Przejdź na stronę główną Interia.pl

"Zdrada" Paulo Coelho

Linda ma 31 lat. Wszyscy uważają, że ma wspaniałe życie. Mieszka w Szwajcarii, w jednym z najbezpieczniejszych państw świata. Ma kochającego męża, urocze i dobrze wychowane dzieci oraz świetną pracę dziennikarki.


Jednak zaczyna buntować się przeciw rutynie i przewidywalności swojego życia. Nie jest w stanie dłużej udawać, że jest szczęśliwa, gdy w rzeczywistości czuje jedynie apatię. Wszystko zmienia się, kiedy spotyka swojego byłego chłopaka. Jakub jest znanym politykiem, z którym przeprowadza wywiad. Podczas spotkania budzi się w niej dawno zapomniane uczucie - pożądanie. Wbrew wszystkiemu postanawia zdobyć dawną miłość. Chcąc osiągnąć swój cel, musi sięgnąć dna ludzkich uczuć, by na koniec odnaleźć szczęście.

Reklama

"Zdrada" Paulo Coelho ukaże się 21 maja nakładem Wydawnictwa Drzewo Babel.


Oto fragment książki "Zdrada" Paulo Coelho

Kiedy rano budzę się i zaczynam "nowy dzień", mam ochotę zamknąć oczy i zostać w łóżku. Niestety muszę wstać.

Mam wspaniałego, szaleńczo zakochanego we mnie męża, który jest właścicielem znanego funduszu inwestycyjnego. Wbrew woli mojego małżonka pismo "Bilan" co rok umieszcza jego nazwisko na liście trzystu najbogatszych obywateli Szwajcarii.

Mam dwoje dzieci, które - zdaniem moich przyjaciółek - są dla mnie "sensem życia". Wcześnie rano robię im śniadanie i odwożę do szkoły, chociaż na piechotę mamy pięć minut. Dzieci spędzają tam większość dnia, co pozwala mi zająć się pracą i innymi sprawami. Po lekcjach pilnuje ich filipińska niania i jest z nimi do naszego powrotu.

Lubię mój zawód. Jestem poważaną dziennikarką w znanej gazecie, którą można kupić na każdym rogu Genewy, naszego miasta.

Raz do roku całą rodzina jedziemy na wakacje, zazwyczaj do bajkowych miejsc z pięknymi plażami. Zwiedzamy "egzotyczne" miasta zamieszkałe przez biedną ludność. Dzięki temu czujemy się bogatsi, bardziej uprzywilejowani i jesteśmy wdzięczni losowi za wszystkie otrzymane dary.

Zapomniałam się przedstawić. Nazywam się Linda. Bardzo mi miło. Mam trzydzieści jeden lat, 175 centymetrów wzrostu i ważę 68 kilo. Dzięki wielkiej hojności mojego męża noszę najdroższe ubrania, na jakie można sobie pozwolić, co budzi zachwyt mężczyzn i zazdrość kobiet.

Mimo to każdego ranka, kiedy otwieram oczy i spoglądam na idealny świat, o którym wszyscy marzą, a tylko niewielu ma szczęście w nim żyć, wiem, że nowy dzień zakończy się kolejną klęską. Jeszcze w zeszłym roku wydawało mi się, że wszystko jest w porządku. Żyłam normalnie, choć raz na jakiś czas dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że dostaję od losu zbyt wiele. Któregoś pięknego dnia, kiedy szykowałam śniadanie dla rodziny (pamiętam, że była wiosna, bo w ogrodzie pojawiły się kwiaty), pomyślałam: "I to wszystko?".

Nie powinnam stawiać sobie takich pytań, ale to wina pisarza, z którym poprzedniego dnia przeprowadziłam wywiad.

Pamiętam, jak powiedział:

- Nie interesuje mnie bycie szczęśliwym. Wolę być zakochany, chociaż to bardziej ryzykowne, bo nigdy nie wiadomo, co z tego wyniknie.

Zrobiło mi się go żal. Niespełniony człowiek, który umrze w samotności, zgorzkniały.

Następnego dnia zdałam sobie sprawę, że w moim życiu nie ma żadnego ryzyka.

Wiem, co mnie czeka, bo każdy dzień podobny jest do poprzedniego. Miłość? Oczywiście, kocham mojego męża. Dzięki temu nie wpadam w depresję i wierzę, że jestem z nim nie tylko dla pieniędzy, przez wzgląd na dzieci czy na konwenanse.

Mieszkam w najbezpieczniejszym kraju na świecie, wszystko w moim życiu jest uporządkowane, jestem dobrą żoną i matką. Otrzymałam surowe, protestanckie wychowanie i tak samo zamierzam wychować moje pociechy. Niczego nie ryzykuję z obawy, że mogłabym wszystko stracić. Obowiązki wykonuję sumiennie, ale bez zbytniego angażowania uczuć, chociaż w młodości, jak każdy normalny człowiek, często zakochiwałam się i cierpiałam.

Kiedy wyszłam za mąż, czas się zatrzymał.

Aż do chwili, gdy spotkałam tego przeklętego pisarza i usłyszałam jego słowa. Co jest złego w rutynie i monotonii?

Dla mnie absolutnie nic, chociaż czasem...

... pojawia się strach, że w jednej chwili wszystko się zmieni, a ja nie będę na to przygotowana.

Od tamtego pięknego, wiosennego dnia, kiedy w mojej głowie pojawiła się owa nieszczęsna myśl, zaczęłam się bać. Czy dałabym sobie radę, gdyby nagle zmarł mój mąż? Tak, odpowiedziałam natychmiast - jego majątek starczyłby na pokolenia. A gdybym ja zmarła, kto zająłby się dziećmi? Mój kochany mąż, który prędzej czy później znalazłby sobie drugą żonę. Jest przecież bogaty, uroczy, mądry. Ale czy moje dzieci miałyby dobrą opiekę?

Najpierw starałam się odpowiedzieć na wszystkie dręczące mnie pytania, ale wątpliwości było coraz więcej. Kiedy się zestarzeję, mąż znajdzie sobie kochankę. A może już ma romans, bo coraz rzadziej uprawiamy seks? On też może podejrzewać, że kogoś mam, ponieważ od trzech lat nie poświęcam mu dostatecznie dużo uwagi.

Nigdy nie kłóciliśmy się z powodu zazdrości, co mnie cieszyło. Jednak od owego wiosennego poranka zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie świadczy  to o braku miłości.

Próbowałam o tym nie myśleć.

Przez następny tydzień po pracy szłam na zakupy na Rue du Rhône. Nie miałam żadnych specjalnych potrzeb, ale czułam, że robiąc zakupy, zmieniam coś w moim życiu. Kupowałam niepotrzebne dodatki do ubrań, kuchenne gadżety, o których istnieniu nie miałam pojęcia (chociaż w tej dziedzinie trudno wymyślić coś nowego). Unikałam sklepów z odzieżą dziecięcą, żeby nie rozpieszczać moich pociech niespodziewanymi prezentami. Nie odwiedzałam również sklepów z modą męską, żeby moja nagła hojność nie wzbudziła podejrzeń męża.

Po powrocie do domu, do mojego bajkowego królestwa, przez trzy, cztery godziny było wspaniale. Koszmar zaczynał się dopiero, gdy szliśmy spać.

Zawsze uważałam, że namiętność jest dla młodych, a w moim wieku jej brak jest rzeczą naturalną. Nie martwiłam się tym.

Dziś, po kilku miesiącach, jestem rozdarta między strachem przed zmianą a strachem, że do końca mojego życia nic się nie zmieni. Podobno z nadejściem lata ludzie zaczynają mieć dziwne myśli, ponieważ spędzają więcej czasu na świeżym powietrzu. Czują się mali wobec otaczającej ich potężnej przyrody. Horyzont przesuwa się daleko poza chmury nad ich głowami i ściany ich domów.

Może to prawda, ale w moim przypadku nie lato było przyczyną bezsennych nocy. Kiedy robi się ciemno i nikt mnie nie widzi, zaczynam się bać - śmierci, miłości, jej braku, tego, że każda nowość zmieni się w rutynę. Boję się rzeczy nieoczekiwanych, nawet gdyby miały się okazać wspaniałe i fascynujące.

Wtedy próbuję pocieszać się nieszczęściem innych ludzi.

Wstaję i włączam telewizor. Oglądam dziennik, z którego dowiaduję się o wypadkach, kataklizmach, ludziach pozbawionych dachu nad głową, uchodźcach wojennych. Ilu chorych jest na świecie? Ilu cierpi w ciszy lub głośno płacząc? Ile jest niesprawiedliwości, ile zdrad? Ilu biednych, bezrobotnych, ciemiężonych?

Zmieniam kanał. Oglądam serial albo film i uspokajam się na kilka minut. Potem zaczynam się denerwować, że mąż wstanie i zapyta: "Co się dzieje, kochanie?". Musiałabym odpowiedzieć, że wszystko w porządku. Albo jeszcze gorzej - tak jak zdarzyło się to dwa lub trzy razy w zeszłym miesiącu - kiedy wrócimy do łóżka, mąż położy rękę na moim udzie, a potem powoli przesunie ją w górę i zacznie mnie pieścić. Mogę udawać orgazm - robiłam to nieraz - ale nie mogę na zawołanie być wilgotna.

Zacznę się tłumaczyć, że jestem zmęczona. Wtedy on bez zniecierpliwienia i gniewu pocałuje mnie na dobranoc, odwróci się na bok, sprawdzi najnowsze wiadomości na tablecie i jakoś dotrwamy do świtu. A ja będę trzymać kciuki, żeby następnym razem był bardzo, ale to bardzo zmęczony.

Nie zawsze tak jest. Czasem muszę przejąć inicjatywę. Nie mogę odrzucać go przez parę nocy z rzędu, bo znajdzie sobie kochankę, a ja nie chcę go stracić. Chwila masturbacji i jestem gotowa. Wszystko wraca do normy.

"Wszystko wraca do normy" oznacza, że nic nie jest tak jak dawniej, kiedy byliśmy dla siebie tajemnicą.

Przyjaciółki mówią, że mam szczęście. Nie zdają sobie sprawy, że kłamię, kiedy opowiadam, jak często kochamy się z mężem. Zresztą one też kłamią, chwaląc się, że są przez mężów adorowane. Wszystkie jednak zgodnie przyznają, że seks jest ważny przez pierwszych pięć lat małżeństwa, a potem trzeba wykazywać więcej "inwencji". Na przykład można zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że uprawiamy seks z sąsiadem i robi on rzeczy, na które nie odważyłby się mąż. Albo że oddajemy się jemu i mężowi jednocześnie, wypróbowując wszelkie perwersje i zakazane zabawy.

 

Idąc z dziećmi do szkoły, przyjrzałam się mojemu sąsiadowi. Nigdy na jego temat nie fantazjowałam. Wolałabym wyobrażać sobie, jak kocham się z młodym reporterem z naszej redakcji. Odgrywa rolę nieszczęśliwego samotnika. Nigdy nie widziałam, żeby z kimś flirtował i może to mnie w nim pociąga. Wszystkie moje redakcyjne koleżanki chętnie "zaopiekowałyby się biedakiem". Pewnie chłopak dobrze o tym wie, ale wystarczy mu świadomość, że jest obiektem pożądania. Może on też odczuwa przerażający strach przed zrobieniem kroku, który w konsekwencji pozbawiłby go pracy, rodziny, dawnego życia i przyszłości.

Patrząc na mojego sąsiada, miałam ochotę się rozpłakać. Mył samochód, a ja pomyślałam: "Jaki on do nas podobny. Przyjdzie dzień, kiedy niczym nie będziemy się od siebie różnić. Nasze dzieci dorosną i przeniosą się do innego miasta albo zamieszkają w innym kraju, a my przejdziemy na emeryturę i będziemy pucować nasze samochody, chociaż moglibyśmy to komuś zlecić. Jednak w pewnym wieku trzeba zajmować się nieistotnymi rzeczami dla zabicia czasu i udowodnienia innym, że wciąż jesteśmy sprawni, panujemy nad wydatkami i pewne czynności nadal chętnie wykonujemy samodzielnie".

Umycie samochodu nie zmieni biegu historii, ale tego dnia dla mojego sąsiada była to sprawa najważniejsza. Życzył mi miłego dnia, uśmiechnął się i wrócił do pracy z taką nabożnością, jakby czyścił rzeźbę Rodina.

 

Zostawiam samochód na parkingu - "Korzystaj z transportu publicznego! Dbaj o środowisko!" - wsiadam do autobusu i w drodze do pracy spoglądam przez okno na znajome ulice. Mam wrażenie, że Genewa nie zmieniła się od czasów mojego dzieciństwa. Zabytkowe kamienice uparcie tkwią między budynkami wybudowanymi z inicjatywy jakiegoś szalonego prefekta, który w latach pięćdziesiątych odkrył "nowoczesną architekturę".

Myślę o tym za każdym razem, kiedy jadę autobusem do pracy. Wszystko jest w złym guście, nie ma szklanych wieżowców, tras szybkiego ruchu, a korzenie drzew niszczą betonowe alejki, przez co ciągle się potykamy. W parkach otoczonych starymi, drewnianymi płotami plenią się chwasty, "bo takie jest prawo natury"... To miasto różni się od nowoczesnych metropolii, które zatraciły swój dawny czar.

Tutaj nadal mówimy przechodniowi "dzień dobry", a wychodząc ze sklepu, gdzie przed chwilą kupiliśmy wodę, żegnamy się grzecznym "do widzenia", nawet jeśli nigdy tam nie wrócimy. Zdarza nam się też porozmawiać w autobusie z obcym pasażerem, wbrew utartej opinii, że Szwajcarzy są powściągliwi i małomówni. Dzięki tym stereotypom łatwiej nam zachować własny styl życia. Mam nadzieję, że będzie tak jeszcze przez dobrych pięć stuleci, dopóki przez Alpy nie przeprawią się barbarzyńcy ze swoimi elektronicznymi wynalazkami, mieszkaniami o mikroskopijnych sypialniach i wielkich salonach na pokaz, ostro umalowanymi kobietami, głośno mówiącymi mężczyznami, zakłócającymi spokój sąsiadom, i wyzywająco ubranymi nastolatkami, które drżą przed tym, co powie mama i tata.

Niech sobie wszyscy myślą, że zajmujemy się produkcją sera, czekolady, hodujemy krowy i robimy zegarki. Niech nadal wierzą, że na każdym rogu genewskiej ulicy stoi bank. Nie zamierzamy tego zmieniać, dobrze nam bez barbarzyńców. Poza tym jesteśmy solidnie przygotowani do obrony. Każdy Szwajcar musi odbyć służbę wojskową i posiada w domu broń, choć trzeba przyznać, że rzadko jej używa przeciw drugiemu człowiekowi.

Jesteśmy szczęśliwi, bo od wieków nic się tu nie zmienia. Jesteśmy dumni z tego, że zachowaliśmy neutralność, gdy reszta Europy wysyłała swoich chłopców na bezsensowne wojny. Cieszy nas, że nikomu nie musimy tłumaczyć się z nieatrakcyjnego wyglądu Genewy, miasta, gdzie nieprzerwanie działają kawiarnie z dziewiętnastowiecznym rodowodem, a ulice pełne są starszych pań.

"Jesteśmy szczęśliwi". Może nie do końca. Wszyscy są szczęśliwi, tylko nie ja. Jadę do pracy i zastanawiam się, czy coś jest ze mną nie tak.

W redakcji jak zwykle wszyscy dwoją się i troją, żeby znaleźć jakiś interesujący temat, inny niż zwykłe  banalne informacje o wypadku samochodowym, napadzie (bez użycia broni) czy pożarze (jedzie do niego tuzin wozów strażackich z wyszkoloną ekipą, a kiedy strażacy wtargną do starego mieszkania, okaże się, że powodem postawienia na nogi całego miasta było  przypalone mięso).

Powrót do domu, miłe chwile w kuchni, cała rodzina przy nakrytym stole, modlitwa dziękczynna. Po kolacji każdy wraca do swoich spraw. Mąż pomaga dzieciom w lekcjach, żona sprząta kuchnię, robi inspekcję mieszkania i przygotowuje pieniądze dla sprzątaczki, która zjawi się jutro rano.

Przez te ostatnie miesiące zdarzają się chwile, gdy czuję się świetnie. Wtedy wiem, że moje życie ma sens i wierzę, że każdy ma do spełnienia w życiu jakąś rolę. Dzieci widzą, że mama jest w dobrym nastroju, mąż od razu jest milszy i bardziej troskliwy, a dom lśni wewnętrznym blaskiem. Jesteśmy przykładną, szczęśliwą rodziną - dla sąsiadów z naszej ulicy, dla mieszkańców miasta, kantonu, dla całego kraju.

Potem wchodzę pod prysznic i nagle, bez żadnego konkretnego powodu zaczynam szlochać. Płaczę podczas kąpieli, ponieważ wtedy nikt mnie nie słyszy i nie dopytuje, czy wszystko w porządku.

Jasne, wszystko w porządku. Dlaczego miałoby być inaczej? Zauważyliście, żeby w moim życiu coś zmieniło się na gorsze?

Nie.

Gdyby nie te noce pełne strachu.

Dni pozbawione radości.

Wspomnienia szczęśliwych dni i żal za tym, co mogło być, a nie było.

Niezaspokojone pragnienie przygody.

Przerażająca niepewność, co będzie z dziećmi.

Kłębią się czarne myśli, zawsze te same, jakby jakiś zły duch czyhał w rogu pokoju i w odpowiedniej chwili rzucał się na mnie, szepcząc "szczęście nie trwa wiecznie". Przecież zawsze o tym wiedziałam, prawda?

Potrzebuję zmiany. Muszę się zmienić. Dziś w pracy zdenerwowałam się tylko dlatego, że stażystka nie przygotowała na czas potrzebnych materiałów. Nigdy tak się nie zachowywałam. Nie poznaję siebie.

Nie mogę za to winić pisarza. Przecież od naszej rozmowy minęło kilka miesięcy. On tylko wywołał erupcję wulkanu, z którego wytrysnęła lawa, siejąc śmierć i zniszczenie. Równie dobrze powodem mógł być film, książka, osoba, z którą zamieniłam dwa słowa. Myślę, że wielu ludzi przez lata żyje w poczuciu narastającej frustracji. Nie zawsze w pełni zdają sobie z tego sprawę, aż któregoś pięknego dnia jakiś drobiazg wyprowadza ich z równowagi i wybuchają.

- Dosyć. Dłużej tego nie zniosę - mówią.

Jedni popełniają samobójstwo, inni rozwodzą się albo jadą jako wolontariusze do biednego afrykańskiego kraju w nadziei, że zbawią świat.

Ale ja znam siebie. Wiem, że moją jedyną reakcją będzie stłumienie uczuć i po jakimś czasie od środka zacznie mnie zżerać rak. Jestem przekonana, że większość naszych chorób bierze się z tłumienia emocji.

 

Budzę się o drugiej nad ranem i patrzę w sufit. Przypominam sobie, że muszę wcześnie wstać, chociaż bardzo tego nie lubię. Zamiast zastanowić się nad czymś sensownym, na przykład odpowiedzieć na pytanie,  co się ze mną dzieje, gubię się w natłoku nieuporządkowanych myśli. Czasami, na szczęście rzadko, poważnie rozważam, czy nie zgłosić się na oddział psychiatryczny. Nie powstrzymuje mnie przed tym praca ani mąż, tylko dzieci. Za nic w świecie nie mogą dowiedzieć  się, co czuję.

Wracają natrętne myśli o małżeństwie, w którym nie ma zazdrości. Kobiety obdarzone są szóstym zmysłem. Być może intuicja podpowiada mi, że mąż kogoś poznał, chociaż nie zauważyłam żadnych oznak potwierdzających moje przypuszczenia.

Czy to nie absurd? Przecież wyszłam za mąż za idealnego mężczyznę. Nie pije, wieczorem wraca do domu, rzadko spotyka się z kolegami. Rodzina jest dla niego wszystkim.

Brzmi jak marzenie, gdyby nie było koszmarem.  Ta sytuacja sprawia, że czuję ogromną presję, by sprostać jego oczekiwaniom.

Zdaję sobie sprawę, że "optymizm" i "nadzieja" to tylko słowa nadużywane w poradnikach uczących, jak żyć. Mądrzy ludzie, którzy je piszą, sami szukają sensu życia, nas traktując jak króliki doświadczalne, na których sprawdzają reakcję na wybrane bodźce.

Przyznaję, że jestem zmęczona szczęśliwym,  idealnym życiem, a to niezawodnie świadczy o chorobie psychicznej.

Zasypiam. Może rzeczywiście jest ze mną bardzo źle?

 

 

Idę na obiad z przyjaciółką.

Proponuje japońską restaurację, o której nigdy nie słyszałam. Dziwne, bo przepadam za japońską kuchnią. Przyjaciółka zapewniła, że to świetne miejsce, chociaż daleko od mojej pracy.

Dotrzeć tam nie było łatwo. Musiałam jechać dwoma autobusami i na przystanku spytać o drogę. Wreszcie trafiłam do "świetnej" restauracji, która znajduje się w galerii handlowej. Wszystko wydawało mi się okropne - wystrój, stoliki z papierowymi obrusami, brak okien. Jednak przyjaciółka miała rację: to najlepsza restauracja japońska w Genewie.

- Dotąd jadałam w innej restauracji. Nic szczególnego - powiedziała przyjaciółka. - Aż któregoś dnia zaprosił mnie tu znajomy, który pracuje w japońskim konsulacie. Jak widzisz, na pierwszy rzut oka miejsce wydaje się obskurne, ale kuchni osobiście doglądają właściciele. Wiesz, jakie to ważne.

Zazwyczaj chodzę do tych samych restauracji i zawsze zamawiam to samo. Nie potrafię zaryzykować nawet w takich małych sprawach.

Moja przyjaciółka bierze leki antydepresyjne.  Nie mam ochoty rozmawiać z nią na ten temat. Dziś zdałam sobie sprawę, że sama jestem o krok od załamania, ale nadal nie chcę się do tego przyznać.

I właśnie dlatego, że nie chcę na ten temat rozmawiać, robię dokładnie odwrotnie. Cudze nieszczęścia pomagają ukoić własne cierpienie.

Pytam, jak się czuje.

- Znacznie lepiej. Trochę to trwało, ale kiedy leki zaczęły działać, od razu poczułam poprawę. Zniknęła apatia, życie znów ma kolor i smak.

Po raz kolejny przemysł farmaceutyczny zarobił na cudzym cierpieniu. Jesteś smutny? Weź tabletkę, a twoje kłopoty znikną.

Ostrożnie pytam, czy nie zechciałaby wypowiedzieć się dla mojej gazety, która przygotowuje duży artykuł o depresji.

- To nie ma sensu. Teraz każdy opowiada o swoich odczuciach w internecie. I są na to lekarstwa.

Ciekawe, o czym rozmawiają w internecie.

- O efektach ubocznych zażywania leków. Nikogo nie obchodzą cudze choroby, bo a nuż mogliby się zarazić albo poczuć coś, czego wcześniej nie doświadczyli.

O czym jeszcze dyskutują?

- O ćwiczeniach, medytacji. Osobiście uważam, że to nic nie daje. Próbowałam wszystkiego, ale polepszyło mi się dopiero, kiedy przyznałam się przed sobą, że mam problem.

Nie pomaga świadomość, że nie jest się osamotnionym w nieszczęściu? Czy nie krzepi rozmowa z drugim człowiekiem o swoich uczuciach?

- Ależ skąd! Jeśli ktoś wyszedł z piekła, nie ma ochoty przypominać sobie, jak tam było.

Dlaczego tyle lat żyła w tym stanie?

- Nie wierzyłam, że mam depresję. Kiedy rozmawiałam z tobą albo z naszymi koleżankami, mówiłyście, że to głupstwo, że inni przeżywają większe dramaty i nie mają czasu na depresję.

Rzeczywiście tak mówiłam. Nie daję za wygraną i upieram się, że artykuł w gazecie albo post na blogu mógłby ludziom pomóc przezwyciężyć rozpacz i znaleźć pociechę. Dodaję z przekonaniem, że ja nie wiem, czym jest depresja i dlatego liczę na jej wyjaśnienia.

Przyjaźnimy się od lat, zna mnie. Waha się, jakby mi nie dowierzała.

- To tak, jakbyś znalazła się w pułapce. Widzisz, że jesteś uwięziona, ale nie umiesz się uwolnić...

Dokładnie to samo poczułam parę dni temu.

Przyjaciółka zaczyna wymieniać objawy znane każdemu, kto znalazł się w "piekle". Nie chce się wstawać z łóżka. Najprostsze czynności wydają się niewykonalne. Pojawiają się wyrzuty sumienia. Nie mamy powodu tkwić w tym stanie, kiedy tak wielu ludzi na świecie przechodzi prawdziwe dramaty.

Próbuję skoncentrować się na wyśmienitym jedzeniu, ale nagle traci ono smak.

- Apatia - ciągnie moja przyjaciółka. - Udawanie radości, udawanie smutku, udawanie orgazmu, udawanie dobrego humoru, udawanie życia. W końcu dochodzisz do czerwonej linii i zdajesz sobie sprawę, że jeśli ją przekroczysz, nie będzie odwrotu. Wtedy akceptujesz to, co się z tobą dzieje, bo bunt oznaczałby, że musisz walczyć. Godzisz się na wegetację i próbujesz ukryć przed światem swój stan, chociaż wymaga to ogromnego wysiłku.

Co było powodem twojej depresji?

- Nic szczególnego. Właściwie dlaczego mnie tak wypytujesz? Źle się czujesz?

Oczywiście, że nie.

Lepiej zmienić temat.

Mówię jej o polityku, z którym pojutrze przeprowadzam wywiad. To mój były chłopak z liceum. Pewnie nawet nie pamięta, że kiedyś podczas pocałunku chwycił mnie za niedojrzałą, małą pierś.

Moja przyjaciółka jest zachwycona. Ja staram się o tym nie myśleć. Jest mi to obojętne.

Apatia. Jeszcze nie doszłam do takiego stanu, wypieram fakt, że coś się ze mną dzieje. Ale to pewnie kwestia czasu, miesięcy, dni, godzin. Niebawem wszystko stanie mi się obojętne i przestanę się buntować.

Mam wrażenie, że moja dusza powoli opuszcza  ciało i udaje się w nieznanym kierunku, do jakiegoś "bezpiecznego" miejsca, gdzie nie musi znosić huśtawki nastrojów i nocnych koszmarów. Nie ma mnie w brzydkiej, japońskiej restauracji z pysznym jedzeniem. Zdaje mi się, że oglądam scenę z jakiegoś filmu. Nie mogę i nie chcę wpływać na akcję.

 

Wstaję i powtarzam codzienny rytuał. Myję zęby, ubieram się, maluję, budzę dzieci, robię śniadanie, uśmiecham się, mówię, że życie jest piękne. W każdej minucie, w każdym geście czuję dziwny ciężar. Jestem jak zwierzę, które jeszcze nie rozumie, jakim cudem wpadło w sidła.

Jedzenie traci smak, za to uśmiech staje się coraz szerszy (żeby nikt się nie domyślił). Połykam łzy, światło traci blask.

Wczorajsza rozmowa mnie przygnębiła. Mam wrażenie, że przestałam walczyć i poddaję się apatii.

Czy nikt tego nie widzi?

Nie, nawet ja. Za nic w świecie nie przyznam się,  że potrzebuję pomocy.

I to jest właśnie mój problem. Wulkan wybuchł,  a ja próbuję wepchnąć lawę do środka, żeby zasiać trawnik, posadzić drzewa i wypuścić na pastwisko owce.

Nie zasługuję na taki los. Zawsze starałam się zaspokajać potrzeby innych. Ale niestety stało się i nic na to nie poradzę. Mogę tylko brać leki. Wymyślę jakiś powód, żeby napisać artykuł o psychiatrii i ubezpieczeniach zdrowotnych (uwielbiają ten temat). Spotkam się z dobrym psychiatrą i poproszę o pomoc, łamiąc zasady etyki zawodowej. Cóż, nie wszystko w świecie jest etyczne.

Nie mam żadnej obsesji. Nie chcę się odchudzać, nie muszę mieć w domu idealnego porządku, nie czepiam się sprzątaczki, która przychodzi o ósmej rano i wychodzi o piątej po południu. Mam uprane i wyprasowane ubrania, wysprzątany dom, a nawet zrobione zakupy. Nie wolno mi wyładowywać swoich frustracji na dzieciach, udając super mamę, bo skutki mojego zachowania odczuwałyby do końca życia.

Wychodzę do pracy. Sąsiad poleruje swoje auto.  Nie robił tego wczoraj?

Chcąc zaspokoić ciekawość, podchodzę i pytam,  dlaczego to robi.

- Trzeba było jeszcze poprawić w paru miejscach - tłumaczy.

Pyta o moją rodzinę, po czym komplementuje moją sukienkę.

Spoglądam na jego audi (Genewę nazywają czasem Audilandią). Wydaje mi się, że samochód lśni, ale sąsiad wskazuje palcem fragment karoserii, który za słabo błyszczy. Przedłużam rozmowę. Wreszcie pytam, co według niego jest dla ludzi najważniejsze w życiu.

- To proste. Pieniądze na opłacenie rachunków, kupno domu, takiego jak mamy pani i ja. Ogródek, żeby w niedzielę przyjmować na obiedzie dzieci i wnuki. A kiedy przejdą na emeryturę, chcą zwiedzać świat.

Czy rzeczywiście tego pragną ludzie? Tak niewiele im trzeba? Z tego wynika, że świat jest chory i to wcale nie z powodu wojen w Azji czy na Bliskim Wschodzie.

Zanim pójdę do redakcji, muszę zrobić wywiad z Jakubem, moim chłopakiem z liceum. Nie chce mi się. Nic mnie nie interesuje.

 

Opowiada mi o programach rządowych, mimo że o to nie prosiłam. Kiedy zadaję trudne pytanie, zręcznie wymiguje się od odpowiedzi. Jest o rok młodszy ode mnie. Ma trzydzieści lat, chociaż wygląda na trzydzieści pięć. Oczywiście nie mówię mu tego.

Miło było się spotkać po latach. Zdziwiło mnie, że nie pyta, jak potoczyło się moje życie od chwili naszego rozstania po maturze. Jest skoncentrowany na sobie, na własnej karierze i przyszłości, podczas gdy ja z sentymentem patrzę wstecz, kiedy to byłam dziewczyną z aparatem na zębach, której i tak zazdrościły wszystkie koleżanki.

Po jakimś czasie przestaję go słuchać i włączam tryb automatyczny. Zawsze ten sam scenariusz, te same sprawy - obniżenie podatków, zwalczanie przestępczości, ściślejsza kontrola przekraczających granicę Francuzów (nazywanych "przygranicznikami"), którzy odbierają Szwajcarom pracę. Mija rok, drugi, a tematy i problemy pozostają te same. Nie ma szans na zmianę, bo nikogo to tak naprawdę nie obchodzi.

Po dwudziestu minutach zadaję sobie pytanie, czy mój ostentacyjny brak zainteresowania związany jest z moim obecnym, dziwnym stanem. Wątpię. Nie ma nic nudniejszego niż przeprowadzanie wywiadu z politykiem. Zdecydowanie ciekawsze byłoby opisanie zbrodni. Mordercy są przynajmniej autentyczni.

Nie ma nudniejszych i bardziej mdłych polityków na świecie niż moi rodacy. Nikt nie interesuje się ich życiem prywatnym. Tylko dwie rzeczy mogą wywołać skandal - korupcja i narkotyki. Z powodu chronicznego braku ciekawych tematów taka sprawa zostaje rozdmuchana do nieprawdopodobnych rozmiarów.

Kogo obchodzi, że polityk ma kochankę, chodzi do burdelu albo postanawia przyznać się do homoseksualizmu? Nikogo. Dopóki zajmuje się tym, do czego został wybrany, nie szasta publicznymi pieniędzmi i daje nam spokojnie żyć, wszystko jest w porządku.

Prezydent wybierany jest co rok (tak - co rok), i to nie przez naród, lecz przez rządzącą Szwajcarią Radę Federalną, która składa się z siedmiu ministrów. Ale jest też druga strona medalu. Ile razy mijam budynek Muzeum Sztuk Pięknych, widzę plakaty informujące o kolejnym referendum.

Nasze społeczeństwo chce decydować o wszystkim - od koloru toreb na śmieci (wygrał kolor czarny), zezwolenia na broń (przytłaczająca większość poparła projekt i teraz Szwajcaria jest krajem, gdzie mamy najwięcej na świecie sztuk broni na głowę mieszkańca), liczby minaretów, które mogą powstać w kraju (cztery), aż po kwestię ograniczenia emigracji (nie zajmowałam się sprawą, ale zdaje mi się, że przegłosowano nową ustawę i jest ona realizowana).

- Panie König - do gabinetu po raz drugi wchodzi asystent i przerywa nam rozmowę.

König uprzejmie prosi go o przełożenie następnego spotkania. Pracuję dla największej szwajcarskiej gazety w języku francuskim i ten wywiad może mu bardzo pomóc w zbliżających się wyborach.

Jakub udaje, że mnie przekonał, ja udaję, że dałam się przekonać.

Mimo wszystko jestem zadowolona. Wstaję, dziękuję za spotkanie. Mówię, że mam wystarczająco dużo materiału, żeby napisać artykuł.

- Niczego więcej nie potrzebujesz?

Owszem, potrzebuję, ale nie powiem mu, co chodzi mi po głowie.

- Może spotkamy się po pracy?

Wyjaśniam, że muszę odebrać dzieci ze szkoły. Mam nadzieję, że zauważył na moim palcu szeroką, złotą obrączkę, która mówi: "co było, minęło".

- Rozumiem. To może zjemy kiedyś obiad?

Zgadzam się. Z łatwością to sobie tłumaczę. Kto wie, może powie mi coś ważnego, wyjawi sekret wagi państwowej, coś, co wpłynie na poważne zmiany w polityce. Dzięki zdobytej informacji redaktor naczelny spojrzy na mnie łaskawszym okiem.

Jakub podchodzi do drzwi gabinetu i zamyka je na klucz. Wraca i całuje mnie w usta.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje