Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wolny i dziecinny. I niech tak zostanie!

Najpierw okrzyknięto go odkryciem kina, a potem największym rozczarowaniem. Po "Titanicu" Jamesa Camerona zniknął na pięć lat. Musiał ochłonąć, złapać dystans do świata i siebie. Tylko u nas Leonardo DiCaprio mówi o cenie sławy, problemach z miłością i zupełnie innym, nieznanym Hollywood.

Nigdy nie umiał pogodzić się z tym, że jego fotografiami wyklejały swoje szafki nastolatki od Moskwy po San Francisco. Irytował się, gdy kolejny raz próbowano go wtłoczyć w wizerunek amanta. Kiedy zarzucono go scenariuszami komedii romantycznych, przestał w ogóle grać, przytył, zniknął z Hollywood.

Reklama

W 2002 roku – pięć lat po sukcesie „Titanica” – Martin Scorsese wyciągnął go z filmowego niebytu, oferując rolę ulicznego zabijaki w „Gangach Nowego Jorku”. Od tamtego czasu datuje się ich zawodowa, ale i całkiem prywatna przyjaźń, która zaowocowała rolami DiCaprio w takich filmach Scorsese jak „Aviator”, „Infiltracja”, a teraz „Wyspa tajemnic” (w kinach od 26 marca), mrocznym thrillerze rozgrywającym się w połowie lat 50. w scenerii więziennego szpitala na wyspie w Zatoce Bostońskiej.

Spotykamy się w eleganckim hotelu Four Seasons w Beverly Hills. Leo jest spokojny i rozluźniony. Odpowiada z namysłem, z dużą pewnością siebie. W przeciwieństwie do wielu hollywoodzkich gwiazd wygląda na swój wiek.

Ma 36 lat i tego nie ukrywa. Tak jakby upływający czas, który odcisnął mu na twarzy siateczkę zmarszczek, autentycznie go cieszył.

PANI: Co takiego fascynuje pana w pracy z Martinem Scorsese?

- Lubię styl jego pracy i to uczucie komfortu, który daje aktorom. Reżyser na planie musi być szefem, ale jeśli nie potrafiłby stworzyć dobrej atmosfery, już po jednym dniu wszyscy mieliby go serdecznie dość. Martin umie zdobyć sympatię zespołu, nie naruszając swojego autorytetu.

Ostatnio niemal wyłącznie występuje pan w poważnych filmach, takich jak „Wyspa tajemnic”. Unika pan ról komediowych i romansów. Wciąż boi się pan, że powrócą porównania do „Titanica” Jamesa Camerona?

- Myślę, że tamten film będzie mnie straszył do śmierci. Ale nigdy nie usłyszy Pan ode mnie, że żałuję, iż wystąpiłem w „Titanicu”. To był naprawdę dobry film, a dla mnie stał się trampoliną do kariery. Zapłaciłem za to swoją cenę. Nie chciałbym wracać do tamtych czasów. Ludzie wariowali na moim punkcie, wskakiwali na mnie, całowali, traktowali jak ulubioną zabawkę. Czasami byłem naprawdę przerażony. Dobrze, że rodzice wciąż mi powtarzali, że ta nagła sława to tylko miraż. W przeciwnym razie na pewno bym zwariował.

Dlaczego? Przecież wychował się pan w Hollywood i od dziecka znał tamtejsze realia.

- To, że mam w akcie urodzenia wpisane „Hollywood”, jeszcze nie oznacza, że wychowałem się w towarzystwie sławnych i bogatych. Szczerze mówiąc, było dokładnie odwrotnie, a moja dzielnica Hollywood do dzisiaj jest jedną z najbardziej niebezpiecznych w całym Los Angeles.

Aż trudno w to uwierzyć. Mówimy o tym samym Hollywood?

- Na ulicy, przy której mieszkałem, na każdym rogu stali dilerzy narkotyków. Któregoś razu wyszedłem z domu i kątem oka zauważyłem ćpuna, który żeglował w moją stronę ze strzykawką w ręku. W panice rzuciłem się do ucieczki, a on pognał za mną. Skręciłem w boczną uliczkę i wczołgałem się pod jakiś zaparkowany przy krawężniku samochód. Leżałem tam dłuższy czas i modliłem się, żeby mnie ten wariat nie znalazł.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje