Reklama

Reklama

Panna z dworu w warunkach ekstremalnych

Tak po prostu, bez problemu pani wyjechała?

Reklama

- Po Październiku 1956 roku i w epoce Gierka z Polski się wyjeżdżało, choć paszport był narzędziem sprawowania władzy i nikt nie mógł być pewien, czy następnym razem zostanie z ojczyzny wypuszczony. W stanie wojennym granice się zamknęły, potem otwierano je powoli. Mnie odmawiano wyjazdu na wykłady do Austrii, odwoływałam się bez powodzenia, aż dowiedziałam się, że w biurze przepustek MSW wisi skrzyneczka "Korespondencja do ministra" i że generał Kiszczak te listy czytuje, czasem z dobrym skutkiem dla nadawcy. Napisałam dość przewrotnie, że nie dostaję paszportu, ponieważ - jak mogę się domyślić - byłam dziennikarką "Tygodnika Solidarność" do chwili jego zamknięcia w grudniu 1981 roku, a przecież pan minister oświadczył w swym niedawnym przemówieniu, że nikt nie będzie karany za związek z Solidarnością. Ten list jest do dziś w moich dokumentach paszportowych z adnotacją Kiszczaka, aby sprawę załatwić. Wówczas, w 1984 roku, nie wyjechałam, bo zaczęłam organizować "Przegląd Katolicki". Ale dwa lata później wszyscy dostaliśmy paszporty na wyjazd do Cambridge.

Ameryka pani nie uwiodła?

- Właściwie nie mogło nam się powieść lepiej - prestiżowe dziennikarskie stypendium, doskonale przyjęta książka "Ostatni. Współcześni Żydzi polscy", praca dla "National Geographic" nad reportażem "Odkrywanie Ameryki", ale emigracja nie wchodziła w ogóle w rachubę. Nikt tego nie rozumiał. Bill Garrett, redaktor naczelny "National Geographic", jeszcze w przededniu naszego wylotu do Polski pytał, dlaczego wracamy, i chyba nie przekonała go odpowiedź: "Bo to nasz dom". A dla mnie decyzja była oczywista. I nigdy jej nie żałowałam.

Naprawdę nigdy?

- Nie. Podróżując po Ameryce, starałam się ją "odkryć" i sądząc po reakcjach czytelników oraz samej redakcji, wyszło nie najgorzej, ale mnie to nie ruszało. Wykonywałam swój zawód najlepiej, jak potrafiłam, i tyle. W Polsce natomiast wszystko miało inną temperaturę - gorącą lub zimną, nigdy letnią. I choć reżim był okropny, kraj ubogi, czas beznadziejny, to emocje ogromne. Najpierw fantastyczne poczucie wspólnoty w okresie Solidarności, potem przeciwstawianie się złu, dokumentowanie stanu wojennego na ulicach, co było zakazane wieloletnim więzieniem, przekazywanie tych materiałów, zdjęć i moich tekstów na mikrofilmach, w stylu Bonda, francuskiemu dyplomacie, który przemycał je na Zachód, wreszcie praca nad książką o polskich Żydach, a po powrocie duży projekt, nieukończony, bo nastąpił przełom…

Rok 1989. Zostaje Pani rzeczniczką rządu Tadeusza Mazowieckiego, twarzą Solidarności. Co wydarzyło się później, kiedy nagle oskarżono panią o współpracę z SB?

- To ja sama, natychmiast jak się dowiedziałam, ujawniłam istnienie esbeckiej teczki, a następnie poświęciłam pięć lat życia walce o prawdę i zlustrowałam się chyba najlepiej jak tylko można. Na mój wniosek odbył się proces z kilkunastoma rozprawami, wydałam książkę "Prawdy jak chleba", w której wszystko dokładnie opisałam, na mojej stronie internetowej znajdują się dokumenty, przedstawiony został mechanizm wszystkich fałszerstw. Ten ogromny ból, stres oraz wysiłek przypłaciłam ciężką chorobą. I wystarczy. Takie jest zdanie lekarzy i moje najgłębsze przeświadczenie. Ten rozdział jest już zamknięty.

Czego dowiedziała się pani o ludziach?

- Na szczęście więcej dobrego niż złego. Rodzina i przyjaciele stanęli za mną murem, wielu dalszych znajomych, a nawet wcześniej nieznajomych wspierało mnie, do tej pory ludzie na ulicy deklarują mi sympatię i solidarność. Zdarzali się, naturalnie, i tacy, choć nie z mojego kręgu, którzy wierzyli w świętość esbeckich papierów, ale z czasem ta wiara staje się coraz bardziej wątła. Pomógł mi również Henryk Woźniakowski, prezes wydawnictwa Znak. Zeszłej wiosny dowiedziawszy się, że nadal czuję się słabo, namówił mnie do dokończenia rodzinnej sagi, której pisanie przerwała autolustracja. I udało się. "Składana wanna" ukazała się pod koniec czerwca.

Czy była terapią?

- Na pewno mobilizacją, a ostatecznie wyzwoleniem z choroby. Tak że mam spory dług wobec przodków.

A swoim wnukom opowiada pani rodzinne historie?

- Od maleńkości. I kiedy, zgodnie z naszym rytuałem, przed zaśnięciem chłopcy mają wybrać temat na dobranoc, nie mogą się zdecydować, czy mam opowiadać o przygodach Winnetou na Dzikim Zachodzie, czy o prapradziadku, który hodował konie wyścigowe i sam, nieustraszony jeździec, cwałował niczym prawdziwy dżygit na przełaj przez rowy, krzaki, zarośla, bo ubitego traktu nie uznawał. I proszę zgadnąć, co Szymi i Kocio wybierają częściej?

Katarzyna Olkowicz

Pani 9/2010

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Małgorzata Niezabitowska | wywiady | IPN | ziemiaństwo

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje