Przejdź na stronę główną Interia.pl

Audrey Hepburn przy kuchennym stole

- Moja mama zawsze uważała, że w kuchni nie tylko należy dobrze zjeść, ale też spędzić czas na rozmowie z bliskimi - mówi Luca Dotti, syn Audrey Hepburn z drugiego małżeństwa i autor książki "Audrey w domu".

Agnieszka Minkiewicz: Co skłoniło cię do napisania "Audrey w domu"?

Reklama

Luca Dotti: - Urodziłem się w 1970 roku, czyli właściwie już po filmowej karierze mojej mamy. Może właśnie dlatego ludzie pytali mnie i wciąż pytają jaka była prywatnie, w domu...

- Początkowo miałem pomysł na zebranie jej przepisów kulinarnych. Był to jednak zaledwie szkic. Kiedy zacząłem już pisać książkę, niezwykle interesujące wydało mi się połączenie przepisów kulinarnych z rodzinnymi wspomnieniami i prywatnymi opowieściami bliskich znajomych. Tak powstała ta - jak lubię ją nazywać - "biografia przy kuchennym stole".

Czy ten kuchenny stół był miejscem ważnym dla twojej mamy? Czym jest dla ciebie i twojej rodziny teraz?

- Był i jest centrum naszego życia. Przy nim toczą się przecież najważniejsze rodzinne rozmowy i spotkania z przyjaciółmi, czasem nawet dochodzi do konfrontacji. To miejsce, gdzie wszyscy są równi. Moja mama zawsze uważała, że w kuchni nie tylko należy dobrze zjeść, ale też spędzić czas na rozmowie z bliskimi.

Twój starszy brat Sean pisał o waszej mamie wcześniej. Wasze książki różnią się jednak od siebie. Ty snujesz opowieść nie trzymając się chronologii zdarzeń. "Audrey w domu" rozwija się raczej od śniadania do lunchu, od lunchu do kolacji z przyjaciółmi, od kolacji do przyjęcia w ogrodzie...

 - Mój brat napisał książkę, która jest jego spojrzeniem na matkę. Mnie nie interesowały fakty biograficzne. Prywatne życie mówi o danej osobie czasami znacznie więcej, niż kalendarium zdarzeń. A życie mojej mamy - także w kuchni - zmieniło się przez lata z wyrafinowanego, w bardzo proste. Dotyczyło to choćby mody: w latach 50. i 60. nosiła efektowne stroje, od Givenchy po Valentino, w latach 70. - proste, niezobowiązujące ubrania, jak dżinsy czy t-shirty. Można zaobserwować jak mama z biegiem lat staje się bardziej dojrzała, bardziej pewna siebie, przekonać się, jaka była naprawdę.

Ile opowieści zawartych w tej książce usłyszałeś przy kuchennym stole?

-  Wiele. Książka zaczyna się od moich wspomnień. Ale spędziłem też dwa lata, odwiedzając najbliższych przyjaciół i krewnych mamy, zadając im pytania, robiąc notatki. Potem musiałem połączyć te punkty w całość. Przy okazji udało mi się dokonać czegoś, czego zupełnie się nie spodziewałem - zdołałem pogodzić się z publicznym obrazem mojej mamy. Nagle stało się dla mnie jasne, że Audrey, którą znałem i ikona, którą do dziś podziwiają widzowie, to jedna i ta sama osoba.

Pisząc, dowiedziałeś się też nowych rzeczy o mamie. Co najbardziej cię zaskoczyło?

- Jedna historia jest dla mnie szczególnie ważna. To był rok 1982 lub ‘84. Latem mój dziadek ze strony ojca zachorował. Jedyny szpital, jaki mogła dla niego znaleźć babcia - w sierpniu w Rzymie prawie wszystkie instytucje były zamknięte z powodu urlopów - był naprawdę podły. Byłem wtedy nastolatkiem. Poszedłem do mamy i powiedziałem, że skoro babcia nie może, to mama powinna wykorzystać swoje nazwisko, żeby pomóc dziadkowi. To akurat pamiętałem, ale dowiedziałem się, że moja mama najpierw obdzwaniała szpitale, przedstawiając się jako pani Dotti - nazwiskiem mojego taty - i nigdzie nie mogła znaleźć łóżka dla dziadka. Wtedy postanowiła pójść za moją radą. Powiedziała, że nazywa się Audrey Hepburn i natychmiast znalazło się miejsce w dobrym szpitalu. Od tej chwili myślała o tym, jak pożytecznie wykorzystać swoją sławę. Zrozumiała, że jej nazwisko ma wartość wręcz polityczną. Dlatego rozpoczęła współpracę z UNICEF.

Dla ciebie była przez większość życia po prostu mamą, nie wielką Audrey Hepburn. Która z jej ról filmowych najbardziej przypomina ci ją jako panią Dotti, mamę Luki?

- Mama nigdy nie grała według metody aktorskiej, wkładała w rolę własne emocje i empatię. Dlatego, oglądając jej filmy, nie widziałem gwiazdy, tylko Audrey taką, jaką znalem. Była sobą. Wszystkie filmy, w których zagrała są dla mnie ważne, ale mam swoje ulubione tytuły... Wzrusza mnie mama w "Rzymskich wakacjach". Była wtedy grubo przed trzydziestką i trafiła w sam środek cyrku, jakim jest Hollywood. Kiedy przyjechała do Rzymu, nawiązała bardzo szczere i głębokie przyjaźnie ze wszystkimi, z którymi pracowała przy tym filmie - Gregorym Peckiem, Williamem Wilderem, charakteryzatorami...

- "Przyjaźń" to pierwsze słowo, jakim mama opisywała swoją karierę. Wiele razy mówiła w wywiadach, że tylko z powodu wszystkich bliskich jej ludzi byłoby jej trudno porzucić karierę aktorską. To były inne czasy, nie wszystko kręciło się w Hollywood wokół kontraktów i pieniędzy, atmosfera w ekipie filmowej była bardziej rodzinna.

Jak jako młoda dziewczyna odnajdywała się w tej rzeczywistości? Czy woda sodowa nie uderzyła jej do głowy?

- Zbierając materiały do książki trafiłem na jeden z jej najwcześniejszych wywiadów z lat 40., kiedy była bardzo młoda. Tę rozmowę wycięła z gazety i zachowała moja babcia. Uderzyło mnie to, jak mama opisuje siebie, swoją pracę, swój stosunek do ról... Kiedy ją komplementowano, zawsze wskazywała na zasługi kogoś innego - tak, jakby wszystko zawdzięczała innym, jakby jej kariera była tylko wynikiem splotu szczęśliwych okoliczności. Nie była pewna siebie, raczej zbyt nieśmiała, by po prostu przyjąć komplement.

- Czytając ten wywiad, uświadomiłem sobie - porównując moje wspomnienia i wszystko, co usłyszałem o mamie od innych, że udało jej się pozostać sobą przez całe życie. Nie zmieniły jej sława, ani sukces. Dzięki temu, czego się o niej dowiedziałem, dziś znacznie lepiej rozumiem, co próbowała mi przekazać, gdy byłem chłopcem.

Pretekstem do snucia opowieści o mamie na kartach "Audrey w domu" są przepisy kulinarne. Która potrawa z dzieciństwa najbardziej utkwiła ci w pamięci?

- Wszystkie dania, o których piszę w książce. Jeśli miałbym wymienić coś konkretnego, to byłoby to spaghetti al pomodoro. To była jej ulubiona potrawa i jednocześnie sposób na okazanie czułości bliskim. Gdy chadzaliśmy na kolacje do znanych restauracji, szefowie kuchni dwoili się i troili, żeby zaimponować mojej mamie. Proponowali jej bardzo wyrafinowane dania. A ona mówiła: "Jeśli ugotujecie mi spaghetti al pomodoro, będę szczęśliwa". Dziwili się, że chce zamówić coś tak prostego, a dla niej było to danie szczególne.

- Taka właśnie była. Uważała, że w luksusie wcale nie chodzi o cenę i wymyślność. Dla niej luksus oznaczał dobrą jakość i możliwość posiadania lub robienia tego, co sprawiało jej przyjemność, ale nie za wszelką cenę.

Czy są takie smaki, które ciężko ci było odtworzyć?

- Miałem problem z boeuf à la cuillère. To wołowina, którą przyrządza się pięć, sześć godzin. Jest taka miękka, że można ją kroić łyżką. Smak zależy od jakości mięsa, wina, którego użyjesz, warzyw. To jeden z tych przepisów mamy, które rzadko wykorzystuję, bo są dość skomplikowane. Trzeba znać odpowiednie triki, żeby wszystko się udało.

- Współautorką wielu z tych przepisów była kucharka mojej mamy. Asystowała mamie w kuchni, wiele z dopisków na kartkach z recepturami pochodzi właśnie od niej. Moja mama w kuchni była chyba jak większość matek. Nie miała pełnej listy produktów, co nie przeszkadzało jej świetnie gotować.

Twojej mamie czekolada zawsze poprawiała humor... Jakie wspomnienia budzi w tobie?

-  Ważne jest dla mnie zwłaszcza ciasto czekoladowe, o którym piszę w książce. Wiąże się nie tylko ze wspomnieniami o mamie, ale i o mojej żonie. Mama miała nań szczególny przepis, niezbyt popularny. Długo nie mogłem go odtworzyć. Pewnego dnia właśnie takie ciasto upiekła moja żona! Prawdopodobnie dlatego, że mama korzystała ze szwajcarskiego przepisu, a moja żona pochodzi ze Szwajcarii.

- Dlatego uważam, że przekraczanie barier kulturowych jest w kuchni najważniejsze. Gotowanie może być potężnym narzędziem, także do zaprowadzania pokoju. Znajomość języków obcych pozwala lepiej rozumieć innych ludzi, przekonać się, że nasi sąsiedzi wcale się tak bardzo od nas nie różnią. Taką samą rolę może pełnić kuchnia.

Gotujesz dla żony i synów według przepisów swojej mamy? A może Audrey Hepburn nie smakowałoby coś, co przyrządzasz w domu?

- Oczywiście, że korzystamy z jej przepisów! Czy czegoś nie lubiła? W kuchni włoskiej - a takie potrawy przyrządzała najczęściej - używa się mnóstwa czosnku, a ona za czosnkiem nie przepadała. Lubiła za to bardzo makaron aglio, olio e peperoncino. Przyrządzała go więc po prostu z mniejszą ilością czosnku. Uważała, że to jedno z dań poprawiających nastrój i często je gotowała.

Jakie jest twoje pierwsze i ostatnie wspomnienie związane z mamą?

- Pierwsze... Mam ich tyle... Chyba kiedy leżałem chory w łóżku, może miałem grypę, a mama czytała mi dużo więcej bajek. Byliśmy sobie wtedy bardzo bliscy. Pamiętam jak przychodziła wieczorami, żeby utulić mnie do snu.

- A ostatnie... Wiąże się oczywiście z jej ostatnim pobytem w Szwajcarii, kiedy była już chora. To wspomnienie jest dla mnie szczególnie ważne. Wiedziała, że umrze na raka, ale nie martwiła się o siebie, tylko o nas. Zastanawiała się, czy była dobrą matką, czy w wystarczający sposób przygotowała nas do samodzielnego życia. Mój brat miał wtedy 32 lata, ja - 23. Nie byliśmy dziećmi, ale w żaden sposób nie byliśmy gotowi na śmierć mamy. W ostatnich dniach życia martwiła się więc głównie o nas.

- Po latach zrozumiałem też, ile miała szczęścia, że odchodziła w pokoju. Miała spełnione życie i zdołała zawsze być sobą, nawet podczas choroby. Zawsze powtarzała, że jej wewnętrzna siła wiąże się z tym, że przetrwała wojnę. Uważała to za wielki dar.

Rozmawiała Agnieszka Minkiewicz


Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje