Reklama

Reklama

Córka piekarza o głosie anioła

W 1969 roku z zespołem Skaldowie zaśpiewała W żółtych płomieniach liści.

Jej rodzice prowadzili po II wojnie światowej popularną w Białymstoku piekarnię.  Marzeniem rodziców było, żeby z bratem przejęła rodzinną firmę. Ona jednak chciała śpiewać. Zaczynała od występów w szkolnym kabarecie. Ukończyła szkołę muzyczną i znakomicie grała na skrzypcach. Po maturze rozpoczęła naukę w Studium Piosenki w Warszawie i już nie wróciła do rodzinnego Białegostoku...

Szybko wyszła za mąż za starszego o 4 lata Andrzeja Mundkowskiego (†41), znanego w latach 60. i 70. pianistę jazzowego i kompozytora. To on w 1965 roku skomponował muzykę do wiersza Wisławy Szymborskiej (†88) Nic dwa razy się nie zdarza. Miała 20 lat, gdy debiutując na scenie, zaśpiewała go podczas festiwalu w Opolu. Zajęła drugie miejsce w konkursie! W nagrodę dostała telewizor.
- Odbiornik marki Szmaragd podarowałam rodzicom, żeby mogli mnie oglądać - wspominała. Uczyła się od najlepszych - Jerzego Wasowskiego (†71) i Jeremiego Przybory (†88), słynnych Starszych Panów. Dlatego sama uważała, że piosenka nie może być o niczym, musi być jak małe dzieło zamknięte w trzech minutach. Teksty piosenek pisali dla niej najlepsi: Agnieszka Osiecka (†60), Wojciech Młynarski (75). Ze Skaldami związała się pod koniec lat 60.
Z zagranicznych podróży z nimi wysyłała rodzicom pocztówki: Chcę Wam wyśpiewać, że życie jest piękne i trzeba korzystać z każdej chwili...
Był to trudny okres po rozwodzie i chciała przekazać najbliższym, że nie straciła optymizmu. Wtedy zakochała się w Ryszardzie Koziczu (76), menadżerze Skaldów. Wzięli ślub i urodziła się im Julia (40). Jej matką chrzestną została przyjaciółka ze sceny Irena Santor (81). By wychować córeczkę, artystka na początku lat 80. ograniczyła występy. Uczyła ją grać na skrzypcach, spędzały razem każdą chwilę.

- Była najwspanialszą mamą na świecie - wspomina teraz Julia Prus. - Zawsze śpiewała: w wannie, pieląc grządki w ogrodzie... Dobrze się czuła w roli gospodyni w swoim domu na podwarszawskim Zaciszu. Często pojawiała się tam Maryla Rodowicz, bo pani Łucja została chrzestną jej córki Katarzyny Jasińskiej (34). Lubiła gości, gotowała obiady, zajmowała się psem i ogrodem. Kwiaty były jej pasją, sadziła swoje ulubione azalie i rododendrony. Do powrotu na estradę namówiła ją córka.

Wtedy nagle stwierdzono u niej raka piersi. Walczyła dzielnie, nie przerywając koncertów. Po raz ostatni zaśpiewała na początku 2002 roku. Kolejny koncert, zaplanowany na marzec, trzeba było już odwołać, bo nagle zasłabła i nie zdołała wyjść na scenę. Wtedy zdała sobie sprawę, że śmierć jest blisko. W ostatnich tygodniach powtarzała, że jej marzeniem byłoby, aby na pogrzebie zagrano jej utwór Louisa Armstronga (†70)  What a Wonderful World.

Zmarła 3 lipca 2002 roku, gdy ogród, który tak bardzo kochała, rozkwitł. Nie chciała, żeby jej odejście było przyczyną łez. W testamencie prosiła, żeby uczczono jej pamięć na słonecznej łące.
- Spełniliśmy wolę mamy, która tak kochała życie, że  śmierć potraktowała jako naturalną jego część - opowiada Julia Prus, dziennikarka Polskiego Radia, mieszkająca w Kampali w Ugandzie. Artystka spoczęła na cmentarzu Bródnowskim w Warszawie. Rok później córka wydała płytę z piosenkami mamy Czułość. Przez lata grób Łucji Prus niszczał, ale dzięki staraniom Bogumiły Wander (72) i innych osób stanął na nim pomnik przypominający legendę tamtych lat...

JA

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje