Reklama

Reklama

Wszędzie słucham

Ściągnął?

Reklama

- O dziwo, tak! Właściwie, poza Beatlesami, wszystkich z naszej listy. Ale co z tego? Nawet darmowych biletów za to nie dostaliśmy. Na szczęście mieliśmy sfałszowaną, czyli własnoręcznie wykonaną pieczątkę klubu, którą podbijaliśmy lipne zamówienia - instytucje mogły zamawiać dla siebie "pulę" biletów na imprezę. W tych czasach pieczątka była najważniejsza. A my już rozgryźliśmy, jak się poruszać w świecie biurokracji. Bystrzy byliśmy.

I piękni też? Dziewczyny się wtedy w panu kochały?

- Oj, nie wiem, ale fakt faktem - ładne z nas były chłopaki. Olechowski i ja sprowadziliśmy sobie z zagranicy prawdziwe sztyblety - buty za kostkę, skórzane, z pasem gumy na boku. Takie jak mieli Beatlesi, żadne podróby. Dżinsy nosiliśmy najlepsze - lee, lewisy, wranglery. W żadnym przypadku rifle, bo one miały zamek błyskawiczny przy kieszeniach, no chyba pani żartuje, żeby w takich się pokazać.

Czy to prawda, że pan nosił loki do ramion?

- A tak. I ciągle ktoś mnie gonił do fryzjera. Sprawa była szczególnie bolesna na uczelni, bo mieliśmy tzw. studium wojskowe, a żołnierz. który dowodzi młodzieżą, nie wytrzymuje, jak widzi dłuższe włosy. Cuda wymyślaliśmy, np. sfałszowane zaświadczenie, że się gra w filmie i nie można nagle nie mieć włosów, skoro się zaczęło z włosami. Kwit od lekarza o jakiejś tajemniczej dolegliwości, która nie pozwala maszynką jeździć po szyi, bo występują pryszcze i ropnie. Albo udawanie, że ma się potworną bliznę świeżo zrobioną na głowie i trzeba chodzić w bandażach - a pod bandażami długie pióra.

Bycie trendy i znajomość angielskiego to dobre atuty dzisiaj. W tamtych czasach też się przydawały?

- Tak, na przykład kiedy do Warszawy na Jazz Jamboree, a potem na koncerty rockandrollowe przyjeżdżały wielkie gwiazdy, ja mogłem się wkręcić jako tłumacz albo i przewodnik po mieście. A to były sławy wielkoformatowe: jazzmani Georgie Fame, Charlie Haden, Ornette Coleman, a z rockmanów np. Animalsi, legendarne grupy The Artwoods czy Gerry and the Pacemakers, Cliff Richard.

Jak to było, gdy musiał pan oprowadzać tych ludzi po siermiężnej Warszawie?

- Jako ktoś, kto mimo wszystko lubi swój kraj, miałem odruch poprawiania wizerunku. Na przykład prowadziłem gościa do tunelu kolejki podmiejskiej i mówiłem, że to jest... metro. Bo było mi wstyd, że Warszawa metra nie ma. Ale zdarzały się i budujące chwile - zdumiewał mnie entuzjazm niektórych obcokrajowców, że u nas na bazarach można kupić takie fajne ciuchy. Jeden zobaczył jakiś rozwalający się ruski kożuch i oszalał ze szczęścia, inny kupił przedziwne nakrycie głowy z królika.

Balowaliście wspólnie?

- Miałem poczucie obowiązku. Kiedy w '66 przyjechali Animalsi, w Warszawie nie było nocnych klubów. Spotkaliśmy się z Olechowskim i muzykami z zespołu w hotelu Bristol i wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić imprezę u Pućki, czyli Marii Szabłowskiej, która miała mieszkanie na Saskiej Kępie.

- W kuchni u Pućki uczyłem basistę Chasa Chandlera, jak się pije "po polsku", choć miałem o tym słabe pojęcie, bo byłem młody. Wlałem do szklanki piwo, wino, wermut, wódkę i trochę likieru i kazałem Chandlerowi wypić to duszkiem. Padł, jak stał. Tak się zaczęło, potem często imprezowaliśmy prywatnie z zagranicznymi gośćmi.

Oni wracali do kolorowego świata, a pan zostawał na szarym peronie.

- Jak wszyscy marzyłem o wyjeździe na Zachód. Udało się w roku 1964. Brat mojego ojca wyemigrował do Anglii w 1936, miał to samo nazwisko, władza w końcu uznała, że ma prawo zobaczyć ukochanego bratanka. Stryj zgodził się wysłać zaproszenie, a nie musiał, bo mnie nie znał, na oczy nie widział. Przecież mogłem być straszliwym zbrodniarzem albo komunistą.

- Trzęsącymi rękami wypełniliśmy z matką formularz paszportowy składający się z tysiąca pytań. Urzędnik pouczył mnie, że jak w rubryce "nazwisko panieńskie" dam kreskę, to odrzucą w cholerę, bo trzeba napisać "nie dotyczy". Radości z nadejścia pisma wzywającego do odbioru paszportu nie pojmie nikt, kto tego sam nie przeżył.

Pierwsze wrażenie za żelazną kurtyną?

- Jechałem pociągiem, nocą przekraczaliśmy granicę między wschodnim i zachodnim Berlinem. To było jak film propagandowy - z jednej strony ponura czarna dziura, z drugiej feeria kolorów, samochody, weseli ludzie. Jakby ktoś skalpelem przeciął świat. Stałem przyklejony do okna. A potem jeszcze Holandia i podróż promem! Przez dwie doby nie spałem ani sekundy. Na ostatnich nogach wyszedłem na peron i ten stryj mnie odebrał. I kupił mi w bufecie, proszę pani, na Liverpool Street Station sok pomarańczowy! Pani wie, jak to smakowało?

Zakręciło się w głowie w Londynie?

- Jasne. W ciągu miesiąca obejrzałem chyba 35 filmów, żeby tylko wreszcie zobaczyć to, czego mi nie pozwalali w Polsce. Chodziłem na podwójne seanse, cztery godziny siedziałem zachwycony, a wtedy można było jeszcze palić w kinie. Raj...

Żadnych przykrych odkryć?

- Owszem. Uczuciem, które dotkliwie mi towarzyszyło, był strach. Pojechałem drugi raz do Anglii latem '68, kiedy "sojusznicy" wkroczyli do Czechosłowacji. Dołączyłem do demonstracji, która szła przez Londyn pod ambasadę sowiecką. Miałem tyłek zmarszczony ze strachu, czy mnie ktoś nie sfotografuje i nie wyśle zdjęcia do Polski. Czułem się napiętnowany przez komunę.

- Pamiętam, jak będąc pierwszy raz w Londynie, nie mogłem uwierzyć, że ludzie bezkarnie chodzą po trawie. Bo u nas były wszędzie napisy "szanuj zieleń" i miałem w głowie czip, że ta zieleń to jest nie wiadomo co. A tam połacie parków, gdzie ludzie łażą, leżą, tarzają się i wszystko jest ok . Czułem się inny, chyba gorszy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje