Reklama

Reklama

Wszędzie słucham

Mało kto wie, że pisał pan teksty piosenek. Na przykład taką "Muszelkę" - z niebanalnym refrenem "na na na na na" - zaśpiewał jako swój pierwszy przebój pewien mało znany skrzypek z Krakowa.

Reklama

- Wodecki, zgadza się. Wie pani, to było tak - lubiłem pisać, tylko nie lubiłem tego, co piszę. Piosenki po polsku wychodziły mi miałkie. Siedziałem z głową w genialnych tekstach Doorsów, Dylana. I potem patrzę na swój, o tym facecie z muszlą - żenada! Dziś myślę, że może to była przesadna samokrytyka, w końcu wśród wielkich światowych przebojów jest tyle tekstowej prostoty. Ale przez to, że ona nie jest w języku polskim, wydaje się łatwiejsza do przełknięcia. Dlatego w końcu wolałem pisać po angielsku.

Ale po co?

- Jak to po co? Jako tekściarz stałem się członkiem Zaiksu. Ochrona praw autorskich - jedna sprawa. Ale i kasa. Kiedy piosenka z moim tekstem "Bright Days Will Come" śpiewana przez Urszulę Sipińską w roku 1972 zajęła drugie miejsce na festiwalu w Meksyku, dostałem wiadomość, że wypłacą mi honorarium w dewizach, pani wie, co to wtedy znaczyło?!

- Do Zaiksu też wpływały mi tantiemy. Pamiętam zawiadomienie, że na moje konto nadeszły dolary, korony szwedzkie i niemieckie marki - w przeliczeniu na łączną sumę... siedemnastu złotych. Ile to było wtedy? Mniej więcej tyle co dziś.

Czy w ogóle myślał pan kiedyś, żeby zająć się jakąś zupełnie inną dziedziną niż muzyka?

- Życie kazało mi przemyśleć parę alternatyw. W '82 roku, z dnia na dzień, wylano mnie z telewizora. Nowe władze, nowy układ. Musiałem się przerzucić na uczenie języka i robienie tłumaczeń. Przetłumaczyłem na angielski np. wielki album rocznicowy Filharmonii Warszawskiej. A potem z Grześkiem Wasowskim wzięliśmy się do zadania z najwyższej półki - tłumaczyliśmy nieznany w Polsce poemat Lewisa Carrolla The Hunting of the Snark (Polowanie na żmirłacza). Brałem pod uwagę, że pójdę w kierunku tłumaczenia.

Miał pan Próbę biznesową - prywatne radio. I klapa...

- Wcale tak nie myślę. Fakt, w sensie biznesowym to było szaleństwo - Krzysiek Materna i ja podeszliśmy do tworzenia stacji z zachwytem amatorów. Zatrudniliśmy masę fajnych ludzi, zamówiliśmy sprzęt. Jak nasz partner biznesowy zobaczył ten rozmach, to się osłabił. Finansowo też. Ale przez czas, kiedy radio działało, zrobiliśmy dużo bardzo dobrych rzeczy. Jakość była świetna. Zawsze dobrze nam się z Krzyśkiem pracowało.

Mann i Materna, Mann i Wasowski. Woli pan pracę w duecie?

- Jeśli muszę pracować z kimś, z kim natychmiast nie łapię porozumienia, jestem bardzo nieszczęśliwy - wychodzę i czuję się zmęczony, jakbym osobiście wyrąbał pół Puszczy Białowieskiej. A gdy trafiam z kimś na tę samą falę, np. z Wasowskim, jestem w siódmym niebie i do głowy mi nie przyjdzie, żeby grać na siebie. Kiedy Grzesiek odszedł z Trójki, poczułem się bardzo przez niego skrzywdzony.

W rankingu na najbardziej wpływową osobistość telewizyjną "Polityka" przyznała duetowi Mann-Materna pierwsze miejsce. A osobistość nie ma dziś programu autorskiego. Gdzie pan przepadł?

- Nie mam już ambicji, żeby robić show w wielkim studiu, z dymami. W bardziej kameralnym klimacie - może? Cenię sobie dobre warunki pracy - przyjazna atmosfera, dobre towarzystwo, a nie szarpanie z różnymi księgowymi machającymi przed nosem wykresami oglądalności. Nie chcę też złapać się w pułapkę, czyli życie dawnymi dokonaniami, odcinanie kuponów.

To dlatego napisał pan autobiografię?

- Napisałem, bo mnie pan Jerzy Illg z wydawnictwa Znak prosił bardzo długo. I się ugiąłem. Myślę, że parę historyjek to ciekawy zapis, jak było kiedyś.

Pana syn robi wielkie oczy, kiedy czyta o tych wszystkich idiotyzmach komuny?

- On sporo o tym wie z opowiadań. Dużo rozmawiamy.

Jaki jest Wojciech Mann - tata?

- Widzi pani, jestem dosyć późnym ojcem. Jak synek przyszedł na świat, miałem już cztery dychy. Myślę, że wiem sporo o życiu, ale z drugiej strony nie chcę być mędliwy. Generalnie staram się nie zatruwać chłopakowi życia. Jestem mało inwazyjny. Chyba się dogadujemy.

Jaki jest pana dom?

- Czasem miewamy z żoną gości na kolacji, ale to nie jest tak, że ludzie walą drzwiami i oknami. Przyjaciele to wąskie grono. Z wiekiem coraz bardziej cenię sobie spokój.

To, co w telewizji, polityka - obchodzi pana?

- Mało. Ale się orientuję.

Parytety, temat na czasie - popiera pan?

- Proszę się nie obrazić, ale nie. Parytet to dla mnie rodzaj narzuconego rygoru. Gdyby na przykład istniał taki parytet, że musi być odpowiedni procent grubych osób w mediach, to ja bym się tym zmartwił. Bo dla mnie to przyjemność i satysfakcja, że chociaż nie mam urody Artura Żmijewskiego, daję sobie radę bez wsparcia nakazem urzędowym.

Ale nie ma pan nic przeciw feministkom?

- Skąd. Tylko mój stosunek do feminizmu to mieszanina pełnego zrozumienia dla praw kobiet z - jednak - konserwatyzmem. Nie pielęgnuję stereotypu, że ja mam przywilej chodzić w zbroi na wojnę, a kobieta powinna zrobić kanapki na drogę. Ale stary podział ról: ja przepuszczam w drzwiach i chronię, a ona może być tą słabszą, nie jest mi obcy.

Dżentelmen starej daty?

- Pozostańmy przy dżentelmenie. Chociaż... Niedawno przeczytałem w gazecie: "Na skrzyżowaniu tej i tej ulicy samochód potrącił 61-letniego mężczyznę. Karetka odwiozła staruszka do szpitala". Mam 62 lata, proszę pani. Dla niektórych to poza granicą przeżywalności. Na szczęście, w głowie - ciągle maj.

Rozmawiała Agnieszka Litorowicz-Siegert

Twój STYL 2/2011

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje