Przejdź na stronę główną Interia.pl

Czesław Mozil wspomina dzieciństwo

Była wiosna. 11 kwietnia 1979 roku mama poszła do Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu na koncert Andrzeja Rosiewicza. Po godzinie poczuła ból. Wybiegła z sali. Ktoś wezwał karetkę, która zawiozła ją do szpitala. Następnego dnia przyszedłem na świat - wspomina Czesław Mozil w książce "Nie tak łatwo być Czesławem".


Wiele lat później w tej samej sali w Zabrzu nagrywaliśmy X Factora. Czy to nie jest trochę ironiczne?

Reklama

Nie wiem, dlaczego matka tam poszła. W domu nie było tradycji muzycznych. Nic a nic. Nie wiem, jakiej muzyki rodzice słuchali i czy w ogóle słuchali. Na pewno mieli trochę kaset, lubiłem w nich grzebać. Tata nie chciał, żebym słuchał Murów Kaczmarskiego, prawdopodobnie ze względu na politykę, ale już na przykład kasetę Bajmu zakatowałem na śmierć. Nie ma wody na pustyni, Co mi Panie dasz - uwielbiałem te piosenki.

Kiedyś wymyśliłem sobie, że mama lubi Abbę, a tata Boney M i kupiłem im płyty tych zespołów na Gwiazdkę, ale, kurde, nie pamiętam, żeby słuchali... Prawdę mówiąc, miałem poczucie, że matka jest głucha, że w ogóle nie ma słuchu. Ojciec ewentualnie jakiś tam ma, po babci. W domu w ogóle nie śpiewaliśmy. W święta nie kolędowaliśmy. Do tej pory krępuję się, kiedy mam otworzyć paszczę, i wiem, że podobnie ma większość Polaków. Byłem kiedyś na bankiecie, na którym pewien góral się upił i zaczął śpiewać. Dobrze mu szło, nie fałszował, ale dla mnie stresujące było już samo to, że stoję obok.

Dochodzę do wniosku, że tak do końca to ja naprawdę dobrze swoich rodziców nie poznałem. Niewiele rozmawialiśmy o ich przeszłości, nigdy nie opowiadali, co robili, kiedy byli młodzi. A ja nie pytałem. To takie ukraińskie wychowanie - nie kłamie się, ale też nie mówi się całej prawdy.

W Zabrzu mieszkaliśmy przy ulicy Gwardii Ludowej, która dzisiaj nosi nazwę Szczęść Boże. Kiedy przyjechałem tam po wielu latach, okazało się, że wszystko pamiętam. Świat małego chłopca stanął w miejscu. To jest moje skrzyżowanie, tu był Pewex, tam uczyłem się jeździć na rowerze. Kino Roma, jedno z najstarszych na Śląsku, wciąż istnieje. Tam po raz pierwszy obejrzałem E.T. Na rogu był sklep mięsny. Pamiętam tatę, jak stoi w kolejce po schab. Tuż obok, tu gdzie teraz jest lombard, było nasze mieszkanie.

Mieszkaliśmy w starej kamienicy. Tu jest mój pokoik, kuchnia, ciemne podwórko, na którym grałem w piłkę. Nic się nie zmieniło. Bawiłem się głównie z Jackiem z ostatniego piętra. Oni też wyjechali. Tu kuchnia, tata robił tu lody. Sam, bo w tych kupnych, z lodziarni, znalazł kiedyś robaka i bardzo mu się to nie spodobało. Tam, za oknem, stał jego złoty volkswagen 412 LE, którego bez przerwy remontował. Teraz, w Kopenhadze, też ciągle grzebie w samochodach. Nic się nie zmieniło.

Chodziłem do świetnego prywatnego przedszkola. Pięcioro, może sześcioro dzieci. Zajęcia prowadziła pani Beata. Zabierała nas na spacery do parku obok Domu Muzyki i Tańca. Do dzisiaj pamiętam skrót przez osiedle... W przedszkolu zakochałem się w takiej Kamili. Odwiedziłem ją nawet w domu. Nie mogłem mieć wtedy więcej niż cztery lata i byłem bardzo przejęty. Oglądaliśmy razem bajki, które ktoś nam puszczał z kaset Beta. Kamila też podobno wyjechała - do Niemiec.

W Zabrzu kolegowałem się z Michałem Gwiżdżem, do tej pory jesteśmy przyjaciółmi. Nasze matki poznały się w podstawówce, siedziały razem w ławce. Kiedy się urodziłem, Michał miał roczek. Twierdzi, że pamięta, jak stał na peronie, kiedy wyjeżdżaliśmy do Danii. "Pomachaj do Czesława, bo możesz go długo nie zobaczyć", powiedziała jego mama.

To właśnie Michał pozostał moim łącznikiem z Polską, dzięki niemu miałem do czego wracać. Owszem, bywałem na wakacjach u ciotek na Śląsku i w Kobylcu, w Wielkopolsce, ale to nie było tak ważne jak wizyty u Michała. Szczególnie w Krakowie, kiedy już studiował. Dzięki niemu zobaczyłem Polskę, której wcześniej nie znałem.

Korzenie

Ojciec pochodził z Ukrainy, która nie była wówczas samodzielnym państwem, tylko należała do Związku Radzieckiego. Tata twierdzi, że polskiego nauczył się, słuchając radia. Matkę poznał w Zabrzu, gdzie przyjechał, by odwiedzić kuzyna. Matka od tego kuzyna wynajmowała mieszkanie - i tak właśnie trafili na siebie. Tata postanowił zostać w Polsce.

Dosyć późno się spotkali - on był tuż po trzydziestce, mama była pięć lat starsza. Kiedy mnie urodziła, miała trzydzieści siedem lat, a gdy przyszła na świat moja siostra - czterdzieści dwa.

Ojciec w Polsce był księgowym, czego zupełnie nie rozumiem, bo zawsze wydawało mi się, że księgowy musi kochać porządek. Prawdopodobnie dostał tę pracę dzięki mamie. Był zatrudniony w dziale księgowości RUCH-u, a koneksje matki sprawiły, że mógł również otworzyć mały sklep z narzędziami - kłódkami, śrubkami, pierdołami. Fajnie mu się żyło i na pewno nie było mu łatwo, gdy zdecydował się to zostawić. Ale to właśnie on parł na wyjazd, on nalegał, opowiadał, że na Zachodzie będzie nam lepiej. Matka nie chciała wyjeżdżać. Jej w zupełności wystarczało to, co miała w Zabrzu.

Jak mówiłem, niewiele wiem o tym, co ojciec robił wcześniej. Nie dopytywałem, a on sam nie lubi o tym rozmawiać. Wiem tylko, że na Ukrainie był dyrektorem, miał dużo ludzi pod sobą, ale pewnie nie podobał mu się komunizm, skoro zdecydował się uciec na Zachód. We Lwowie mieszkał z rodzicami, był synkiem mamusi, najstarszym i najrozsądniejszym z trzech braci.

Tuż przed wyjazdem do Danii pojechaliśmy do Lwowa odwiedzić babkę Irenkę i dziadka Stefana, po którym zresztą mam drugie imię. Nie wiem dlaczego, ale jechaliśmy przez Budapeszt. Może tak było łatwiej? Może nie trzeba było wizy? Spędziliśmy u nich jeden dzień, z którego niewiele zapamiętałem. Właściwie tylko to, że babcia była mała, a dziadek bardzo, bardzo wysoki. Pamiętam też, jak wchodzę do pokoju, w którym siedzi dziadek Stefan. Wydał mi się zimny, nadmiernie spokojny. Widziałem się z nim wtedy po raz pierwszy i ostatni w życiu, ale babcia Irenka dwukrotnie odwiedziła nas w Danii.

Kontakt z ukraińską częścią rodziny mieliśmy sporadyczny. Słabo ich znałem. Tylko mój kuzyn, Taras, przyjeżdżał do Danii razem ze swoim ojcem i rodzice pomagali im znaleźć jakąś pracę. Tata na Ukrainę nie jeździł. Nawet po 1989 roku, nawet kiedy miał już duńskie obywatelstwo. Chyba się bał, że go tam zatrzymają i nie będzie mógł wrócić do Kopenhagi.

Dopiero Euro 2012 spowodowało, że na nowo odkryłem swoją rodzinę. Kupiłem bilet na mecz Dania - Portugalia we Lwowie i powiedziałem ojcu, że skoro jadę do Lwowa, mógłbym odwiedzić krewnych. Przyjęli nas niesamowicie ciepło. Dostaliśmy do dyspozycji mieszkanie wujka, naznosili nam materaców, pokazali miasto. Wróciłem tam kilka dni później, na mecz Danii z Niemcami, i znowu zostałem wspaniale podjęty.

Zaprzyjaźniłem się z Oksaną, córką wujka Andrija. Znam go tylko z Facebooka, bo kiedy rozwiódł się ze swoją ukraińską żoną i wziął sobie nową, Rosjankę, zamieszkał w Surgucie, na Syberii. Podobno babcia Irenka bardzo to przeżyła. Oksana to ładna, bardzo energiczna, zaradna dziewczyna. Pracuje w banku. Odwiedzała mnie później, cały czas jesteśmy w kontakcie.

Rodzina mamy jest ze Śląska. Babcia zawsze twierdziła, że mojego dziadka Czesława zabili Rosjanie. Był szychą w kopalni i zginął tuż po wojnie, w 1947 roku. Oficjalna wersja brzmiała, że to był wypadek samochodowy. Prowadził jakiś młody chłopak. Dziadek trzy dni umierał w szpitalu. Po dziadku Czesławie otrzymałem imię. Jego żona, nieżyjąca już babcia Helena, została sama z trójką dzieci. Dwudziestodziewięcioletnia wdowa. To było hardkorowe. Moja matka miała sześć lat, wujek Maciek cztery, a Marian dwa. Maciek umarł przez alkohol. Mariana pamiętam, jak przyjeżdżał do Danii, ale też już nie żyje. Jego również zniszczył alkohol.

Rodzina mamy mieszka w Gródkowie, w gminie Psary, gdzie mama się urodziła, i w Będzinie, najbliższym większym mieście. Widywaliśmy się z nimi, kiedy byłem bardzo mały, później kontakt się urwał. Niedawno jednak zacząłem ich odwiedzać. Przeszedłem się po okolicy i okazało się, że pamiętam wiele miejsc i twarzy. Mam też przyszywane ciocie, przyjaciółki mamy z czasów szkolnych, które bardzo lubię. Na przykład ciocię Danusię, do której jeździłem do Polski na wakacje i której córka jest moją matką chrzestną. Miała wtedy czternaście lat i musiała dostać specjalne pozwolenie od księdza, żeby móc mnie trzymać do chrztu. Inna ciocia wyemigrowała do Niemiec. Takimi ciociami były też dla mnie mama Michała Gwiżdża, która niestety już nie żyje, i ciocia Marysia z Wadowic.

Irenka

Pamiętam, jak kiedyś ojciec przyszedł do mnie i powiedział, że jedziemy do mamy i Irenki. Jakiej Irenki? Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy pod szpital. Tata pokazał mi okno. Za szybą była mama, machała do nas. Ojciec powiedział, że właśnie urodziła mi się siostrzyczka.

Zawsze strasznie mnie kochała, ale ja chyba nie byłem najmilszym starszym bratem. A już na pewno nie wtedy, kiedy byłem nastolatkiem. Chyba zdarzało mi się czasem jej wlać, a parę razy dokuczyłem jej tak, że doprowadziło ją to do łez. Okropne.

Irenka, najmłodsza z nas wszystkich, najłatwiej zaadaptowała się w Danii. Nasze światy były bardzo różne. Niewielu mieliśmy wspólnych znajomych - może kilka osób z harcerstwa, jakieś dziewczyny z liceum, które też poznałem, bo były Polkami. Pamiętam, że kiedy moja siostra była bardzo mała, uczyłem ją słuchać Davida Bowiego. Później, jako nastolatka, kochała się w boysbandzie 3T, jak wszystkie jej koleżanki, ale plakatu Bowiego nigdy nie zdjęła. Wciąż jest fanką muzyki i dzisiaj zdarza nam się chodzić razem na koncerty.

Mam z nią świetny kontakt. Mieszka z mężem i córką w centrum Kopenhagi i to jest zajebiste. Często nocuję u nich na kanapie. Irenka jest zupełnie inna ode mnie, taka racjonalna, spokojna i rozsądna. Jest cudownym aniołkiem. Nie rozumiem, jak ludzie mogą się kłócić z rodzeństwem, nawet podawać się do sądu o majątek. To są jakieś hardkory, których nie ogarniam.

Irenka jest po prostu idealna. Zawsze pomagała rodzicom. Na przykład kiedy mama musiała iść do lekarza, Irenka szła z nią i tłumaczyła. Mama oczywiście przez te wszystkie lata nauczyła się mówić po duńsku, ale nie perfekcyjnie, a w takich sytuacjach lepiej być dokładnym. Na swoim weselu Irenka zeszła z parkietu ostatnia. Wszyscy już padali, a ona nie miała dość tańca. Kiedy trzeba, potrafi być Terminatorem.

Conrad, jej mąż, to pół Polak, pół Irlandczyk urodzony w Danii. Jego matka jest jedyną z piątki rodzeństwa, która ma dzieci, więc zarówno Conrad, jak i jego brat Gareth są pupilkami całego rodu. Super było, kiedy ci wszyscy Irlandczycy przyjechali do Kopenhagi na wesele. Są strasznie muzykalni, pięknie śpiewali, grali Abbę na bani, coś niesamowitego. Najfajniejsze jest to, że ojciec Conrada, który przez lata rozmawiał ze swoją żoną i synami po angielsku, teraz znów zaczął mówić po polsku, żeby się komunikować z moimi rodzicami. Po polsku mówi też do swojej wnuczki - bo w lipcu ubiegłego roku Irenka urodziła córkę, Lidię. Moi rodzice w ciągu jednego dnia odmłodnieli o dziesięć lat. Przestali też ciągle mnie pytać, kiedy się wreszcie ożenię.

Za chlebem

Do Danii wyjechaliśmy całą czwórką - matka, ojciec, ja, pięcioletni chłopak, i Irenka, która miała wtedy roczek. Sądzę, że ojciec miał masterplan. Cała ta emigracja była jego pomysłem. Polska lat siedemdziesiątych była dla Ukraińców prawdziwym, dostatnim Zachodem, ale on koniecznie chciał wyjechać. Planował się dostać nawet dalej, do Kanady, tak jak jego kolega, który wyjechał do Vancouver czy Toronto. My też mieliśmy więc jechać do Kanady, ale wyszło inaczej. To była emigracja za chlebem, rodzice nigdy nie byli zaangażowani w politykę.

Nie wiem, jak dostaliśmy wizę, to musiał być jakiś cud. Rodzice skłamali, że jedziemy tylko na chwilę, odwiedzić babcię Helenę. W latach sześćdziesiątych babcia Helena poznała Polaka, który mieszkał w Danii, i hajtnęła się po raz drugi. Nigdy nie nauczyła się mówić po duńsku, co jest dla mnie nie do przyjęcia. Nienawidzę, kiedy ludzie wyjeżdżają do innego kraju i nie chcą się integrować. W każdym razie babcia tam została, więc kiedy ojciec z matką podjęli decyzję o wyjeździe, Dania była naturalnym kierunkiem. Początkowo miał to być tylko przystanek przed Kanadą, ale nie ruszyliśmy w dalszą podróż, bo rodzice nie dostali pozwolenia - z czego dzisiaj się bardzo cieszę, bo gdyby nam się udało, Polska byłaby zbyt daleko. Zapewne nigdy bym jej nie poznał, nie wróciłbym...

Wyjazd kojarzy mi się z nocą. Zapewne przez to, że podróż zaburzyła dobowy rytm dziecka, że nie spałem wtedy, kiedy powinienem był spać. Dotarliśmy do Kopenhagi, ale nie zatrzymaliśmy się tam. Od razu skierowano nas do obozu dla uchodźców w Jutlandii, gdzie czekaliśmy na azyl razem z innymi Polakami, a także w towarzystwie wygnańców z Iranu czy Iraku. Nie wszyscy mieli możliwość wyjechać pełnymi rodzinami, było tam sporo samotnych matek.

Pewnego dnia wybuchła afera na cały obóz, bo jakaś Polka miała romans z Irańczykiem. Moi rodzice też o tym plotkowali, to było dla nich dość egzotyczne. Ale jedno muszę im przyznać - wychowując mnie, bardzo duży nacisk kładli na tolerancję. A wcale nie było to takie oczywiste, bo na emigracji poznałem Polaków, którzy byli największymi rasistami, prawdziwymi skur***ynami. Nie mieści mi się to w głowie, że można było wyjechać z biednej Polski do Danii i mieć poczucie, że jest się kimś wartym więcej niż Turcy czy imigranci z Afryki.

Warunki w obozie były bardzo dobre, mieliśmy z rodzicami swój pokoik. Spędziliśmy tam trzy miesiące, może pół roku, i nie mogliśmy narzekać. Parę lat później, kiedy pojawiła się wielka fala uchodźców z byłej Jugosławii, było znacznie gorzej. Ci ludzie uciekali przed wojną i tłoczyli się całymi rodzinami w takim jednym pokoju siedem czy osiem lat, w dodatku nie wiedząc, jaka jest ich przyszłość, czy w ogóle będą mogli zamieszkać w Danii - a jeśli będą musieli wrócić, to czy będzie do czego. Nie mieli pojęcia, czy ich domy wciąż stoją.

Jeszcze w Jutlandii zacząłem chodzić do szkoły. Pewnego dnia po lekcjach przyszedł po mnie tata. Był w euforii, chyba nigdy wcześniej nie widziałem go takim szczęśliwym. Cieszył się, bo właśnie dostał wiadomość, że Duńczycy pozwolili nam zostać.

Swingersi

Zamieszkaliśmy na przedmieściach Kopenhagi, w Taastrup. Rodzice szukali pracy. Dali ogłoszenie do gazety, że są parą, która chciałaby razem sprzątać, i byli bardzo zdziwieni, bo zaczęli się do nich zgłaszać duńscy swingersi. Okazało się, że rodzice zupełnie nieświadomie skorzystali z sekretnego kodu, którym tamci się porozumiewali.

Może się mylę, ale wydaje mi się, że rodzice nigdy nie mieli zbyt wielu duńskich znajomych. Na emigracji nie wybierasz sobie przyjaciół. Żyjesz wśród rodaków, z którymi zetknął cię los. Na lekcjach duńskiego, obowiązkowych dla wszystkich emigrantów, ojciec poznał na przykład górala Mariana i do dzisiaj utrzymują kontakt. Była ciocia Krysia, która godzinami przesiadywała u nas kuchni i napierdalała na "czarnuchów". "Ciociu! - oburzałem się. - To nie czarnuchy, to moi kumple!", ale ona wiedziała swoje.

Był też ojczym Marcina, mojego kolegi z podwórka. Ludzie plotkowali, że uciekł z Polski na pontonie, którym przepłynął przez Bałtyk, i że na morzu mu odbiło. Każdy sobie jakoś radził, miał swój sposób na życie. Zawsze się śmieję, że jeśli nie szło ci na emigracji, to otwierałeś polski klub i zostawałeś prezesem. A jeśli i to nie wypalało, to wracałeś do Polski i zostawałeś gwiazdą telewizyjną.

Moi rodzice mieli naprawdę trudny start. Uczyli się języka duńskiego, bo to był warunek otrzymywania pomocy od państwa, i jednocześnie musieli zapierdalać, żeby zarobić na życie. Oboje ciężko pracowali fizycznie. To jest bolesna cena emigracji: nie odzyskujesz statusu, który miałeś w ojczyźnie, nie ma mowy o pracy w zawodzie. W Zabrzu mama uczyła polskiego, a w Danii nikogo to przecież nie interesowało. Musiała się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Szybko nauczyła się duńskiego, ale długo wstydziła się mówić, bo jest perfekcjonistką.

Kilka lat później mamie udało się wrócić do nauczania - zaczęła pracować jako nauczycielka w polskiej ambasadzie. Do tego w szkole Avedøre uczyła języka polskiego dzieci emigrantów. Była bardzo szanowana w kręgach polonijnych, od początku należała do polskiego klubu Ognisko. Byłem dumny, kiedy jesienią 2014 roku Klub Dyskusyjny "Agora" obchodził swoje dwudziestolecie i zaproszono mnie, żebym zagrał koncert solowy w Ambasadzie Polski w Kopenhadze. Mama siedziała w pierwszym rzędzie.

Poszedłem do szkoły. Jako dziecko emigrantów trafiłem do MO, czyli modtageklasse, takiej klasy, która przyjmuje obcokrajowców, integracyjnej. Duńskie dzieciaki po zerówce szły do pierwszej klasy, jak wszędzie, ale my, imigranci, po drodze zaliczaliśmy jeszcze modtageklasse, gdzie mieliśmy się nauczyć języka. Moi koledzy z klasy pochodzili z Turcji, Maroka, Iranu, z zupełnie innego kręgu kulturowego. Niektórzy nawet urodzili się w Danii, ale u nich w domu mówiło się tylko po turecku. Integracja przebiegała więc bardzo powoli.

Ja miałem fuksa, bo mama szybko nauczyła mnie czytać, więc radziłem sobie również z czytaniem po duńsku, nawet jeśli nie wszystko rozumiałem. Dzięki temu po pierwszym roku w MO mogłem od razu przeskoczyć do normalnej drugiej klasy, a moi tureccy koledzy zostali rok w tyle.

Nasza klasa liczyła mniej więcej dwadzieścioro pięcioro dzieciaków, z czego pięcioro czy sześcioro, może siedmioro, obcokrajowców. Reszta to byli Duńczycy. Świetne czasy. Nauczyciele trochę od nas wymagali, ale zwykle wystarczyło, jeśli pouczyłem się na przerwie. Rzadko odrabiałem zadanie w domu, z rodzicami. Miałem poczucie, że nie trzeba się starać, łatwo mi to wszystko przychodziło. Przez całą podstawówkę byłem uważany za jednego z najlepszych uczniów w klasie, ale kiedy się dostałem do liceum, w którym trzeba było się uczyć, od razu spadłem na dużo niższą pozycję. W sumie to byłem najgorszy.

Fragment książki Jarka Szubrychta i Czesława Mozila "Nie tak łatwo być Czesławem". Premiera: 3 października 2015. Wydawnictwo Otwarte.

 

Dowiedz się więcej na temat: Czesław Śpiewa

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje