Reklama

Reklama

Czy czeka nas dyktatura pięknych?

Tomasz jest młodym sympatycznym nauczycielem biologii o bardzo przeciętnej powierzchowności wiodącym zwyczajne życie. Jego rywal przeciwnie - jest nie tylko niezwykle przystojny, ale też bogaty i utalentowany, a kobiety wprost za nim przepadają. Jaki sekret może kryć się za tą nieskazitelną fasadą? W rozmowie ze Styl.pl o swojej najnowszej powieści "Okrutnie piękny" opowiada Wojciech Nerkowski.

Styl.pl: Gratuluję numeru, który wywinął pan czytelnikowi w zakończeniu książki "Okrutnie piękny". Jest naprawdę zaskakujące!

Reklama

Wojciech Nerkowski: - Na co dzień pracuję jako scenarzysta i zwroty akcji są w mojej pracy chlebem powszednim. W kinie czy telewizji element zaskoczenia jest obowiązkowy.

Zadam panu pytanie, które pada w książce: "Skoro dobór naturalny preferuje piękno, to dlaczego brzydcy ludzie wciąż chodzą po ulicach, a ewolucja jeszcze ich nie wyeliminowała?".

- Świetnie pani trafiła. Podobnie jak narrator powieści jestem fanem dociekań dotyczących doboru naturalnego i teorii ewolucji. Tę książkę napisałem w wewnętrznym proteście przeciwko dyktatowi piękna, który wydaje mi się jednak bardziej wytworem kultury niż natury. Biologia potrafi sprytnie trzymać rękę na pulsie. Jeśli przykładowy paw będzie miał zbyt bujny ogon, to zostanie wyeliminowany z puli genetycznej, bo nie będzie mógł uciekać przed drapieżnikami. W świecie przyrody jeśli piękno zbyt wybuja, to jest przycinane przez dobór naturalny. Obecnie w kulturze obsesja piękna rozrosła się do takiego stopnia, że wydaje się być nie do powstrzymania. Staram się na to zjawisko spojrzeć nieco krytycznym okiem, a może nawet nieco obśmiać tę wszechobecną fascynację pięknem.

A nie wydaje się panu, że ta fascynacja pięknem jest obecna w kulturze w bardzo powierzchowny sposób? Jeśli spojrzymy na ekrany telewizorów albo okładki magazynów, są tam niemal same piękne twarze, ale w rzeczywistości ludzie w zupełnie inny sposób dobierają się w pary. To nie jest tak, że ci mniej urodziwi zostają z niczym.

- To prawda, ale kultura obrazkowa, te wszystkie trendy, które mamy współcześnie w mediach społecznościowych, bardzo mocno promują powierzchowne piękno i torują mu drogę w świecie. Ludzie atrakcyjni mają po prostu łatwiej w życiu. Zostało dowiedzione badaniami statystycznymi, że łatwiej dostają pracę, a sądy karzą ich mniej surowo. Obserwuję to zjawisko i po części opisuję, ale nie mam oczywiście zamiaru walczyć z nim w powieści, która ma bardziej charakter rozrywkowy.

A jednak piękno jest w niej ważnym motywem i to w tym wymiarze, o którym rzadziej się mówi. Kultura obrazkowa bardziej się skupia na urodzie kobiet. Pan wziął się za, często pomijaną, urodę męską.

- Przede wszystkim bardzo nie lubię powielać schematów i skoro uroda kobieca jest na tapecie od czasów Homera i Heleny Trojańskiej, to postanowiłem być przewrotny i pójść mniej uczęszczaną ścieżką. To nie tak bardzo oczywisty temat, bo często myślimy, że u mężczyzn o sukcesie przesądzają inne atrybuty: przebojowość, jakiś rodzaj agresji. Niekoniecznie uroda. Jednak jej, również w przypadku mężczyzn, też nie można tak zupełnie pomijać. Na pewno pomaga i ma znaczenie. Przecież to nie jest tak, że kobiety nie są wrażliwe na czysto fizyczną atrakcyjność. Takie określenie jak "ciacho" zostało ukute wyłącznie pod kątem oceniania męskiej powierzchowności. Skoro się pojawiło, i to zupełnie niedawno, to wypełniło jakąś pustkę i jest odzwierciedleniem pewnego trendu. Uznałem, że dla pisarza jest to nisza do zagospodarowania.

Główny bohater pana powieści, Tomasz, jest niezbyt atrakcyjnym, a przynajmniej sam siebie tak postrzega, nauczycielem biologii w okularach z grubymi szkłami, który wszystkie twierdzenia psychologii ewolucyjnej wziął sobie bardzo mocno do serca. W jaki sposób tworzył pan tę postać?

- To moja kolejna powieść, ale tym razem narrator jest pierwszoosobowy. Zastosowałem tu trik scenariuszowy. Kiedy pisze się scenariusze, szczególnie dialogi, zawsze trzeba pisać tą konkretną postacią. Tutaj też wszedłem w skórę bohatera i przedstawiłem całą historię z jego punktu widzenia. Chciałem, żeby był everymenem. Głosem tych wszystkich osób, które nie są tak oszałamiająco piękne, tylko zwyczajne. Inspirowałem się filmem Miloša Formana "Amadeusz", który opowiada historię z punktu widzenia Salierego, czyli tego mniej utalentowanego, który jest świadkiem geniuszu Mozarta i mu zazdrości. Uznałem, że taki tandem się sprawdza i poszedłem tym tropem, oczywiście badając te zależności w zupełnie innych okolicznościach, w bardzo współczesnej opowieści.

Kiedy pogrzebie się w zakamarkach internetu, można znaleźć fora, na których młodzi mężczyźni, którzy podobnie jak Tomasz bardzo przejęli się doborem naturalnym, żalą się, że nigdy nie będą mogli mieć udanego związku, bo kobiety wybierają mężczyzn o regularnych rysach. A jeśli nawet się uda, to partnerka na pewno ich zdradzi z kimś, kto ma lepszy zestaw genów. Myśli pan, że pana książka może ich utwierdzić w tych przekonaniach, czy wręcz przeciwnie - trochę otrzeźwić?

- Nie miałem pojęcia o istnieniu takich zakamarków, ale na pewno nie chciałem, żeby Tomasz zajmował ekstremalną pozycję. Starałem się zrównoważyć tę postać. Ma on z jednej strony być głosem krytycznym wobec płytkiej pogoni za pięknem, ale chciałem też, żeby był głosem rozsądku i nie popadał w skrajność. Zależało mi, żeby jako narrator wzbudzał sympatię u czytelnika.

- Głosy, o których pani wspomniała, potwierdzają, że coś jest na rzeczy z tym kultem piękna. Od kiedy nasza kultura istnieje, zawsze był jakiś "fircyk" czy "dandys", ale mam nadzieję, że równowaga zostanie zachowana i nie obudzimy się któregoś dnia w dyktaturze ludzi pięknych, w której ci mniej urodziwi zostaną na przegranej pozycji. Przecież o atrakcyjności mężczyzny czy kobiety nie przesądza wyłącznie zewnętrzna powłoka. Cechy takie jak inteligencja, błyskotliwość i poczucie humoru mogą być ważniejsze i myślę, że taka jest wymowa mojej powieści.

Na ile praca nad scenariuszem i pisanie książek są podobne?

- Wszyscy myślą, że to jest mniej więcej to samo, ale różnica jest diametralna. To jak pisanie w dwóch językach, np. w polskim i w japońskim, który jest nie tylko obcy, ale jeszcze obrazkowy. Autor scenariusza operuje obrazami i opisuje je. Tak powstają sceny, które widz później ogląda na ekranie. Początkowo dużym problemem było dla mnie to, że w powieści autor odpowiada za wszystko. W scenariuszu nie, bo jest scenograf, który tworzy wnętrza, kostiumolog, który ubiera postaci, aktorzy, którzy go interpretują. Początkowo pisząc powieści zapominałem o tym, żeby ubrać bohaterów, opisać miejsca. Po jakimś czasie przestawiania się na tryb powieści zacząłem się pilnować, żeby tworzyć świat wypełniony, który może stać się tak samo żywy jak obraz w filmie.

Kiedy pan pisze scenariusz i ktoś panu te postaci ubiera, interpretuje, to nie wywołuje to rozdrażnienia, że bohater był pomyślany w określony sposób, a na koniec wyszło coś innego?

- Zawsze. To jedna z przyczyn, dla których zacząłem pisać powieści. Lubię pisanie scenariuszy, film to prawdziwa magia, ale chcąc stworzyć świat swój w stu procentach, musiałem uciec do powieści. Bardzo się cieszę, że mogę uprawiać obie te formy pisarstwa, bo choć bardzo się różnią, to dają zupełnie inne przyjemności i oczywiście inne frustracje.

Autorom powieści przydarza się, że są one ekranizowane i ktoś po raz kolejny ubiera i interpretuje ich postaci. Czy pan jest na to gotowy?

- Jestem gotowy i na tyle przebiegły, że za każdym razem kiedy podpisuję umowę z wydawnictwem, zastrzegam sobie, że tylko ja mogę być autorem scenariusza. To byłby koszmar do kwadratu, gdybym zobaczył swoją powieść, która nie tylko jest intepretowana przez reżysera i aktorów, ale na dokładkę jeszcze scenarzysta coś tam pozmieniał. Wolałem się przed tym zabezpieczyć.

Pracował pan między innymi nad scenariuszem serialu "BrzydUla". Nie myślał pan o tym, że "Okrutnie piękny" byłby fajnym punktem wyjścia dla serialu "Brzydul"?

- Tu odpowiedź jest prosta. "Brzydula" to był popularny format zrealizowany w bardzo wielu krajach, nie tylko w Polsce, i w jednej z wersji na fali popularności zrealizowano ciąg dalszy z jej bratem. To już nie powtórzyło sukcesu. Jednak , jeśli chodzi o urodę lub jej brak, nie ma symetrii w przypadku kobiet i mężczyzn.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje