Reklama

Reklama

Agnieszka Graff: A nie mówiłam?

- Widziałam w internecie filmik z małego miasteczka: grupa młodych dziewczyn mówi księdzu, żeby wracał do kościoła, a on jest nie tyle oburzony, co wstrząśnięty. Dziś dziewczyny buntują się w sposób, który jeszcze nawet nie dziesięć, a pięć lat temu byłby nie do pomyślenia. Świadomość ruszyła z prędkością rakiety kosmicznej – mówi Agnieszka Graff, tłumaczka i publicystka, autorka m.in. zbioru esejów „Świat bez kobiet”. Książka ta, uznawana za klasyczną pozycję polskiego feminizmu, dwadzieścia lat po premierze, ukazuje się właśnie w nowym, poszerzonym wydaniu.

Aleksandra Suława, Styl.pl: Kojarzy pani takie zdjęcie: ulica, demonstracja, na pierwszym planie kobieta z transparentem w dłoni. Napis, który umieściła na kawałku kartonu, z angielskiego na polski można by przetłumaczyć: "Nie mogę uwierzyć, że wciąż muszę protestować przeciwko temu dziadostwu"?

Reklama

Agnieszka Graff: - Znane hasło. W oryginalnej wersji brzmiało trochę ostrzej, zawierało wulgaryzm. Pierwowzór pochodzi ponoć z Australii, chociaż ktoś kiedyś mówił mi, że widział je w Stanach już w latach 90.. Jak widać, fraza o niekończącym się proteście krąży i nie traci na aktualności.

Mogłaby się pani pod nią podpisać?

- Lubię ją, ale gdybym miała wyrazić stan swojego ducha w haśle, brzmiałoby ono: "A nie mówiłam".

Nie słyszę satysfakcji w głosie.

- Od dwudziestu lat przyglądam się działaniom religijnej prawicy, czyli umotywowanego religijnie ultrakonserwatyzmu albo jak kto woli - upolitycznionej religii. Z kilku dekad jej działania wykluła się potężna siła polityczna: prawicowy populizm w sojuszu z międzynarodowym ruchem fundamentalistycznym. Jeśli nie mogę w coś uwierzyć, to nie w same protesty, ale w ich liczebność i powszechność. Kobiety wychodzą na ulice nie tylko w Polsce, ale również w Argentynie, w Hiszpanii, we Włoszech, w Stanach Zjednoczonych. Wiele z nich walczy o podstawowe prawa: o zdrowie, bezpieczeństwo, możliwość decydowania o własnym ciele, krótko mówiąc - o życie. Po drugiej stronie stoją nowi ultrakonserwatyści, próbujący uratować cywilizację przed zgnilizną moralną - co z ich perspektywy też zdaje się być walką o życie. Myślę, że przeżywamy bardzo ważny moment. Za jakiś czas historycy ruchów kobiecych będą patrzeć na to dziesięciolecie jak na przełom.

Póki co spójrzmy w przeszłość. Sytuacja kobiet w Polsce jest dziś lepsza niż dwadzieścia lat temu?

- Zależy, na jaki aspekt spojrzeć. Jesteśmy u progu wypowiedzenia Konwencji Stambulskiej, mamy najsurowsze w Europie przepisy antyaborcyjne, problem dyskryminacji na rynku pracy został co prawda uregulowany w momencie wejścia do Unii Europejskiej, ale obawiam się, że ultrakonserwatywny klimat będzie sprzyjał łamaniu tych zapisów. Jeśli więc chodzi o prawa kobiet, jest zdecydowanie gorzej.

- Jednak gdy spojrzymy na świadomość Polek, jesteśmy w zupełnie innym miejscu niż dwadzieścia lat temu. Ta zmiana dotyczy nie tyko wielkomiejskich środowisk, ale również wsi. Ten rodzaj ludowej świadomości feministycznej można było zaobserwować podczas jesiennych strajków. Radosna, a czasem desperacka, kobieca furia przejawiała się wtedy nie tylko w prześmiewczych hasłach wypisywanych na kartonach, ale również w konfrontacjach z księżmi. Widziałam w internecie filmik z małego miasteczka: grupa młodych dziewczyn mówi księdzu, żeby wracał do kościoła, a on jest nie tyle oburzony, co wstrząśnięty. Dziś dziewczyny buntują się w sposób, który jeszcze nawet nie dziesięć, a pięć lat temu byłby nie do pomyślenia. Świadomość ruszyła z prędkością rakiety kosmicznej.

Obudzenie świadomości można by uznać za największe osiągnięcie polskiego feminizmu w dwóch ostatnich dekadach?

- Dla mnie największym osiągnięciem jest fakt, że równościowy przekaz wszedł do mainstreamu. 20 lat temu popkultura dbała, by kobieta nawet nie pomyślała, że ktoś wtłacza jej do głowy feministyczne postawy. Dziś zaś zakłada, że jej odbiorczyni ma świadomość feministyczną. Skończyły się reklamy, w których wyłącznie kobiety sprzątają i gotują, skończyło się uznawanie feminizmu za niewinne żarciki, skończyło się tłumaczenie z samego feminizmu. Mówiła pani w szkole, że jest feministką?

Tak, nawet lubiłam się tak określać.

- A ile lat temu to było?

Ponad dziesięć, ale to była dość liberalna światopoglądowo szkoła.

- Ja w szkole byłam dewotką. To były lata 80., o feminizmie nikt wtedy nie słyszał, walczyło się z komuną. A jak już zostałam feministką, dwadzieścia lat temu, to za feminizm trzeba było nieustannie przepraszać. Po pierwszym wydaniu książki funkcjonowałam w mediach według zasady: "feministka, ale". "Ale ładna", "ale miła", "ale robi konfitury"... Dzisiaj bardzo się wstydzę tego mizdrzenia i przepraszania, ale taki był kontekst.

Jest pani w stanie określić, od kiedy w Polsce można być feministką bez "ale"?

- Myślę, że to w dużej mierze zasługa manif, czyli początku lat 2000 - one oswoiły radykalizm. Sporą pracę od drugiej strony wykonał działający od 2009 roku Kongres Kobiet, dzięki któremu znane kobiety z różnych środowisk poczuły się w feminizmie komfortowo, co utorowało drogę do ukształtowania się różnych gałęzi polskiego feminizmu, także tych lewicowych, bardzo wobec Kongresu krytycznych. Teraz jest nas tak dużo, że możemy się kłócić, możemy się nawet nie lubić, ale przynajmniej feminizm przestał być brzydkim słowem.

Jaka jest najważniejsza niezałatwiona sprawa polskich feministek - czytaj dalej na następnej stronie >>>

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Graff | feminizm | walka o równouprawnienie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje