Reklama

Reklama

Nigel Kennedy i jego "Shhh!"

To artysta decyduje o tym, jak skomplikowany staje się jazz, który gra - mówi Nigel Kennedy, wirtuoz skrzypiec, opowiadając o najnowszej płycie swojego kwintetu, zatytułowanej "Shhh!".

Nigel Kennedy uznawany jest za jednego z najlepszych skrzypków świata. Nagrane przez niego w 1989 roku "Cztery pory roku" Vivaldiego zostały sprzedane w dwóch milionach egzemplarzy. W ostatnich latach najczęściej grywa z Polską Orkiestrą Kameralną, krakowskim zespołem klezmerskim The Kroke Band oraz swoim kwintetem.

Reklama

- Na perkusji gra Krzysiek - Krzysztof Dziedzic. Jest z zespołem od stosunkowo niedawna. To taki Keith Moon polskiego jazzu - przedstawia muzyków kwintetu Nigel Kennedy. - Następnie mamy kontrabasistę, Adama Kowalewskiego. Sądzę, że to najlepszy polski, a może nawet europejski basista, jakiego słyszałem - ze względu na jego timing. Gra z nami również Piotr Wyleżoł, który ma niesamowitą wiedzę na temat harmonii i inne predyspozycje czysto techniczne istotne dla pianisty. Poza tym uwielbiam taką jakość dźwięku, jak ta, którą on wydobywa z instrumentu. Jest też z nami Tomasz Grzegorski. Ten gość wymiata. Często wspólnie słuchamy Duke'a Ellingtona, Johnny'ego Hudgesa, Colemana Hawkinsa czy Bena Webstera - Tomasz nosi więc w sobie całą historię jazzu.

Zobacz, co Nigel Kennedy mówi o płycie "Shhh!":

Nie udajemy, że to "live"

Dwa lata temu kwintet wydał "A very nice album", teraz czas na "Shhh!".

- Produkcja muzyczna sama w sobie jest wielką sztuką. Gdybym wiedział, jak dokonywać takich rzeczy, jak Trevor Horn, Quincy Jones czy Matt Ronson, byłbym szczęściarzem - mówi skrzypek. - Nie udajemy nawet, że to wersja "live". Kilka utworów zarejestrowaliśmy w wersji koncertowej i tego nie zamierzamy tego zmieniać. Reszta to jednak zdecydowanie produkcja studyjna, w której staramy się zachować koncertowe brzmienie.

- Kiedy zespół wchodził do studia, strukturę oraz całą zawartość melodyczną i harmonijną miałem już mniej więcej w głowie. Na pewno jednak na płycie znajdą się sekcje dostrojone do każdego muzyka z osobna, "solówki", w których będą mogli się wykazać - opowiada muzyk znany z niekonwencjonalnego podejścia do muzyki i wizerunku wirtuoza-punka.

- Gramy razem od czterech lat i rozwój muzyczny, jaki zaobserwowałem w przypadku tych muzyków, jest zdumiewający. Muzyczna podróż, którą razem odbyliśmy, zaczęła się od płyty w stylu neo-bop, która była zarejestrowanym na DVD występem na żywo. Nagraliśmy ją we Francji, cztery lata temu. Po odejściu od tego typu muzyki przeszliśmy do oryginalnych kompozycji. Rozwinęliśmy się wszyscy jako zespół, ale też każdy z nas rozwinął się indywidualnie, jako samodzielny artysta. Myślę, że to dobra kombinacja.

Ta kombinacja będzie słyszalna na nowej płycie.

- Chciałem, żeby mój zespół zagrał coś angielskiego. Coś, czym nie zajmowaliśmy się wcześniej. Kompozycje stworzone przez Nicka Drake'a są fenomenalne i zupełnie nieznane w Polsce. Nick Drake nie był przebojowym artystą, nawet "Riverman" nie stał się hitem za jego życia, ponieważ był on zbyt nieśmiały, by wykonywać swoje własne kompozycje. A wydaje mi się, że ta muzyka może wiele ludziom przekazać.

Duch jazzu

Materiał na płytę został zrealizowany w angielskim Rockfield Studios, w którym nagrywali m.in. Iggy Pop, Oasis, Simple Minds. Tutaj w 1975 roku zespół Queen rozpoczął nagrywanie legendarnego utworu "Bohemian Rhapsody".

- To moja trzecia płyta zarejestrowana tu, w Rockfield. Naprawdę kocham to studio. Wydaje mi się, że ze wszystkich, w których nagrywałem, to właśnie jest najlepsze - zarówno pod względem jakości dźwięku, jak i historii, która się tutaj kryje, bardzo ważnej historii. Jest to również jedno z niewielu wciąż działających studiów domowych i najstarsze w tym gronie. Ze względu na tę historię można poczuć się tu jak na scenie w Carnegie Hall.

Choć Nigel Kennedy porusza się w wielu gatunkach muzycznych, najbliższym mu jest jazz.

- Jeśli miałbym wskazać jakiś motyw przewodni, który od lat jest obecny w tym, co robię, to powiedziałbym, że zawsze myślę o tym, co jest teraz, a nie o dniu jutrzejszym czy wczorajszym. Nie myślę o tym, co ktoś powiedział, powie czy pomyśli. Lubię grać dla ludzi, którzy mnie otaczają i dzielić się nimi z muzyką, która jest jak żywy podmiot i tym różni się od obmyślonej wcześniej koncepcji, którą w najlepszym wypadku można zawiesić w galerii sztuki.

- To artysta decyduje o tym, jak skomplikowany staje się jazz, który gra. Jednak nawet w przypadku jazzu zaczynam się nudzić, kiedy słucham wykonawcy, który maksymalnie komplikuje muzykę, którą tworzy, dostosowując ją do swoich oczekiwań. Na pewnym etapie zaczyna to kolidować z duchem muzyki i tym, co sprawia, że ludzie przychodzą na koncert, by jej słuchać - przekonuje.

Czy to brzmi po polsku?

Muzyk dzieli swój wolny czas między Wielką Brytanię i Polskę. W Krakowie, w którym mieszka wraz z żoną, można go czasem spotkać w klubach jazzowych na spontanicznych jam sessions.

- Wszyscy moi przyjaciele i koledzy z zespołu skończyli Katowicki Instytut Jazzu, ale wszystkie kompozycje, które tworzę, są oczywiście pod silnym wpływem stylów angielskiego i amerykańskiego. To dwa kraje, w których mieszkałem dość długo - mówi.

- Nie jestem pewien, czy osoba słuchająca mojego albumu rozpozna w tej muzyce polski styl jazzowania. Moim przyjaciołom spodobały się moje aranżacje, w związku z czym w pewien sposób poświęcili swoją indywidualność na rzecz brzmienia zespołu - czy brzmi to po polsku, tego nie wiem. Jeżeli jednak słychać tu jakieś polskie wpływy, to dlatego, że spędziłem tutaj dużo czasu i w pewien sposób przeniknął mnie duch tego kraju. Nie był więc to dla mnie problem, gdy moja żona, Agnieszka, zapytała: "Hej, masz ochotę rozejrzeć się po Krakowie?". Pojechałem tam i zakochałem się w tym mieście, to fenomenalne miejsce.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje