Przejdź na stronę główną Interia.pl
Zapominam się totalnie

Magdalena Boczarska

Rola jest dla niej jak zbroja. W niej nie boi się niczego. Ani nagości na planie, ani rozdrapywania emocji, gotowa jest przekroczyć każde tabu. Woli żałować, że przeszarżowała, niż tego, że coś ją ominęło. Po kontrowersyjnym filmie "W ukryciu" przygotowuje się do drugiej części "Różyczki". Pisanej specjalnie dla niej. Szczęściara. Magdalena Boczarska.

Twój STYL: Lubisz prowokować? Na premierze W ukryciu całowałaś się z Julią Pogrebińską, twoją filmową partnerką.

Reklama

Magdalena Boczarska: - To nie była planowana prowokacja. Stałam na "ściance" i nagle dołączyła do mnie Julka. Nie widziałyśmy się z miesiąc. Było serdeczne przywitanie. Gdybym wiedziała, że wzbudzi taką sensację, może poszłabym dużo dalej. (śmiech)

"W ukryciu" pełen jest kontrowersji. Nie dość, że znów temat żydowski, to jeszcze modny wątek lesbijski.

- Rzeczywiście ostatnio zrobiła się moda na tematy homoseksualne, ale nasz film nie jest o tym. Nie jest też o wojnie ani o Żydach. To historia o dwóch heteroseksualnych kobietach, które w dramatycznych okolicznościach odczuwają potrzebę miłości i czułości. Tyle że ta miłość przerodziła się w obsesję i poszła za daleko.

Myślisz, że heteroseksualna osoba mogłaby aż tak zatracić się w miłości homoseksualnej?

- Myślę, że biseksualność często bywa wpisana w naturę człowieka. Własna płeć jest zawsze bliższa, mamy z nią lepszy kontakt. A mężczyźni i kobiety we wzajemnych relacjach muszą się siebie nauczyć. Po drugie nigdy nie wiesz, jak byś się zachowała w sytuacji ekstremalnej. Pamiętam, jak mój dziadek, który był cichociemnym, opowiadał: "To, co pamiętam z wojny, to niezwykłe seksualne napięcie". Człowiek w stanie zagrożenia życia zachowuje się inaczej. Jakby chciał przeżyć wszystko, zanim zginie.

W filmie są sceny erotyczne, w dodatku z kobietą. Trudno było to grać?

- Nie pierwszy raz gram lesbijkę. Już w "Idealnym facecie dla mojej dziewczyny" miałam za partnerkę kobietę, Izę Kunę. Intymność jest zawsze trudna, bo w życiu to przecież sfera zarezerwowana dla najbliższych. Ale na planie nie ma dla mnie znaczenia, czy całuję się z kobietą, czy z mężczyzną. Ważna jest "chemia". Można całować się i czuć przyjemność, a czasem trafiasz na partnera, z którym nawet krótki pocałunek jest gehenną.

I co wtedy?

- Czasem trzeba dodać sobie animuszu. Mały drink albo lampka wina. Przecież musisz całować się naprawdę, kamera wychwyci każdy fałsz.

Zdarzyło ci się na planie "zapomnieć"?

- Szczerze? W większości intymnych sytuacji, w "Różyczce" i w "W ukryciu", zapominałam się totalnie. Ale jak inaczej, skoro w przypadku tak gęstej materii spędzasz z partnerem dużo czasu, stajesz się swoją postacią, wpuszczasz w siebie jej emocje. Pocałunek wychodzi naturalnie.

Ryzykowne. A gdy się zakochasz?

- Nie bez powodu aktorzy mają opinię kochliwych. Ale zwykle, gdy kończą się zdjęcia, kończy się i fascynacja. Na planie z Julią złapałyśmy taki kontakt, że ktoś z boku mógłby pomyśleć o nas: lesbijki. Na szczęście każda miała satysfakcjonujące życie osobiste poza planem.

Ale nie znałaś jej wcześniej. Spotykasz nową osobę i od razu macie sceny miłosne.

- Od pierwszego momentu - na zdjęciach próbnych - była między nami chemia. Powiedziałyśmy nawet reżyserowi, że musimy grać razem. Potem u niego w domu były wspólne kolacje, rozmowy - zdążyłyśmy się z sobą oswoić. Pamiętam pierwszą próbę. Wieczór, wyjeżdżamy z podwórka i nagle... uderzenie. Julia wjechała w tył mojego auta. Wyskoczyłyśmy i dobry kwadrans dosłownie tarzałyśmy się po ziemi. Ze śmiechu.

"W ukryciu" to film o obsesyjnej potrzebie ciepła, bliskości. Jako Janina byłaś wiarygodna. Znasz te uczucia z życia?

- To pierwsza rola, w której tak mocno "użyłam" siebie. Wypożyczyłam bohaterce ciało, duszę i przeszłość. Niekiedy przed kolejnymi ujęciami zamykałam się w pokoju, przywołując trudne przeżycia i wspomnienia z pełną świadomością, że rozdrapuję bolesne rany.

?!

- Z perfidią wobec samej siebie wyciągałam wspomnienia z szufladki z napisem "Nie otwierać! Bolesne!". Zdążyłam już sporo przeżyć jako kobieta. Ktoś mnie kiedyś zostawił, ale i ja kogoś zostawiłam, ktoś mnie kiedyś zdradził i oszukał, zdarzyło mi się też walczyć o miłość, ale i ktoś walczył o mnie. Mówiłam sobie: "Nikt cię nie kocha, jesteś sama, nikt cię nie chce". Zresztą, popatrz, mam trzydzieści pięć lat, a w moim życiu dalej nie ma szeroko rozumianej stabilizacji. Ja akurat lubię ten stan, ale jego świadomość przydała się w budowaniu determinacji Janiny.

Warto było aż tak się umartwiać?

- Warto! Chociaż nie ma nic dobrego w tym, że się rozgrzebuje bolesne wspomnienia i pielęgnuje ten stan na użytek filmu. Ale wśród filmowców jest powiedzenie: "Szmata wszystko wychwyci". Szmata, czyli kinowy ekran, gdzie widać błąd w make-upie, niedociągnięcie w kostiumie i każdy fałsz gry. W teatrze się gra, a w filmie się jest. Nawet mając świadomość, że robię sobie krzywdę.

Powrót do codzienności był trudny?

- Po "Różyczce" dochodziłam do siebie prawie rok. Po W ukryciu miałam szczęście, bo zostałam ambasadorką triatlonu. Wycisk fizyczny uspokoił emocje.

W tym filmie przekroczyłaś jeszcze jedną granicę. Jesteś nieatrakcyjna. Zero makijażu, tłuste włosy zwinięte w precle, nietwarzowe stroje.

- Piękno to pojęcie względne i każdy interpretuje je inaczej. Najważniejsza jest prawda przekazu. Poza tym wiesz, bycie piękną na ekranie nierzadko bywa męczące. (śmiech) A tak na poważnie, zdążyłam już okrzepnąć i jako kobieta, i jako aktorka. Miałam wielką ochotę na taką odmianę.

To już drugi po "Różyczce" film Kidawy-Błońskiego, w którym grasz główną rolę. Reżyser ma do ciebie słabość?

- Ja też mam do niego słabość i myślę, że ta słabość obojgu nam służy. Po przygodzie, jaką była "Różyczka", wiedziałam, że w kolejnym filmie mogę u niego zagrać nawet przysłowiową klamkę do drzwi. Janek ma wobec mnie ojcowskie uczucia. Zaprzyjaźniłam się także z jego żoną i synem. Bywam gościem w ich domu, oni są na wszystkich moich premierach. Poza tym... Kiedy przyszła propozycja roli w filmie W ukryciu, miałam prywatnie trudny czas: właśnie się z kimś rozstałam i potrzebowałam wejść w czyjeś życie, byle nie żyć własnym. Dziesięć dni przed rozpoczęciem zdjęć zdarzyło się jeszcze coś. Wypadek. Bliskie spotkanie mojego samochodu z cysterną na jednym z warszawskich mostów. Na zdjęcia trafiłam w gorsecie, z połamanymi żebrami, obitymi plecami i na lekach przeciwbólowych. Nie było to mądre, ale ja bardzo chciałam zagrać tę rolę. Z drugiej strony mam wrażenie, że mój ból bardzo przydał się filmowej Janinie.

Dostałaś za tę rolę ważną nagrodę na Festiwalu Filmowym w Indiach. Szczęśliwe te Indie, wcześniej nagrodzono cię tam za "Różyczkę".

- To wielka światowa impreza, która w tym roku gościła takie gwiazdy jak Susan Sarandon, Agnieszkę Holland, Jiříego Menzla. Dowiedziałam się już po fakcie, że dyrekcja przekonywała jurorów: "Ona nie może dostać nagrody. Daliśmy już jej trzy lata temu, w dodatku za film tego samego reżysera". (śmiech) Ale jednak się uparli. Byłam na miejscu, ale nie spodziewałam się laurów. Powrót do Polski miałam zaplanowany na dwa dni wcześniej, żeby zdążyć na spektakl w Warszawie. Podobne zaskoczenie było z nagrodą za "Różyczkę". Dowiedziałam się o niej w Polsce, na dzień przed galą finałową. Do podręcznej walizki wrzuciłam wieczorową sukienkę, szpilki, kosmetyczkę i majtki na zmianę. Możesz sobie wyobrazić minę straży granicznej na lotnisku. - "Dokąd pani leci? - Do Indii. - Po co? - Na imprezę. - Kiedy pani wraca? - Jutro". (uśmiech)

Czym się kierujesz, przyjmując rolę?

- Wierzę w powiedzenie "intuicja to przejaw Boga w człowieku". "Różyczkę" wielu mi odradzało. Mówili, że rola mnie zniszczy, że za dużo w niej seksu, że nie jestem jeszcze gotowa. A we mnie wszystko wyło do tej roli. Życie mnie nauczyło, że warto ryzykować. I nie pomyli łam się. Za to odmówiłam roli w "Obławie". Reżyser proponował mocne sceny seksu, które moim zdaniem były niepotrzebne. Potem te sceny wypadły, a ja żałowałam, że nie zagrałam w świetnym filmie i że reżyser o mnie nie zawalczył.

Wszyscy reżyserzy chcieli cię rozbierać. W "Pod powierzchnią", w "Futrze", "Idealnym facecie dla mojej dziewczyny"...

- Dlatego teraz marzę o roli zakonnicy! (uśmiech) Bo rozbieram się nie tylko w filmie, ale też w teatrze. Mój "pierwszy raz" był w Merlinie w Narodowym. Grałam naga, pomalowana tylko w tatuaże i ornamenty.

Trudniej rozebrać się przed żywą widownią niż przed kamerą?

- Nagość w teatrze jest trudniejsza, bo musi być powtarzana. A ja, jak każda kobieta, raz jestem szczuplejsza, raz pełniejsza. Zawsze, gdy mam grać sceny rozbierane, na kilka dni przed spektaklem uważam na to, co jem, bo chcę dobrze wyglądać. Trochę jak każda z nas przed wielkim wyjściem. (śmiech) Teraz też mnie to czeka. W "Operetce" Gombrowicza zagram Albertynkę. Premiera w kwietniu, w Imce.

A filmy? Podobno ma być kontynuacja "Różyczki"...

- Tak. Mam zagrać... swoją córkę. Ona żyje blisko świata polityki. Nagle ktoś wyciąga "na nią" teczkę z dokumentami "Różyczki". I moja bohaterka dowiaduje się, że matka nie tylko była tajnym współpracownikiem, ale miała bliskie relacje z dwoma mężczyznami. Pytanie: który jest ojcem? Rola pisana jest specjalnie dla mnie. To bardzo miła świadomość.

Grasz u najlepszych, z myślą o tobie piszą scenariusze, dostajesz nagrody na świecie. Jak udało ci się aż tyle osiągnąć?

- Pochodzę z niezamożnego domu, moi rodzice nie mieli "układów". Dali mi to, co najważniejsze - miłość i wykształcenie. Na resztę zapracowałam sama. Ja po prostu bardzo kocham to, co robię.

Rozmawiała Beata Biały

TWÓJ STYL 3/2014



Dowiedz się więcej na temat: Magdalena Boczarska

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje