubionych, nie potrafi zrozumieć, kim jest, do czego dąży. A wojsko daje cel. I wytycza jasne zasady. Ludzie czują się potrzebni, stają się częścią tej wielkiej rodziny. Bo więzy, jakie tworzą się w wojsku, są na całe życie.

W jednostce Manueli w Afganistanie stacjonuje 250 mężczyzn. I tylko trzy kobiety, które są przez kolegów traktowane jak żołnierze drugiej kategorii.

- W książce jest takie zdanie: "Kiedy jesteś kobietą, musisz pracować trzy razy tyle, aby dowieść, że jesteś warta zaledwie połowę tego co mężczyzna". To bardzo uniwersalne spostrzeżenie, nie odnosi się tylko i wyłącznie do świata wojskowego. Kobieta w każdym zdominowanym przez mężczyzn środowisku ma pod górkę. Jeśli dostaje wysokie stanowisko w banku i ma kierować zespołem piętnastu facetów, to też musi nieustannie udowadniać, że na to zasłużyła, że nie została awansowana ze względu na płeć. Każde jej potknięcie zostanie przez podwładnych zauważone. Szefowi by odpuścili, ale szefowej już nie. Wydaje się, że w społeczeństwie zachodnim panuje równość, ale tak naprawdę cały czas musimy walczyć o swoją pozycję. Dlatego kobiety stały się silniejsze od mężczyzn i bardziej agresywne, a mężczyźni pasywni. Oni się tej naszej agresywności boją, nas ich bierność wkurza i tak kółko się zamyka (śmiech).

Jak kobiety zmieniają armię?

- Na misjach w krajach muzułmańskich, takich jak Afganistan, ich rola jest bardzo ważna. Istnieje wiele rzeczy, których żołnierz-mężczyzna nie może zrobić. Nie wolno mu na przykład przeszukać kobiety. W filmie jest taka scena, kiedy do bazy przychodzi z wioski po pomoc matka ze swoją śmiertelnie chorą córeczką - gdyby nie obecność Manueli, nie można byłoby jej wpuścić do środka, bo przecież nie wiadomo, czy pod ubraniem nie chowa ładunku wybuchowego lub innej broni. Tylko moja bohaterka może to sprawdzić.

Ale jest też inna scena - Manuela próbuje nawiązać kontakt z miejscowym mężczyzną, ale on podczas rozmowy nawet na nią nie patrzy. Zwraca się bezpośrednio do tłumacza, kompletnie ignorując jej obecność.

- Tamtejsze uwarunkowania kulturowe są inne, kobiety rzeczywiście są traktowane podrzędnie. Ale jednocześnie kobietom-żołnierzom łatwiej zdobyć zaufanie lokalnej społeczności, porozumieć się z jej żeńską częścią, z dziećmi. Dla mnie, Polki, myśl o wojsku bez kobiet to tak jak myśl o społeczeństwie bez kobiet. Byłoby wybrakowane, wręcz kalekie. Jestem przekonana, że dziś wojsko bez nas nie dałoby sobie rady.

Fizyczne przygotowanie do roli było trudne?

- Zdjęcia do części rozgrywającej się w Afganistanie zaczęłam zaledwie cztery miesiące po porodzie, więc sama rozumiesz, że łatwo nie było (śmiech). Musiałam w ekspresowym tempie wrócić do formy. Podczas kręcenia "Limbo" zrozumiałam, że w wojsku kobieta musi mieć taką samą siłę fizyczną jak jej koledzy, bo nikt nie da jej taryfy ulgowej. A nawet zwykłe wyjście z pancernego samochodu z karabinem na plecach to spore wyzwanie, bo same drzwi ważą 250 kilogramów! W życiu nie miałam tylu siniaków... Strój, w którym musi chodzić Manuela, razem ze sprzętem to prawie 30 kilogramów, więc pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, było wyjęcie wszelkich obciążających elementów. W końcu na planie nikt do mnie nie strzelał, więc mogłam sobie pozwolić na takie małe oszustwo. Kamizelka pozbawiona amunicji waży 10 kilogramów, a na plecach trzeba dźwigać karabin, czyli kolejne 7,5 kilograma. I jak tu poruszać się z gracją? (śmiech)

Twoja bohaterka ma dopiero 28 lat - nie tak wyobrażamy sobie weterana wojennego. Tą rolą burzysz stereotypy.

- Tylko jaki z niej weteran wojenny, skoro teoretycznie Manuela była na misji pokojowej? W Afganistanie rozgrywa się regularny konflikt zbrojny, ale nikt tego nie nazywa wprost, po imieniu. Ludzie, którzy stamtąd wracają, często przeżyli traumę i zostali poranieni nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. Są okaleczeni, ale nikt tego nie potrafi zrozumieć, bo przecież mówi się, że mamy pokój. Tylko czy rzeczywiście tak wygląda pokój? Myślę, że po ostatnich zamachach w Paryżu to bardzo aktualne pytanie. Konferencja prasowa "Limbo" odbyła się zresztą dzień po tych tragicznych wydarzeniach i przez to zyskała wymiar wręcz symboliczny. Poprzedniego wieczoru nie oglądałam telewizji, więc doniesienia o ataku terrorystycznym czytałam dopiero w telefonie, jadąc taksówką na miejsce. Wszyscy byli w szoku i czuło się, że myślą: następny będzie Rzym. W pewnym momencie zostało to nawet powiedziane na głos. Podczas promocji filmu napływały kolejne doniesienia o zamachu i te dwie rzeczywistości zaczęły się mieszać. Afganistan wydaje się nam strasznie daleki, od Rzymu dzieli go cztery i pół tysiąca kilometrów, a tu nagle okazało się, że to wszystko dzieje się obok nas. Wojna weszła do naszych domów, może nas dopaść, gdy idziemy na koncert lub na kawę do ulubionej knajpki. I jest to przerażające odkrycie.

"Limbo" to też opowieść o miłości. Nikt nie jest w stanie przebić się przez mur, który zbudowała wokół siebie Manuela - udaje się to dopiero pewnemu tajemniczemu mężczyźnie, który skrywa własną traumę.

- Oni są jak dwie bratnie dusze, które spotkały się w nieodpowiednim momencie swojego życia. Ale czy istnieje coś takiego jak właściwy moment? Możemy mieć bratnią duszę obok siebie cały czas, ale jeśli nie jesteśmy gotowi, nie zauważymy tego i przegapimy coś wartościowego. To może zabrzmieć banalnie, ale miłość potrafi wszystko zmienić. Manuela, która podczas misji nauczyła się, że nie można ufać nawet dziecku bawiącemu się na ulicy, dzięki Mattii znowu zaczyna wierzyć ludziom. I z niecierpliwością czekać na następny dzień. Wcześniej wydawało się jej, że życie bez armii nie miałoby sensu, a teraz widzi, że są też inne rzeczy, które mogą mu nadać znaczenie. Dla niej jest to miłość. Dzięki niej dostaje od losu nową szansę.

Rozmawiała Iga Nyc

PANI 2/2016

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Katarzyna Smutniak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje