Reklama

Reklama

Nie chodzę na skróty

Ale to są mistrzowie kina niszowego. A wiem, że ty masz pozytywnego świra na punkcie amerykańskiej komercji.

Reklama

- Koledzy żartują, że jestem z plastiku, bo "co to są za filmy, takie proste, banalne". Mądrzą się: "Avatar" beznadziejny, "Hobbit" gorszy niż "Władca pierścieni",  trzecia część "Matrixa" - słabizna w porównaniu z pierwszą... Nie mogę wytrzymać. A weźże, jeden z drugim, pyknij chociaż jedną taką scenę jak w "Matrixie"! Tak, jestem maniakiem kina. Każdego dobrego. Oglądam "Życie Pi" Anga Lee, "Spalonych słońcem" Nikity Michałkowa i mam ciary. Marzę, żeby raz zagrać w polskim filmie tego formatu. Ale zdaję sobie sprawę, jaka ze mnie mrówka i w jakim mrowisku żyję.

To pora zapytać: Co cię nie zabije, to cię wzmocni - prawda czy fałsz?

- Fałsz. Nie umiem robić dobrej miny do złej gry. Nie lubię przegrywać. Gdy coś się nie udaje, bardzo cierpię.

Jaka porażka dotknęła cię najbardziej?

- Zabolało, że na festiwalu w Gdyni bez echa przeszedł film Bokser. Włożyłem w niego masę pracy. Trenowałem, podglądałem zawodowców. W niecałe trzy miesiące schudłem 13 kilogramów. W telewizji film miał trzy i pół miliona widzów, więcej niż "Fakty". Chyba więc się podobał, ale w środowisku nikt go nie docenił. Liczyłem, że jakiś reżyser zrozumie, że warto dać mi szansę zagrania czegoś innego. Bo transformacje są siłą aktorów. Daniel Day-Lewis nie dostał trzech Oscarów za nazwisko, tylko za to, że trzy razy pokazał różne oblicza. A w swojej karierze wykreował ich 33. A ja co, mam do końca życia grać w ten sam sposób, bo nikt ode mnie więcej nie oczekuje?

Po krytycznej recenzji trudno zasnąć?

- Nie. Nawet koledzy pytają, jak to robię, że krytyka po mnie spływa. Mam takie podejście - krytyka jest po to, żeby zwrócić aktorowi uwagę na błędy, czyli w efekcie mu pomóc, nie pogrążyć. Ale u nas tak nie jest. Dowalają ci i tyle, ale nie biorę tego poważnie. Co innego krytyka od mistrza - wielkiego aktora. Taką bym się przejął.

Ale teraz najważniejszym krytykiem jest anonimowy widz w internecie.

- Czytam, czytam. I bywa różnie. Ostatnio ośmieliłem się powiedzieć w telewizji, że słabo grało mi się w mieście X. Bo jest to miasto konserwatywne. "Boeing, Boeing", komedię o mężczyźnie, który flirtuje z trzema kobietami, zagraliśmy przy absolutnej ciszy. No co ja jestem winien - grało się źle. Po tym wystąpieniu ostro skrytykowano mnie w internecie, bez przebierania w słowach. I co mam zrobić, przecież nie istnieje prawo, które dałoby ludziom obrażanym możliwość reakcji. Trzeba mieć do tego dystans.

Łatwo powiedzieć.

- Łatwo, bo to w sumie są pierdoły. W życiu coś jest ważne, a coś nie. Masz troje dzieci, prawda? Wiesz, o co chodzi. Jeden wywiad zrobisz lepszy, drugi gorszy; jeden autoryzujesz bez problemu, z drugim są cyrki. Ale życie, to istotne, toczy się dalej. Bo dzieci wstają rano, trzeba je nakarmić, wysłać do szkoły. Nie wyobrażam sobie powiedzieć synowi: nie podchodź, bo tata jest w depresji, rola mu się nie udała. Zaciskam zęby i jadę dalej. Ten mały człowiek ma ważniejszy problem, bo zdaje mu się, że dwa plus dwa równa się pięć, a ja mu muszę wytłumaczyć, że cztery.

Jesteś doświadczonym ojcem. No to pytanie: małe dzieci - mały kłopot, duże - duży kłopot. Prawda czy fałsz?

- Prawda! Z Ignacym, najstarszym, coraz częściej mamy różne zdania. Oczywiście wiem, że mnie kocha, ale zaczął się stawiać. Przez 10 lat było w porządku - był we mnie wpatrzony, karny, wykonywał polecenia. A teraz ja coś mówię, a on z miejsca ma trzy odpowiedzi. Boję się jego okresu dojrzewania.

A jakie są twoje córki?

- Antonina, siedmioletnia, to gwiazda. Byliśmy zimą w Międzyzdrojach. W hotelu poszliśmy na bal, zabraliśmy dzieci. I kto został do końca? Antonina. Z dorosłymi uczyła się samby - wiesz, jaki ma talent? A jaki charakterek! Mój znak zodiaku, Byk. Na Antoninę muszę szczególnie uważać, bo za wysoko podniosłem jej poprzeczkę. Byłem skupiony na Ignacym, a ona jest młodsza o trzy lata i gdy ćwiczyła czytanie, mówiłem: Bierz przykład z brata, zobacz, jak czyta. Na szczęście zwrócono mi uwagę... Z małą Michaliną już tego błędu nie popełnię.

Kto ci zwrócił uwagę?

- Jak to kto? Dzieci! Często mówią, co robię nie tak i że jestem niesprawiedliwy.

Przyjmujesz? Bo artyści bywają nieuważnymi rodzicami, chwiejnymi.

- Ja staram się być... przewidywalny. Dotrzymywać słowa, nie zawodzić. Jasno wyrażam swoje zdanie, nie kombinuję, nie kłamię i liczę na to, że dzieci też będą mi mówiły prawdę.

Zdarzają ci się wpadki?

- Jasne. Na przykład obiecałem, że pojedziemy wieczorem na pizzę, a nie jedziemy. Rozczarowanie, łzy czterolatki - coś strasznego. Próbuję tłumaczyć, dlaczego zmieniłem zdanie, że to czasem nie zależy ode mnie, bo ktoś zadzwonił i muszę być w pracy. Zawsze przepraszam, kiedy zawiodę.

Łatwiej dogadujesz się z synem czy córkami?

- Nie ma różnicy. A co?

Szykuję kolejne pytanie: Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus - prawda czy fałsz?

- A tu powiem: fałsz. Myślę, że rozumiem kobiety. Nie do końca umiem z nimi żyć i im jestem starszy, tym mi trudniej, ale je rozumiem. Coś ci powiem. Marzy mi się taki program w telewizji, dla kobiet o facetach i odwrotnie. Edukacyjny. Żeby one mogły pojąć, jacy my jesteśmy, że pewne rzeczy trzeba nam tłumaczyć, bo to jednak inny kosmos. Ale żeby i faceci dowiedzieli się, czym są na przykład wahania nastrojów w ciąży, skoki hormonalne. Zrobiłbym doświadczenie: wstrzyknąłbym ochotnikowi na przemian adrenalinę, a potem porcję endorfin, żeby poczuł, co się dzieje z organizmem kobiety w dziewiątym miesiącu ciąży! Może taki koleś się zastanowi, zanim trzaśnie drzwiami i pójdzie z kumplami na piwo.

Rozumiem, że ty nie trzaskasz i na piwo nie chodzisz?

- Rzadko, bo... przyjaźnię się tylko z kobietami. Wy jesteście w przyjaźni oddane, wierne, szczere i lojalne (wobec mężczyzn, bo nie wiem, jak to jest między wami). Umiecie słuchać. Dlatego zaproszenia do programów telewizyjnych przyjmuję tylko od kobiet. Lubię rozmawiać z Marzeną Rogalską, z Katarzyną Montgomery. Nigdy nie byłem w żadnym talk-show prowadzonym przez facetów. Choć wydzwaniali. Stanowię "smaczny kąsek" - jestem gadułą, mam poczucie humoru. Ale mam też intuicję: od razu czuję, kiedy ktoś słucha, bo go to interesuje, a kiedy udaje, bo chce zrobić program. I tu faceci wychodzą na egocentryków.

Nie wszyscy. Zapisałam sobie tekst, który wygłaszasz w "Magdzie M": "Miłość to nie kwiaty i fajerwerki, ale codzienna troska i obecność". Prawda czy...?

- Dbam o swoją żonę, jeśli o to pytasz. Kiedy mogę, jestem w domu. Chyba mam nawet naturę pantoflarza, oddałem władzę żonie. Ale też z honorem spełniam męskie powinności: myję auto, dźwigam zakupy, przestawiam ciężkie rzeczy. Rozumiem też, że matka trójki dzieci musi czasem pobyć sama. Od paru lat Ola raz w roku wyjeżdża do Francji na dwa tygodnie. Bez słowa skargi zostaję z dziećmi.

W internecie znalazłam może trzy wasze wspólne fotografie.

- Boję się "rodzinnych" zdjęć w pismach, na okładkach. Raz się na to zdecydowałem - 12 lat temu, przed ślubem. Łąka pełna mleczów, my zakochani. Ale zrozumiałem, że to kuszenie losu. Mam na szczęście mądrą żonę, bez "parcia na szkło". Od lat jest tak, że kiedy dostaję fajne zaproszenie, to ona idzie z przyjaciółką, a ja kładę dzieci spać.

To może ty jesteś z Wenus?

- Może. I wcale się tego nie wstydzę. Jestem sentymentalny, romantyczny...

Łatwo jest cię wzruszyć?

- O kurczę, jak łatwo! I wtedy ryczę. Coś takiego się ostatnio ze mną stało. Oglądam "Uwierz w ducha" - Demi Moore siedzi na stołku, lepi dzbanek, a ja mam mokre oczy! Albo Justyna Kowalczyk zdobywa złoto i grają polski hymn - to samo. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Może powinienem zagrać w ckliwej telenoweli? Żartowałem!

Rozmawiała Agnieszka Litorowicz-Siegrt 

Twój Styl 5/2013

Dowiedz się więcej na temat: Szymon Bobrowski | Lekarze | Magda M | Instynkt

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje