Reklama

Reklama

Wszędzie słucham

Nigdy nie chciał pan zostać za granicą?

Reklama

- Chciałem wielokrotnie, ale mniej więcej po dwóch miesiącach już miałem śrubę, żeby wracać. Najsilniejszą w Stanach, gdzie zastało mnie ogłoszenie stanu wojennego. Tam przeżyłem moment poważnego wahnięcia. Tym bardziej że Amerykanie stworzyli dobre warunki - prawo pobytu, pracy. W tym czasie miałem już sporo doświadczenia w dziennikarstwie radiowym, telewizyjnym, mogłem szukać sobie miejsca. Ale skończyło się tak, że byłem na pokładzie pierwszego samolotu powrotnego, kiedy znowu uruchomiono loty do Polski.

Bo co?

- Bo może głupi jestem?

A może to jakaś miłość?

- Wszystko naraz. Nie żałuję. A jeśli miłość, to przede wszystkim do radia.

Ktoś panu powiedział, że ma pan supergłos i mógłby pracować na antenie?

- Nie, ale bardzo chciałem się nadawać. W latach 60. w pewnym momencie przestało mi wystarczać słuchanie muzyki, rozmawianie o niej, zdobywanie płyt. Chciałem się tym dzielić.

I trafił pan do Trójki?

- Gdzie tam! Najpierw do Rozgłośni Harcerskiej. Tam się nagrywało wyłącznie audycje na taśmę, był ubogi sprzęt, ale masa zapaleńców.

Pan należał do harcerstwa?

- Tak, wcześniej. Byłem członkiem zespołu Gawęda. Chociaż śpiewać nie umiałem. Chciałem grać na saksofonie, uważałem, że to jest męskie. Ale mama kupiła mi gitarę. Nie miałem cierpliwości do ćwiczeń i instrument wylądował w wersalce, a ja w Gawędzie. Szef zespołu, Andrzej Kieruzalski, mówił: bucz, tylko cicho. Jeździło się na obozy, była atmosfera, obrzędy, jakieś warsztaty, palenie papierosów, lalkarstwo - gdzieś się tam zawsze zmieściłem.

Pierwsza własna audycja?

- O płycie Donovana Fairytale. Wstydziłem się mówić, chciałem, żeby tego nie wyemitowali. Poszło jednak na antenę. Dwa razy. A kiedy rozkręcała się Trójka, redaktorzy szukali młodych sił w Rozgłośni Harcerskiej. Tak trafiłem na Myśliwiecką. Tam była twarda szkoła, trzeba było przechodzić przez stopnie wtajemniczenia, pisać wprawki, nagrywać na próbę itd.

Zaliczał pan wpadki?

- Oczywiście, a każda mogła być bardzo bolesna w konsekwencjach. Kiedyś w programie na żywo na prośbę słuchaczki przekazałem życzenia żołnierzom z jednostki pancernej 1584 i mniej więcej 30 sekund później był telefon: kto podaje numer jednostki wojskowej na antenie?! Jakoś się upiekło, ale mogłem przez to stracić pracę, bo przecież przeze mnie Amerykanie dowiedzieli się wszystkiego o naszej obronności. A trzeba dodać, że to była nadgorliwość cenzora, bo numery jednostek nie były tajne. Raz powiedziałem na antenie "kurwa", tak jakoś wyszło, i też nie było wesoło.

Miał pan kartę mikrofonową kategorii S, czyli najważniejszą. Mógł pan czytać wiadomości, na przykład ze zjazdu partii. Czytał pan?

- Nigdy.

Jak to możliwe? Za bunt mogli pana wyrzucić.

- W parę osób, z kolegami zajmującymi się muzyką, wypracowaliśmy sobie opinię głupków od rock and rolla, którym nie daje się do czytania wiadomości politycznych. To było wygodne, nigdy nie postawiono mnie pod ścianą: musisz przeczytać o plenum KC. Jak się zbliżał 22 lipca, to było wiadomo, że nam lepiej audycji do prowadzenia nie dawać. Mogliśmy być w radiu, a nie musieliśmy być umoczeni w propagandzie.

Jeszcze więcej było jej w telewizji lat 70. A pan tam poszedł. W imię czego?

- Tego, co mnie trapi do dzisiaj - wielkiej ciekawości rzeczy, których wcześniej nie znałem. Poza tym Mariusz Walter w Studiu 2 stworzył enklawę, która wydawała się mniej skażona propagandą.

Choć był to czas słynnego prezesa Szczepańskiego, pieszczocha komuny...

- Ale mnie zaproponowano działkę - jak sądziłem - neutralną, szefa "redakcji programów eksperymentalnych". Wolno mi było wpychać tam to, co mnie naprawdę interesuje. Rozważyłem wszystkie za, przeciw i uznałem, że warto. Wywalczyłem kupno i wyświetlenie w Polsce Historii muzyki rozrywkowej, to był serial - wydarzenie na skalę światową. Poza tym Studio 2 sprowadziło kilku popularnych artystów z zagranicy, choćby w 1976 roku Abbę, która była wtedy u szczytu popularności. Nie mam po tym czkawki.

W końcu sam pokazał się pan przed kamerą. Był stres?

- Jasne. Miałem znajomego w biurze łączności z widzami, gdzie można było sprawdzić, jak ludzie odbierają program. Poprosiłem: zobacz, czy po pierwszej emisji nie będzie nieprzyjemnych komentarzy. I dostałem cynk, że dzwoniła starsza pani, oburzona, że telewizja znowu pokazuje na wizji... inwalidę. No i masz - pomyślałem - gruby jednak się nie podoba. Myślałem, że o to chodzi. Ale dalej czytam w sprawozdaniu: "Kolejny człowiek w okularach korekcyjnych...". To jednak zostałem.

I zgodził się pan poprowadzić festiwal w Sopocie. Choć wcześniej wyrażał się pan o takich imprezach z politowaniem.

- Namówił mnie Jerzy Gruza. Dla mnie festiwal to był obciach. Ale w którymś momencie odezwał się ten mój kretyński zmysł: a co mi szkodzi, zobaczę, jak ta szopka wygląda od środka. No i w '87 pojechałem do Sopotu. I wylazłem na scenę. A tam patrzy na mnie kilka tysięcy ludzi...

I jeszcze ten Stevie Wonder, który każe panu śpiewać razem z nim "I Just Called To Say I Love You".

- To było straszne, on mnie na oczach publiczności po prostu zgwałcił. Miałem tylko coś przetłumaczyć i zrobić myk za kulisy. Tymczasem facet łapie mnie muskularną łapą i rozkazuje: Śpiewaj! Nie wypada szarpać się z niewidomym.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje