Reklama

Reklama

Na nowo poczułam się piękna i młoda!

Już dobrze wie, co jest w życiu najważniejsze. Dzieci przewróciły jej świat do góry nogami. Ale właśnie teraz jest najszczęśliwsza.

Na początku lat 90. rozpoczęła pracę w telewizji Polsat i jest tam do dziś. Dla wielu jest jednak wielką zagadką. Bo Dorota Gawryluk (41) z jednej strony wydaje się krucha i delikatna, a z drugiej - zimna i niedostępna. Od ponad 20 lat jest szczęśliwą żoną. Doskonale sprawdza się również w roli matki. Jak sama mówi, macierzyństwo ją zmieniło. Dało jej niebywałą siłę. Jaka jest naprawdę? Poznajmy ją zatem bliżej...

Reklama

Przed chwilą widziałam panią w telewizji. A teraz rozmawiamy i wygląda pani dokładnie tak samo...

Dorota Gawryluk: - A czego się pani spodziewała?

Myślałam, że będzie widać różnicę. Nie da się ukryć, że stylista i profesjonalny make-up robią swoje...

- To bardzo miłe co pani mówi. Komplementy od kobiety są przecież więcej warte.

Pani Doroto, prowadzenie programów informacyjnych nie jest największym marzeniem kobiet. Pani była wyjątkiem?

- To nie jest tak, że od samego początku marzyłam o prowadzeniu programów informacyjnych. Wcześniej zajmowałam się pisaniem reportaży. I chyba to było moim najistotniejszym doświadczeniem zawodowym. Konstruowałam materiał od samego początku, aż do końca. Sprawdzałam się zatem na wielu różnych płaszczyznach. Ale później moje życie potoczyło się tak, że trafiłam do newsów.

Jednak bez tych trochę wcześniej zdobytych umiejętności nie byłoby to chyba możliwe?

- Wydaje mi się, że każdy prezenter powinien przejść podobną drogę. To było niezwykle cenne doświadczenie. Dzięki niemu wiem przecież, jak ta praca wygląda od kuchni.

Jednocześnie nie da się jednak ukryć, że sektor prowadzących programy informacyjne został opanowany przez kobiety. Jak pani myśli, dlaczego?

- Rzeczywiście tak jest. Ale nie umiem podać przyczyny tego zjawiska. Może mężczyznom wydaje się, że jest to trochę mało męski zawód. Wie pani, chodzi o to pokazywanie się w telewizji - pudrowanie, malowanie. Myślę, że kobietom po prostu łatwiej odnaleźć się w tych realiach. Ale jest przecież kilku mężczyzn, którzy świetnie sobie radzą w tej dziedzinie.

Odłóżmy pracę na bok. Chciałabym zapytać czy dzieci wzmacniają kobiety?

- To zależy od wielu czynników. Nie chciałabym podawać żadnych ogólnych prawd. Każdy bowiem podchodzi do tych spraw indywidualnie. Dla niektórych macierzyństwo może okazać się na przykład szalenie trudnym przeżyciem, niedającym żadnej radości.

A jak to jest z panią?

- Mogę śmiało powiedzieć, że macierzyństwo jest najcudowniejszym momentem mojego życia. Dało mi niebywałą wręcz siłę. Wzmocniło mnie. Jednocześnie mogę powiedzieć - i to bez żadnej kokieterii - że podołanie temu jest dla mnie największym wyzwaniem.

Nikon pojawił się na świecie, gdy miała pani zaledwie 22 lata. To był dobry czas?

- Muszę przyznać, że było mi wtedy naprawdę ciężko. Musiałam skończyć studia, obronić pracę magisterską, odnaleźć się w zawodzie, kupić mieszkanie i mieć na spłatę kredytu. Do tej pory nie bardzo wiem, jak udało mi się to wszystko pogodzić...

To proszę powiedzieć - czy dlatego na drugie dziecko zdecydowała się pani dopiero po dwudziestu latach przerwy?

- Życie niejednokrotnie potrafi zaskakiwać. Kiedy odchowałam Nikona i zrozumiałam, że teraz chcę się skupić na swoich potrzebach, nagle stało się zupełnie inaczej. Na świecie pojawiła się Marysia. Dzięki niej nauczyłam się jednak lepiej dysponować swoim czasem - taki był wymóg chwili. Zarazem stałam się mniejszą egoistką. A to chyba każdemu wyszłoby na dobre. Nie myślałam, że powtórne macierzyństwo tak na mnie zadziała.

Marysia przewróciła pani świat do góry nogami?

- Zmieniła mnie. Na nowo poczułam się młoda, piękna i potrzebna.

"Odświeżyła" pani również swój związek?

- Wiem, że może trudno w to uwierzyć, ale nie potrzebowaliśmy żadnego odświeżenia. Jesteśmy razem od ponad 20 lat i jeszcze się sobą nie znudziliśmy. Cały czas mam wrażenie, jakbym poznała swojego męża wczoraj. Wydaje się to niemożliwe, ale jednak takie rzeczy się zdarzają.

Zatem związek idealny?

- To nie do końca tak. Powiedziałabym raczej, że mamy dużo szczęścia. Podchodzimy poważnie do pewnych zobowiązań. A poza tym dobrze się dobraliśmy, mamy wspólny system wartości. Po prostu podążamy w jednym kierunku.

A jak syn Nikon zareagował na wiadomość o siostrzyczce?

- Dla niego również było to ogromnym zaskoczeniem. Jak by nie było, rodzeństwo to zawsze jakaś konkurencja. To przecież naturalne, że w pewnym momencie musiała się pojawić zazdrość. Ale widzę, że Nikon kocha Marysię. I patrzy na nią z coraz większą czułością. A już za chwilę będzie mógł z nią nawet porozmawiać.

Marysia zaczęła już mówić?

- Tak. I pierwsze słowo jakie wypowiedziała, to - oczywiście - było: mama!

Czy to właśnie dla córki zrezygnowała pani z uprawiania sportów ekstremalnych?

- Poniekąd tak. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, co by było, gdyby... I to w zupełności wystarczyło, aby skutecznie zrezygnować z tego typu sportów. Kiedy moi znajomi pytają mnie o następne skoki ze spadochronem, mówię im kategoryczne - NIE!

Ale zdążyła pani zarazić tą pasją syna?

- Tak, on też skacze. Próbował w ten sposób przełamać swoje lęki. Jednak do niczego go nie namawiałam. Po prostu chciałam, żeby miał styczność ze sportem. Dobrze wiem, że to gwarantuje dziecku prawidłowy rozwój.

Mąż także uzależniony jest od adrenaliny?

- Wprost przeciwnie. On bardzo twardo stąpa po ziemi. W jego przypadku nie ma mowy o tego typu szaleństwach.

Na koniec naszej rozmowy zapytam - o czym marzy Dorota Gawryluk?

- Przede wszystkim chciałabym poczuć się spełniona w roli matki. Marzę więc o tym, żeby moje dzieci były dobrze wychowane i aby w przyszłości ktoś był z nimi naprawdę szczęśliwy.

Alicja Dopierała

Dowiedz się więcej na temat: Dorota Gawryluk | Polsat | macierzyństwo | Ewa Gawryluk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje