Reklama

Reklama

Seksmisja

Maria, 38 lat. Troje dzieci. Ania (11 lat), Janek (6 lat) i Lena (5 tygodni). Mąż Andrzej jest jej pierwszym i jedynym partnerem. O rozmowach z dziećmi o seksie: Nie chcę, żeby dzieci były seksualnie wyzwolone. Wolałabym nauczyć je odpowiedzialności.

Konserwatyzm jest piękny

Reklama

"Anka, nie paraduj nago" - mówi mój mąż do córki, która wychodzi z łazienki i spokojnym krokiem przechodzi przez salon. "Delikatniej! - strofuję go. Kiwa głową. - Ale krępuje mnie to - wyznaje cicho. - Ona zaczyna dojrzewać, dziwnie się z tym czuję". Cenię go za szczerość. Później mówię córce: "Słuchaj, my nie chodzimy bez ubrań po domu, to może też tego nie rób, co?". Czy uczę ją w ten sposób, że ciało to coś brzydkiego i niefajnego? Nie. Jeszcze dwa lata temu kąpała się z młodszym bratem. Gdy miała osiem lat, powiedziałam: "Może już jesteś za duża?".

To samo na plaży. Nie rozumiem ludzi, którzy pozwalają kilkulatkom taplać się w morzu bez majtek. My mówimy: "To są intymne części ciała, których nie pokazujemy". Uczymy dzieci w ten sposób szacunku do siebie. I chronimy. Mało się nasłuchałam o pedofilach, którzy uwielbiają podglądać maluchy na basenach czy plażach? Daleko mi jednak do moich rodziców i ich konserwatyzmu. Dopóki nie poznałam Andrzeja, nigdy nie widziałam mężczyzny nago, bo tato nawet w łazience kąpał się w slipkach. Gdy wyjechałam z Andrzejem na pierwsze wakacje, usłyszałam: "Tylko nie rób TYCH rzeczy". Wierzę jednak, że jest złoty środek między pruderią a totalną wolnością i brakiem granic. Normy są takie, że ludzie na plaży noszą kostiumy czy majtki. Tego należy uczyć już trzylatki. Jasne, zdarza się, że dzieci wchodzą do łazienki, gdy się kąpię. I nie robię z tego sprawy.

Dzieci biorą się z miłości

Kilka miesięcy temu. Ginekolog sprawdza na USG, czy wszystko w porządku z moją ciążą. "Tu jest serce, tu nóżka, a tu żołądek" - pokazuje na ekran. - No i będzie dziewczynka". Janek dopytuje: "A skąd pan wie? - No, zobacz tutaj - mówi do syna. - Jeśli między nogami na USG widzimy hamburgera, to znaczy, że dziewczyna" - uśmiecha się. Na wizytę przyszliśmy wszyscy. Każdy chce być najbliżej monitora i dokładnie zobaczyć, jak rozwija się dziecko. "Jestem szczęściarą - mówię do męża. - Wielodzietna rodzina to najlepsza edukacja seksualna". Półki w księgarniach zawalone są poradnikami dla rodziców i młodzieży. My nie musimy kupować takich rzeczy. Nasze dzieci nie potrzebują obrazków, bo wszystko mogą obserwować w życiu.

Kiedyś pytali: "A dlaczego ja mam inaczej?". Wystarczyły krótkie komunikaty: "Bo jesteś dziewczynką, jesteś chłopcem". Potem - na USG - mogli obserwować, jak rozwija się dziecko w brzuchu mamy. Ale opowiadając Jankowi i Ani o poczęciu, darowaliśmy sobie intymne szczegóły. "Dzieci biorą się z miłości. Rodzice mocno się przytulają, wtedy komórka taty łączy się z komórką mamy i tak powstaje człowiek". To wystarczy. Gdyby zadawali pytania dodatkowe, na pewno byśmy ich nie zbywali. Nie zadawali.

Kiedyś usłyszałam: "Trzeba podążać za dzieckiem, a nie wyskakiwać przed szereg i opowiadać mu o czymś, na co nie jest gotowe". I to chyba nasza dewiza. W pokoju na moim biurku leży duży kalendarz. Każdy dzień to inna naklejka. Biała oznacza dni płodne, zielona niepłodne, czerwona - miesiączkę. Nie stosujemy z mężem hormonalnej antykoncepcji ani prezerwatyw, tylko naturalne metody. I to nie jest w naszym domu temat tabu. Ania wie, która naklejka co oznacza. Gdy spytała: "Po co ci to?", opowiedziałam, na czym dokładnie polega cykl kobiety i dlaczego niektóre z nich badają, czy mają dni płodne, czy nie.

Co mnie obchodzi prezerwatywa

Syn miał trzy lata, gdy zaczął bawić się siusiakiem. Odwracałam więc jego uwagę, mówiąc: "Chodź, zbudujemy dom z klocków", "A może coś ci porysuję". Działało. Nie mówię o sytuacjach, gdy Janek i Anka w wieku kilku lat z ciekawością przyglądali się swoim częściom ciała, na przykład w łazience. Pozwalaliśmy na to. "Skoro teraz mi ciężko, że on się dotyka, co będzie, gdy zastanę go za kilka lat onanizującego się?" - wyznaję Andrzejowi. On się śmieje: "Podział jest jasny. Ty będziesz uświadamiać dziewczyny, ja Janka". Oddycham z ulgą.

Jak wychowam córki? Będę mówiła, że warto poczekać na właściwego faceta. Pokażę rodziny wokół nas. Duże, szczęśliwe. Jestem tradycjonalistką, nie postąpię wbrew sobie. Opcja, gdy one wybiorą inne życie? Zaboli, ale pogodzę się z tym. Z drugiej strony, czy ktoś wychowany w miłości, w wesołym domu, może chcieć żyć inaczej? Dążyć tylko do przyjemności? Dziś tłumaczę Ani: "Córeczko, przyjemność jest fajna, ale to odpowiedzialność jest najważniejsza". Mam nadzieję, że jako dorosła kobieta będzie myślała tak samo jak ja.

Dom seksem podzielony


Natalia, 34 lata, z mężem Piotrem wychowuje 7-letniego Tymona. O rozmowach z dziećmi o seksie: Nagość, seks, masturbacja, homoseksualizm. Dla mnie to zwykłe rzeczy, o których chciałabym rozmawiać z synem. Niestety, nie zawsze mogę. Mąż i jego rodzina są pruderyjni.

"Wooooon, pedofiluuuu!!!!", krzyczy rozdzierająco mój syn. Wybiegamy przed dom zobaczyć, co się dzieje. Niedaleko rozzłoszczonego Tymka stoi speszony pięćdziesięciolatek. Teściowa rozpromienia się na jego widok. Okazuje się, że to jej znajomy, akurat był w okolicy. Zobaczył Tymka i spytał, czy ktoś jest w domu. A on, zamiast odpowiedzieć, zaczął wrzeszczeć. "Co za wstyd! Przepraszam cię za wnuka", tłumaczy teściowa.

"Nie wolno tak mówić do obcych!", strofuje mojego syna. Z trudem powstrzymuję się od komentarza. Kilka godzin później kolejna rodzinna pogadanka. Mówię: "Tak, powiedziałam mu, że jeśli kiedyś podejdzie do niego obcy mężczyzna, będzie dopytywał, czy ktoś dorosły jest niedaleko, poczęstuje cukierkiem, tak właśnie ma reagować. Lepiej dmuchać na zimne. - Masz paranoję" - stwierdza mąż.

Mój syn ma miesiąc. Trwa rodzinny grill. Oprócz nas i teściowej jest siostra Piotra z dziećmi: czteroletnią Kamilą i trzyletnim Adasiem. Tymon zaczyna płakać, jest głodny. Wyciągam go z wózka i karmię piersią. "Na miłość boską, idź do domu, dzieci patrzą! - poucza teściowa. - Przecież one nie zwracają na to uwagi. Nawet nie przerwały zabawy" - uśmiecham się. Piotr potem po cichu: "Inni byli skrępowani". Nie chcę, żeby Tymon był taki jak mąż. Chcę, żeby lubił w sobie wszystko. A kto ma go tego nauczyć, jeśli nie rodzice?

Nie mam oporu, żeby Tymek biegał po domu czy ogródku bez majtek, wspólnie się kąpiemy. - "Włóż chociaż kostium kąpielowy! - prosi mąż. - Zwariowałeś?!" - złoszczę się. Do tego wszystkiego dochodzi teściowa ze swoją filozofią życia. Skrępowana tradycjonalistka. "Nie dotykaj, bo ci odpadnie" - mówi do dwu-, trzylatka, który odruchowo szuka swojego siusiaka. - "Mamo, nie reaguj, to faza rozwoju - tłumaczę. - Tam są miliony bakterii. To obrzydliwe" - odpowiada mi. "Umyj ręce. Zamykaj drzwi do łazienki. Nie patrz, gdy się przebieram" - słyszę, jak mówi do Tymka. "Naprawdę wstydzisz się małego chłopca?", pytam.

O tym, skąd się syn wziął na świecie, też mówię mu bez oporów. Gdy ma cztery lata, oglądamy jego ulubionego Krecika. W jednym z odcinków wtajemnicza się maluchy w tematykę zakochania i ciąży. W bajce jest też dokładnie pokazany poród. "Rodziłaś mnie pupą?", pyta zaciekawiony Tymek. Miałam cesarskie cięcie, mówię więc: "Akurat ciebie lekarze wyciągnęli z mojego brzucha. Ale większość kobiet rodzi dołem. Dziecko nie jest w pupie tylko w macicy" - rysuję mu dokładny obrazek. Ale gdy następnego dnia wracam do domu, Tymon podbiega podekscytowany: "A babcia powiedziała, że w tym Kreciku pokazywali nieprawdę, bo dzieci przynoszą bociany".

Rozmawiam z teściową, mówię, żeby nie podważała mojego zdania. "Jest za mały - broni się. - O tym, że nie ma Świętego Mikołaja, też mu teraz powiesz?".

On się tam dotyka!

"Proszę bardzo, doigrałaś się!" - mówi mąż, gdy któregoś dnia wracam z pracy. Okazuje się, że oburzona przedszkolanka powiedziała, że Tymek deprawuje inne dzieci, bo się "tam" dotyka. Rano próbuję dowiedzieć się, w jakich okolicznościach to robił i czy zdarzało się to wcześniej. Nauczycielka patrzy na mnie jak na wariatkę: "Raz pani nie wystarczy?!". Teściowa radzi, żebym smarowała ręce Tymona pieprzem, bo wtedy będzie go szczypać, jeśli się dotknie. - "Ja robiłam tak Piotrkowi - mówi. - I czemu ja się dziwię..." - przewracam oczami.

Przyjaciółka ze studiów, która mieszka w Szwecji, rozbawiona radzi, żebym zamówiła w internecie "Wielką księgę siusiaków" i "Wielką księgę cipek" i przede wszystkim wyedukowała Piotra. "To nie jest zabawne. Jeszcze się przez to rozwiedziemy" - odpowiadam. W szkole dzieci poznają literki. Gdy uczą się kolejnej, zawsze muszą narysować kilka rzeczy, które się na nią zaczynają. Uwaga z zeszytu do kontaktów: "Tymon narysował piersi, a zapytany, co to jest, odpowiedział: «No cycki, na c». Gdy mówię, że to jest wulgarne, odpowiada: «ale przecież cycki są fajne»". Wieczorem odpisuję wychowawczyni: "Dziękuję, oczywiście wytłumaczę synowi, że powinien mówić «piersi». Z drugiej strony trudno się z nim nie zgodzić - czyż cycki nie są fajne?".

Następnego dnia Piotr wpada do domu. "Możesz się opamiętać?! - krzyczy. Próbuję żartować: - No trochę mnie poniosło, ale przecież to urocza część ciała. No i dlaczego pani Agnieszka nie ma odrobiny dystansu - uśmiecham się. - Mam tego dość - stwierdza Piotr. - Ja też mam dosyć! - odgryzam się. - Nie widzisz, że to chore? Prawie umierasz na zawał, bo twój siedmiolatek wie, co to cycki. Ale to nie ja tak nazywam biust, usłyszał w szkole. Co powiesz, kiedy przyjdzie i spyta, co to jest prezerwatywa?! Zapadniesz się pod ziemię, chociaż kochając się ze mną, ich używasz?!". Kłócimy się całą noc. Padają słowa: "mamy inne wartości", "rozwód".

Najpierw opamiętał się Piotr: "Zwariowaliśmy. Przecież ja cię pokochałem za otwartość". Od razu się uspokajam: "Masz rację, przesadziłam z tą nauczycielką". Pierwszy raz zastanawiamy się, dlaczego tak bardzo się różnimy. Mówię, że tata kupił mi kwiaty, gdy dostałam pierwszej miesiączki, a mama zawsze uczyła, że jestem piękna. Cała. Opowiadam też o tym, że kiedyś onanizowałam się w łazience. Nie zamknęłam drzwi, wpadł ojciec. Myślałam, że umrę ze wstydu. On potem, widząc, jak przemykam w przedpokoju, powiedział: "Kochanie, takie rzeczy są naturalne". Miałam 15 lat.

Piotr wspomina, że też masturbował się w łazience. Drzwi miał zamknięte na klucz. Ale w przedpokoju stała matka. "Co, tak długo się kąpałeś?", dopytywała się. Przytakiwał. Wąchała mu ręce, sprawdzając, czy nie kłamie. Próbuję zrozumieć Piotra - okej. Za mało pokazuję dziecku, że ciało to też intymność. Przecież nie chcę, by kiedyś paradował nago po szkole. To Piotr uczy go granic. Mąż stara się też zrozumieć mnie. Jeśli teraz będzie udawał, że pewnych tematów nie ma, prędzej czy później obróci się to przeciwko niemu. Tymek nie będzie w nim szukał wsparcia. Nie tylko omijając tematu seksu. Idę na kompromis, nie wychodzę nago z łazienki. Przestaję korzystać z toalety przy Tymonie. I choć kupuję "Wielką księgę cipek" i "Wielką księgę siusiaków" - zgadzam się z mężem, że tę książkę damy mu za dwa lata. Teraz oglądamy rysunki.

Gdy przy kolacji Tymek docieka: "Mamo, a chłopaki to całują się tylko z dziewczynami?", spontanicznie odpowiadam: "Czasem całują się z chłopakami. Zależy, w kim się zakochają". Piotr: "Natalia...". Ale w połowie zdania zatrzymuje się. Kiedyś byłby to powód do kłótni. "Mamo, mogę wziąć do szkoły książkę o siusiakach i cipkach" - pyta niedawno nasz syn. Patrzymy po sobie z Piotrem. "Nie, lepiej nie, oglądajmy ją w domu. A czemu chcesz ją wziąć? - dopytuje Piotrek. - A bo dziś Maciek i Kuba stali po basenie przed szatnią dziewczynek, mówili, że chcą pooglądać cipki. - Słucham?" - upewniam się. A mój syn spokojnie: "Powiedziałem, że to żadna sensacja i ja nie muszę tego robić, bo cipki widziałem w książce. Poprosili, żebym ją jutro przyniósł".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje