Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Aktywistka

Od dziesięciu lat zajmuje się luksusową modą pod własnym nazwiskiem. Światową popularność przyniosła jej współpraca z firmą Adidas - sportowe ubrania przemieniła w awangardowe, kobiece stroje.

Ale Stella McCartney nie samą modą żyje. Jej druga twarz to eko. Jest wegetarianką, od samochodu woli rower, a kolegów z branży nęka protestami przeciwko użyciu futer i skór.

Wygoda przede wszystkim

Reklama

Kulisy pokazu Stelli McCartney na lato 2010. Wizażystka pracuje nad makijażem Natalii Wodianowej: lekki róż na policzkach, neutralny podkład, rozjaśnione oczy. Efekt naturalności uzyskany niemal niezauważalnymi środkami. Rosyjska modelka rzadko chodzi po wybiegach, pochłania ją opieka nad trójką dzieci. Ale na prośbę Stelli zrobiła wyjątek. W minimalistycznej dżinsowej sukience na szelkach będzie gwiazdą pokazu.

Zamiast ostentacyjnych dodatków rozwiane włosy, brązowe sandały espadryle. Taki zestaw można natychmiast wprowadzić do letniej szafy. Moda pokazywana na wybiegach wcale nie musi być na opak ze zdrowym rozsądkiem! "Stella sprawia, że kobiety czują się komfortowo - mówi Wodianowa w filmie dla Mode TV, kiedy fryzjer rozczesuje jej loki. - Ona promuje styl seksowny, ale nigdy sztywny. Dodaje siły, ale nie więzi w klatce projektu".

Nic na siłę

Córka Paula McCartneya od piętnastu lat trzyma się swojej wizji: tworzy takie ubrania, jakie sama najchętniej nosi. Ultranowoczesne, ale bardzo dziewczęce. Zmysłowe i przede wszystkim nonszalancko zestawione. Świeże. I choć pokazy Stelli odbywają się w Londynie, w którym projektanci prześcigają się w prowokacji, ona nigdy nie szokuje na siłę. I bez tego zdobywa uznanie krytyki: "Oto proste, nieskomplikowane, energetyzujące, a ponad wszystko barwne ubrania, stworzone z myślą o kobietach, które nie przywiązują nadmiernej wagi do stroju, ale nadal chcą wyglądać młodo, seksownie i szykownie", napisał opiniotwórczy portal styl.com.

Po pokazie na lato pochwał nie szczędził Stelli także słynny ojciec: "Jest superutalentowana, niezwykle pracowita i nie daje się zawrócić z raz obranej drogi. Ale największą przyjemność czuję kiedy widzę dobrze ubraną kobietę i pytam, co ma na sobie, a ona odpowiada, że to od Stelli", mówił w wywiadzie.

Jako córka i nie córka

Stella McCartney dobiega czterdziestki i zyskała już dość pewności siebie, żeby w rozmowach z prasą podkreślać, ile zawdzięcza rodzicom. Ale pod koniec studiów, kiedy stawiała pierwsze kroki jako projektantka, czuła że uwagę przyciąga przede wszystkim jej nazwisko. "Miałam tego po dziurki w nosie", wspomina natrętne pytania dziennikarzy o sekrety rodziny McCartneyów. Walczyła, żeby udowodnić swoją wartość. Podczas studiów na akademii projektowania Central Saint Martins doskonaliła swój warsztat krawiecki w jednej z słynnych pracowni przy Savile Row, które zaopatrują londyńskich dżentelmenów w garnitury szyte na miarę.

Jednak nie ukrywała znajomości w świecie sław. Do udziału w dyplomowym pokazie w 1995 roku zaprosiła znane koleżanki: Kate Moss i Naomi Campbell. W pierwszym rzędzie siedzieli Paul i jego żona Linda i o nich była mowa w prasowych relacjach. Ale kiedy selekcjonerzy luksusowych domów towarowych Browns i Bergdorf Goodman zamówili ubrania, które wyszły spod ręki Stelli, złośliwe komentarze dziennikarzy ucichły. Zaledwie po dwóch latach udany debiut przypieczętował prestiżowy kontrakt: Angielka została dyrektor kreatywną paryskiego domu mody Chloé.

Znów zaczął się szum. Tym razem sarkastyczne uwagi padły z ust Lagerfelda, który oddawał stanowisko młodszej koleżance: "Chcieli kogoś sławnego, ale wybrali nazwisko znane w muzyce, nie w modzie". Stella nie dała podciąć sobie skrzydeł, z werwą godną córki gwiazdy rock and rolla dokonała przewrotu w stylu Chloé. Zamiast zachowawczych kostiumów zaproponowała zestawy inspirowane modą ulicy. Paryski establishment dał się uwieść. W 2001r. ze wsparciem korporacji Gucci mogła już otworzyć własną markę - postawiła warunek, że ma się nazywać Stella McCartney. Po negocjacjach i interwencji prawnika prezesi ulegli. "Nie wyobrażałam sobie, by mogło być inaczej", deklaruje twardo projektantka.

Wszystko po mojej matce

W świecie mody projektanci lansują gwiazdy ekranu i estrady jako swoje muzy, a te spłacają dług, występując w sukienkach swojego kreatora. Stella ma inną strategię. Kiedy pada pytanie, kto ją inspiruje, nie wskazuje na zaprzyjaźnione "okładkowe" klientki i koleżanki: Gwyneth Paltrow, Liv Tyler czy Madonnę, dla której zaprojektowała kostium na tournée Re-Invention. Niezmiennym wzorem pozostaje dla niej matka, Linda McCartney. Fotografka kontrkultury lat 60., bojowniczka o prawa zwierząt, członkini legendarnego zespołu Wings, który powstał w 1971 roku po rozpadzie Beatlesów.

W 1998 zmarła na raka piersi, ale córka dzień w dzień odczuwa jej wpływ na swoje wybory. I w projektowaniu, i w życiu. "Była piękna i miała naturalne, zachwycające wyczucie stylu. Sama szyła dla siebie rzeczy. Jako buntowniczka wyprzedzała swoje czasy. Miała w sobie coś z punkówy. Potrafiła łączyć cudowne sukienki z lat 30. z popowym T-shirtem i kozakami. Nosiła i dżinsy, i prawdziwe couture. Ja robię dokładnie to samo. Mieszam. Takie podejście stało się moją filozofią".

Pasujące przeciwieństwa

Miejski, awangardowy, punkowo -romantyczny - tak krytycy mody określają gatunek wypracowany przez Stellę. Po drodze nie obeszło się bez wpadek. W pierwszej kolekcji pod własnym nazwiskiem stworzyła zbyt agresywny i drapieżnie zmysłowy wizerunek nowoczesnej dziewczyny. Chciała wyrazić siebie, ale nie umiała jeszcze okiełznać swojej wyobraźni. Potem nauczyła się sprawnie równoważyć skrajnie odmienne pasje estetyczne: upodobanie do zwiewnych sukienek i graficznego krawiectwa o wyrazistej konstrukcji.

"Zawsze stawiam na kontrasty, po prostu nie mogę od nich uciec. Jeśli zaprojektuję śliczną i delikatną koszulę, na wierzchu zawsze wyląduje męski żakiet. Te przeciwieństwa chyba są we mnie. I wcale nie myślę, że kobiety są dziś "kobiece" w sensie tradycyjnym. Ponieważ nie tylko jesteśmy matkami, dziewczynami i żonami, ale również pracujemy, utożsamiamy się z obiema stronami".

Córka Beatlesa nie boi się naiwnego optymizmu. Pokaz na lato 2010 odbył się na tle wielkiego kolorowego napisu YES. W tak bezpretensjonalny sposób Stella chciała wyrazić wiarę w przyszłość - mimo recesji zapowiedzieć radosny letni klimat w jesienny dzień tygodnia mody.

Stella ekolożka

Ujawnia kontrowersje, które inni dyktatorzy mody dyplomatycznie pomijają: ochronę środowiska, toksyczne barwniki, prawa pracowników zatrudnionych w fabrykach krajów rozwijających się. A nawet ilości paliwa, jakie zużywają samoloty przewożące międzynarodowy tłum uprzywilejowanych bywalców tygodni mody. W podtekście pytanie: czy nie możemy obejść się bez tego spektaklu? Ale przede wszystkim Stella McCartney to zaciekła bojowniczka o prawa zwierząt, członkini PETA (People for the Ethical Treatment of Animals). Do legendy przeszły petycje przeciwko użyciu skór i futer, jakie adresowała do kolegów po fachu. Dostawali filmiki z brutalnymi scenami rzezi na zwierzętach. Sama do produkcji akcesoriów wprowadziła tworzywa alternatywne.

Świadomość ekologiczną ma po mamie. Wraz z trójką rodzeństwa dorastała w hrabstwie Sussex na farmie ekologicznej, w otoczeniu zwierząt domowych - kóz, krów i drobiu. Oboje rodzice byli wegetarianami i choć pozostawiali dzieciom swobodę decyzji, bunt przeciwko mieszczańskim normom unosił się w powietrzu. W pracy i w domu Stella narzuciła rygorystyczne ekostandardy: zasilanie energią z wiatraków, torby i papier wyłącznie z recyklingu. Stara się nie korzystać z taksówek, podczas weekendów na wsi w Worcestershire porusza się na rowerze nawet w deszczu. Ale ekoaktywność nigdy nie stanie się dla niej priorytetem. Na pierwszym planie jest moda. "Moim zadaniem jest tworzenie pięknych, misternie wykonanych ubrań, których zapragną klientki", deklaruje.

Lidia Pańków

Twój Styl 5/2010

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje