Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dalida

Była artystką w każdym calu. Sprzedawała miliony płyt. Popularna na całym świecie, przyjmowana była gorąco także w Polsce.

"Kleopatra piosenki, kobieta o urzekającej urodzie, ma profil etruskiej bogini" - tak charakteryzował Dalidę zafascynowany nią Lucjan Kydryński. Propagował jej piosenki w swoich audycjach. Kiedy więc artystka przyjechała po raz pierwszy do Polski w 1963 r., była tu już dobrze znana, a dziennikarz z radością towarzyszył jej podczas tournée.

Reklama

"Przez blisko dwa tygodnie podróżowałem z nią po Polsce, podziwiając nie tylko jej talent, ale też pracowitość i poczucie odpowiedzialności za koncerty. Zdarzało się, że jechaliśmy w potwornym upale po 5-6 godzin z miasta do miasta. Jeżeli w tym dniu miała koncert, nigdy nie zajeżdżała najpierw do hotelu, zawsze prosto do sali koncertowej. Zajmowała się rozmieszczeniem aparatury, ustalała światła z elektrykami, robiła próby akustyczne, bywało, że nie zdążyła już dotrzeć do hotelowego pokoju przed występem" - wspominał Kydryński.

Urodziła się w Kairze, we włoskiej rodzinie pochodzącej z Kalabrii. Jej ojciec był pierwszym skrzypkiem w kairskiej operze. Yolanda Cristina Gigliotti, bo tak się naprawdę nazywała, od dziecka brała lekcje śpiewu i zwracała uwagę swoją urodą. W 1954 r. została Miss Egiptu, w tym samym też roku przeniosła się do Paryża. Dopiero tu jej kariera nabrała tempa. Przyjęła pseudonim Dalida, zaczęła występować w filmach, nagrywać przeboje, koncertować w słynnej Olympii.

Kongresowa była pełna

"Była uosobieniem prostoty i bezpośredniości. Poza estradą chodziła w wygodnych spodniach i bluzkach, w pantoflach na płaskim obcasie, nie robiła makijażu, nie wysiadywała po nocy" - opowiadał Lucjan Kydryński.

Koncerty w warszawskiej Sali Kongresowej odbyły się 28 i 29 lipca 1963 r. Artystka zaśpiewała także w Krakowie, Katowicach i Gdańsku. W stolicy bilety na recital "koniki" sprzedawały za podwójną cenę. Sala wypełniona była po brzegi, a gwiazdę witano owacyjnie. Dalida miała wtedy 30 lat, mnóstwo sukcesów na koncie i... sentyment do Polski, bo w tym czasie związana była z Jeanem Sobieskim, aktorem i malarzem polskiego pochodzenia.

W Polsce jej estradowe stroje stanowiły dwie skromne sukienki bez rękawów, jedna niebieska, druga różowa. Długie, kasztanowe włosy swobodnie opadały na ramiona. Na scenie towarzyszył jej 4-osobowy zespół. Zaśpiewała m.in. "Les gitans", "Bambino", a także wiele innych popularnych szlagierów, łącznie z piosenką, w czasie której uczyła tańczyć twista. Nie wszyscy jednak byli artystką tak zachwyceni jak Kydryński. Śpiewała charakterystycznym, niskim głosem, który na żywo wydawał się bardziej ochrypły niż na płytach. Recenzent "Życia Warszawy" napisał: "Na estradzie czar prysł. Inni francuscy artyści goszczący w Polsce przyzwyczaili nas do subtelności i kultury, a tu wszystko robione jest na siłę i dlatego sztuczne, a miejscami nawet tandetne. Głos często nadmiernie forsowany. Najlepsza Dalida jest w utworach bigbeatowych, gdzie dominuje mocny rytm i głośna muzyka".

Po raz drugi przyleciała do Polski w lutym 1983 r. Była już wtedy legendą. Na Okęciu witali ją przedstawiciele Pagartu, ambasady Francji i dziennikarze. Kiedy wychodziła z samolotu, ubrana była w krótkie futerko z lisów, spodnie i kozaki, także obszyte futrem. Do tego duże ciemne okulary. Artystka miała już wtedy problemy z oczami, przeszła dwie poważne operacje, i przeszkadzało jej ostre światło.

"Ogromnie się cieszę, że mogę ponownie odwiedzić wasz kraj. Mam wielki sentyment do Polski i Polaków. Chyba tak bardzo się nie zmieniłam, ale za to na pewno się rozwinęłam" - powiedziała na lotnisku. Tym razem w czasie sześciu koncertów, dwóch w Sali Kongresowej oraz czterech w Katowicach, zaprezentowała "Dalida Show". Przyjechała z bratem Orlando Gigliotti, który był jej menedżerem i dyrektorem artystycznym, oraz grupą 27 artystów i techników. Widowisko przygotował Lester Wilson, czarnoskóry choreograf i tancerz, który pracował m.in. przy filmie "Gorączka sobotniej nocy" z Johnem Travoltą.

Boginie bywają smutne

Krystyna Gucewicz opisywała w "Expressie Wieczornym", że w czasie show artystka przebierała się wiele razy. Na początku z mgły spowijającej Salę Kongresową wyłoniła się w białej, długiej sukni z burzą rozpuszczonych włosów. Potem założyła czerwony frak, tańczyła przystrojona w strusie pióra, przeistaczała się w błękitnego motyla, by za chwilę być srebrzystą syreną. Zachwyciła świetną inscenizacją "Alabama Song", wcielając się w damę z Brechtowskiego półświatka Mahagonny. Na zakończenie tańczyła w dyskotekowym rytmie, śpiewając dalszy ciąg historii "Gigi L’amoroso" - "Gigi in Paradisco".

"W czasie ukłonów dyskretnie zbierała z podłogi zgubione w czasie tańca klipsy. Miała przygotowaną karteczkę ze słowami podziękowania po polsku i dała zabawny pokaz poszukiwania tej »ściągi«. Nigdy nie był to pierwszy głos Francji, ale za to artystka w każdym calu" - pisała Gucewicz w recenzji "Brawo Dalida!".

Zaśpiewała też utwór "Je suis malade" (Jestem chora), który w pewnym stopniu oddawał jej dramatyczne doświadczenia.

Obie wizyty dzieliło 20 lat. Przez ten czas w życiu zawodowym odnosiła sukcesy, nagrywała piosenki w ośmiu językach, sprzedawała miliony płyt. Natomiast jej życie prywatne obfitowało w tragiczne wydarzenia. Okazało się, że nawet boginie bywają smutne i samotne.

Wybaczcie mi

Kolejne związki kończyły się rozstaniami, a jej mężczyźni popełniali samobójstwa. Luigi Tenco, z którym planowała ślub, zabił się w 1967 r., po tym jak napisana przez niego i śpiewana przez Dalidę piosenka "Ciao amore" nie odniosła sukcesu na festiwalu w San Remo. Miesiąc po jego śmierci piosenkarka próbowała popełnić samobójstwo, ale ją odratowano. 5 dni leżała w śpiączce. Jej mąż, Lucien Morisse, strzelił sobie w głowę w 1970 r. Latem 1983 r., już po koncertach w Polsce, dostała wiadomość o samobójczej śmierci kolejnego byłego partnera, Richarda Chanfraya.

Cztery lata po wizycie w Polsce, 2 maja 1987 r., artystka ponowiła próbę samobójczą. Tym razem skutecznie. "Życie stało się dla mnie nie do zniesienia... Wybaczcie mi" - napisała w pożegnalnym liście. Jeden z wierszy Zbigniewa Herberta nosi tytuł "Dalida" i nawiązuje do tego, że artystka była bardzo popularna w czasach PRL-u. Dla wielu jej występy i piosenki były oknem na zachodni świat, według poety, służyły "złej sprawie". W wierszu czytamy: "Dalida Halina Kunicka Irena Santor dobre wróżki dzięki nim tyrania upiększona została piosenkami".

Ewa Modrzejewska

Dowiedz się więcej na temat: Dalida

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje