Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ścianka nie wchodzi w grę

... czyli rozmowa lekka, łatwa i Materna.

Krzysztof Materna: Trochę głupio się czuję po tych wszystkich sprawach związanych z podsłuchami. Mam wrażenie, że jak włączam dyktafon, to robię coś złego. A przecież nie chcę zrobić nic złego, wprost przeciwnie.

Reklama

Agata Buzek: - Mam nadzieję! (śmiech) Jak bardzo mam uważać na to, co mówię?

Chciałbym, żebyś nie uważała, bo jesteś osobą, która wie, co mówi. Czy kontrola w wypowiedziach publicznych to twoja strategia?

- Na początku miałam w sobie błogą niewinność i naiwność. Na pytania dziennikarzy odpowiadałam zwięźle i krótko, mówiłam to, co myślałam. Ale z biegiem czasu zorientowałam się, jak bardzo można taką wypowiedź zmanipulować. Były ze dwa takie wywiady, po których przyjeżdżały do mnie przyjaciółki, na podłodze leżała rozszarpana gazeta, a ja powtarzałam, że więcej nie wyjdę z domu. To było dawno, ale od tego czasu jestem bardzo ostrożna. I właściwie nie znoszę udzielać wywiadów.

Chyba nie do końca się zamykasz, skoro zgodziłaś się na naszą rozmowę?

- Też się dziwię, że się zgodziłam (śmiech)...

Poza tym pokazywanie siebie jest wpisane w twój zawód.

- Tylko którą część siebie powinno się pokazywać, będąc aktorem? Lepiej miłą, czy kontrowersyjną? Tę prawdziwą, nawet jeśli nikomu się nie spodoba, czy wykalkulowaną? Do których pomieszczeń wpuszczać przypadkowych gości i dlaczego? A może raz tak, raz siak - i właściwie nie wiadomo, kim ty jesteś.

Czyli będziemy uważali na to, co mówimy...

- Może to, co teraz powiemy, jest właściwie obojętne? Czemu to ma służyć, twoim zdaniem?

Temu, żeby rozszyfrować jakąś tajemnicę.

- Ale tajemnica jest wspaniała, po co ją rozszyfrowywać?

Według mnie twoja osoba jest związana wyłącznie z tajemnicą. Trzymając się z dala od celebryckich imprez i ścianek, pokazujesz to, co jest sensem twojego zawodu.

- Zakładając, że mój zawód ma jakiś sens...

A ma? Kiedy doszłaś do wniosku, że chcesz go uprawiać?

- To nie był wniosek, tylko dziecięca intuicja. Uczyłam się wierszyków na pamięć i jak szłam z rodzicami do knajpy, to najpierw wychodziłam na środek i recytowałam "Słonia Trąbalskiego", a dopiero potem szłam do stolika.

Czyli taki młodzieńczy ekshibicjonizm?

- Na to wygląda. Oto jestem na tym świecie - patrzcie na mnie! Teraz jestem znacznie mniej ekshibicjonistyczna. Jakiekolwiek wyjście na scenę, kiedy nie mam przygotowanej roli i nie jestem schowana za tekstem i kostiumem, jest dla mnie nieporównywalnie bardziej stresujące niż którakolwiek premiera.

Czyli ścianka nie wchodzi w grę.

- Ścianka to jest inny temat. Nie łączę tego, mówiąc górnolotnie, ze sztuką. To jest dość poniżające i denerwujące, że ludzi aż tak bardzo interesuje moja torebka. Jakie znaczenie ma to, ile kosztowała? I to, jak wygląda? A szlag was trafił! Taką miałam pod ręką, taką akurat wzięłam i do tego mam buty na płaskim obcasie, bo tak mi wygodnie. To jest zupełnie inny rodzaj męki.

Ale ten rodzaj męki - jak mówią - pomaga w sukcesie.

- Hmm...

Co to jest sukces w twoim zawodzie?

- Sukces jest bardzo subiektywny. Ale chyba sprowadza się do poczucia, że jest się potrzebnym. Oczywiście, można powiedzieć, że im częściej staje się na ściankach, im więcej występuje się w telewizji, tym bardziej człowiek czuje się niezbędny. Tylko że ja nie byłabym usatysfakcjonowana i spełniona, gdybym wyłącznie dzięki takim zabiegom czuła sens. Jedno, to czuć się potrzebnym, a drugie, to mieć wewnętrzny przymus ekspresji twórczej.

- Kiedy moja ekspresja nie trafia w próżnię, jest przez kogoś odbierana, gdy widzę reakcję, to może mogę mówić o sukcesie. W tym kontekście nie jestem pewna, czy ścianka pomaga. Raczej czyni cały proces, o którym mówię, bardziej miałkim. A ja widzę dużą wartość w tajemnicy. Dzielenie się na przykład swoimi upodobaniami kulinarnymi ma niewielki związek z twórczością.

Jeśli lansujesz jakiś sposób odżywiania się, który pomaga innym ludziom, to może warto się nim dzielić? Zdaje się, że jesteś wegetarianką. I mówisz, że to jest zdrowe, potrzebne...

- Bardzo trudno zważyć, czy artysta powinien być artystą i zajmować się wyłącznie sztuką, emocjami, koncepcjami, filozofią, uruchamianiem ludzi, ich zadziwianiem. Czy w związku z tym, że przyciąga uwagę, powinien to wykorzystać do szczytnych celów. Bo jeśli okaże się, że na Facebooku mam więcej hejterów niż wielbicieli, to ci hejterzy po moim wyznaniu na temat wegetarianizmu zaczną przywiązywać kotom płonące sznurki do ogonów.

A "Woda dla Sudanu" Polskiej Akcji Humanitarnej? Pamiętam, jak pięknie mówiłaś w wywiadzie o wodzie i zaraz potem w wiadomościach podali, ile wody zużywa Holender Tułacz w spektaklu w Teatrze Wielkim. Miliony litrów, które przydałyby się w Sudanie. Co na to twoja wrażliwość?

- A w czym moja wrażliwość tutaj pomaga?

Pomaga, bo gdybym nie usłyszał wywiadu z tobą, to nie zastanawiałbym się nad wodą. Jeśli to zmultiplikujemy...

- Sam fakt, że się zastanowiłeś, coś zmienił?

Owszem, bo podobnie jak milion innych osób wcześniej o tym nie myślałem. A jeśli zastanowi się nad tym milion osób, to tej wody będzie więcej. Zmieniłaś także coś we mnie. Nie puszczam wody ot tak, niech sobie leci, tylko zakręcam. Jestem w pewien sposób twoją ofiarą.

- To dobrze. Robiłam to, mając najlepsze intencje, i chociaż wszyscy wiemy, z czego jest podłoga w piekle... to na czymś trzeba stać. Ostatecznie może tylko intencje nam pozostają...

A ludzie?

- Ludzie też, chociaż mam poczucie, że w sprawach ostatecznych, najgłębszych, w tzw. imponderabiliach, w walce z własnymi wątpliwościami jest się zawsze samemu.

Jak odebrałaś wyznanie Justyny Kowalczyk na temat depresji?

- Z mojej perspektywy jedyne dobro, jakie wypłynęło z tego wyznania, to reakcja ludzi, którzy odnieśli się do tego bardzo ciepło, pozytywnie, z wielkim zrozumieniem. Natomiast to, co się wydarzyło potem w mediach, przekonało mnie, że nie można się dzielić swoimi kłopotami publicznie. Bo cała ta historia stała się ofiarą psychologiczno-socjologiczno-medycznej maszynki, przez którą została przemielona i wypadła z tego papka, która nie miała nic wspólnego z człowiekiem, jego osobistym dramatem i cierpieniem. To było straszne.

Ale przeze mnie, przez ciebie i tysiące ludzi problem Justyny został potraktowany ze zrozumieniem. Takie zwierzenie publicznej osoby jest w naszym kraju przede wszystkim edukacją.

- Bardzo pozytywistyczne myślenie.

No, przepraszam, ale przecież rozmawiam z pozytywistką.

- Byłą (śmiech)... Teraz będę donkiszotem.

Społeczeństwo nie pozwoli na to, żebyś się tak wyluzowała.

- Chciałabym się mniej przejmować społeczeństwem.

Nie dasz rady. Skąd wziął się twój świat wartości?

- Których? (śmiech)

Tych, zgodnie z którymi postępujesz. Zaczynając od tego, jaki masz stosunek do pracy, do zawodu, do ludzi...

- A jaki jest mój stosunek do pracy, do zawodu, do ludzi?

Poważny.

- Może trochę za poważny.

Przeszkadza ci to?

- Trochę się zmęczyłam swoją powagą.

A w jakich sprawach chciałabyś poszaleć?

- Ja nie muszę szaleć, wystarczy wyluzować. Fundamentalizm nawet w najlepszej wierze...? Nie wierzę. Zastanawiam się, czy to, co robię, ma sens. Na przykład, czy sztuka ma sens. I jaki, jeśli ludzie nie mają co jeść? Może trzeba wyjechać i budować studnie w Sudanie, a nie tutaj teatr robić. Przecież bez teatru ludzie przeżyją, a bez wody nie. Są to pewnie pytania z półki "evergreen" - wiecznie aktualnych.

Być może te pytania padają teraz częściej, ponieważ gwałtownie spada zainteresowanie kulturą i sztuką?

- Możliwe, że artyści sto lat temu mieli podobne poczucie.

Ja raczej jestem przerażony tym, że w czterdziestomilionowym kraju tylko osiemset tysięcy osób korzysta z dóbr kultury.

- To może jednak jesteśmy niepotrzebni?

Wiesz, patrzyłem, jak reaguje na ciebie publiczność, i stwierdzam, że jesteś bardzo potrzebna. Co masz dla niej w zanadrzu?

- O czterech planowanych filmach zagranicznych nie chcę na razie mówić, bo - jak to zawsze jest z projektami - nie wiadomo, czy zostaną ukończone. Ale jesienią prawdopodobnie będzie można zobaczyć filmy z moim większym lub mniejszym udziałem: "Obce ciało" Krzysztofa Zanussiego, "Performer" Łukasza Rondudy i Macieja Sobieszczańskiego, "Jeziorak" Michała Otłowskiego, "Fotograf" Waldemara Krzystka. W tej chwili zaczęłam zdjęcia do "11 minut" Jerzego Skolimowskiego. Mam też nadzieję na "Idiotę" w Studiu Teatralnym Koło i na współpracę z tobą, to znaczy z Krzysztofem Materną, przy "Czarnej Mańce". Uff. Więcej grzechów nie pamiętam.

Widzisz, już jest lepiej.

- No, zupełnie jak na kozetce.

Ja bym cię namawiał, żebyś się nie zmieniała w sprawie wiary w sens swojej pracy, bo robisz mnóstwo pożytecznych rzeczy.

- Czasami mam wątpliwości.

Rozmowa o wątpliwościach nam wyszła. I o męce.

- Oby to była chociaż męka twórcza.

PANI 8/2014

Dowiedz się więcej na temat: Agata Buzek

Reklama

Reklama