Przejdź na stronę główną Interia.pl
Miękka jak skała

Wywiad z Kayah

Piekielnie ambitna i diabelnie muzykalna. W Polsce odniosła sukces, ale od lat marzy o tym, by stanąć na deskach słynnej Carnegie Hall. Kayah wciąż ma poczucie niedosytu i niespełnienia. Może dlatego czasem myśli o tym, aby spróbować innego życia. Wyjechać gdzieś daleko i prowadzić hotel. Na przykład na Zanzibarze.

Nie lubi kina. Uważa je za wynalazek dla ludzi samotnych. I szkoda jej czasu na podglądanie, jak aktorzy udają, że żyją. Bo, jak twierdzi, sama ma życie jak w kinie. Ale choć Kayah jest jedną z najlepiej zarabiających polskich wokalistek i współwłaścicielką dużej wytwórni płytowej, to nie jest typem niedostępnej gwiazdy, która bryluje na salonach i izoluje się przed "zwykłymi" ludźmi. Na scenie jest Kayah - władczą, drapieżną i wystylizowaną. W domu - Kasią, która przede wszystkim ceni sobie wygodę.

Reklama

Na wywiad w Cafe Peron w Międzylesiu (notabene spotkanie w tym miejscu, dokładnie naprzeciwko stacji WKD, ma w sobie coś metaforycznego) przyjeżdża na rowerze. Zawsze tak się porusza po okolicy - mieszka nieopodal, w Radości. Włosy ma związane w dwa warkoczyki, ani śladu makijażu, tylko trochę srebrnej biżuterii. Na szyi łańcuszek ozdobiony hebrajskim napisem. - Co to ja dzisiaj założyłam? - patrzy Kayah i czyta: - Hei Hei Ajin, jedno z 72 imion Boga. Odpowiada za bezwarunkową miłość. Te same litery ma zresztą wytatuowane na środkowym palcu lewej ręki. To jedyny tatuaż.

W stronę Orientu

Kayah przez kilka lat studiowała kabałę. Uważa, że dzięki niej wiele zrozumiała: - Poznałam siebie, zależności, porządek panujący wokół, zaczęłam mieć więcej cierpliwości dla innych. Bardzo pomogło mi to w relacjach z ludźmi. Podobnie twierdzi najbliższy przyjaciel Kayah, jej wieloletni menedżer i współtwórca wytwórni Kayax Tomik Grewiński: - Widzę w Kasi zmiany, robi się coraz bardziej ufna wobec ludzi. Kiedyś była typem oceniającym, teraz ma więcej dystansu. Ale w stosunku do siebie jest zawsze niezwykle krytyczna, i to się chyba nie zmieni.

Lekcje kabały przyniosły Kayah coś jeszcze. - Przybliżyły mnie do hebrajskich liter, które według kabalistów emanują energią - opowiada. - Poznając litery, poznawałam język, poznając język, poznawałam ludzi i zapragnęłam też poznać kraj.

Lubi bywać w Izraelu. Bo jest historyczny, ciepły, pełen serdecznych mieszkańców, pysznego jedzenia i muzyki, która ją inspiruje. Czego chcieć więcej? A poza tym związany jest z jej ostatnim projektem - albumem "Transoriental Orchestra", który ukazał się równo rok temu. Kayah zanurza się w muzykę żydowską z różnych regionów Europy i Bliskiego Wschodu. Śpiewa w wielu językach: ladino, jidysz, arabskim, hebrajskim, macedońskim, romskim i polskim. Stąd poczucie, że tylko w Izraelu, gdzie mieszkają potomkowie Żydów z całego świata, ta płyta może być zrozumiana w stu procentach.

- Byłam bardzo ciekawa, jak zostanie odebrana - wspomina. - Bilety na koncert na dużym festiwalowym obiekcie zostały wyprzedane, czułam ogromne oczekiwania i przerażenie. Na początku było trudno, bo ludzie spodziewali się czegoś innego: przyjeżdża artystka z Polski, czyli zaśpiewa coś w stylu retro. A my fundujemy im piosenki w ladino, z nowoczesnym brzmieniem. Ale udało się. Były łzy, bisy, standing ovation. Pomyślałam sobie wtedy, że po tej publiczności nie boję się niczego - śmieje się Kayah.

Błagałam, żeby przyszedł

Zarzeka się, że nie chce, aby zabrzmiało to egzaltowanie, ale ma wrażenie, że była wypełniona muzyką od początku. Jej dom rodzinny rozbrzmiewał dźwiękami jazzu, soulu, brazylijskiej bossa novy. Słuchał tego ojciec. Sam zresztą grał utwory jazzowe na pianinie. Mała Kasia wymyśliła sobie, że w przyszłości chce śpiewać, być na scenie. Miała wtedy cztery la-a. Dwa lata później rodzice zapisali ją na lekcje fortepianu. Ale samych lekcji i ćwiczeń nudnych etiud nienawidziła. Swoją edukację muzyczną zakończyła z dyplomem szkoły muzycznej I stopnia.

Uwielbiała za to grać ze słuchu i improwizować: - Cały czas grałam i śpiewałam. Swoje własne utwory. Nic nie było dla mnie ważniejsze. Przyznaje, że miała trzy miłości pozamuzyczne: trzepak, słonecznik i bąbelki z folii. - To były moje trzy hipnotyczne zajęcia: kręcenie ósemek, wyciąganie pestek ze słonecznika i strzelanie z folii.

Żyła w swoim świecie. Kiedy padał deszcz, nigdy nie było jej w domu. Babcia wiedziała, że siedzi pod wielkim liściem łopianu i godzinami patrzy na krople. Kochała deszcz. Miała melancholijną naturę, ale jak trzeba było połobuzować, była do tego pierwsza. W Białymstoku, dokąd mama wywoziła ją do swoich rodziców na letnie miesiące, przyjaźniła się z grupką dzieci z sąsiedztwa. - Byliśmy trochę jak dzieci z Bullerbyn i wolałabym, żeby mój syn nie wiedział, jakie miewaliśmy pomysły.

Świetnie zapamiętała swój pierwszy dzień w szkole: - Byłam z siebie dumna, że jestem już taka duża, że poszłam do szkoły. Pamiętam, jak tego dnia patrzyłam na swoje dłonie i nie mogłam uwierzyć, że są moje, takie duże dłonie tej Kasi, która poszła do pierwszej klasy!

Zamieszkała wówczas u drugich dziadków na warszawskiej Starówce. Ojciec wyjechał wtedy po raz pierwszy z Polski, jako zdolny elektronik-wynalazca robił karierę w Austrii, a mama studiowała wieczorowo. Gdy Kasia miała osiem lat, ojciec wrócił. W Austrii czekało już przyszykowane dla rodziny mieszkanie, ale w kraju zabrano mu paszport i zrobiono kilkuletnią kwarantannę. Bardzo to przeżył. Kiedy córka skończyła 11 lat, dostał paszport i postanowił wyemigrować. Sam.

Kayah doskonale pamięta moment, gdy mama powiedziała jej, że ojciec od nich odchodzi. - Zamknęła za nim drzwi i się po nich osunęła - wspomina artystka. - Ja robiłam właśnie porządek w książkach. Ponieważ nie chciałam pokazać mamie, że mnie to w jakikolwiek sposób dotknęło, powiedziałam: "Tak? To dobrze. Pójdę do Iki na chwilę". Miałam przyjaciółkę, która mieszkała dwa piętra nade mną. "Dobrze, idź do niej". Zamknęłam drzwi i te dwa piętra pokonałam chyba w pół godziny, zalewając się łzami.

Dopiero niedawno ojciec powiedział jej, że tak naprawdę nigdy nie dorósł do swojej roli. - To dla mnie trudne, bo jak by nie patrzeć, to był mój pierwszy wzór mężczyzny - mówi Kayah. - I jeżeli okazuje się, że córka nie może zaufać własnemu ojcu, to czy może zaufać jakiemukolwiek innemu mężczyźnie? Myślę, że nigdy nie uwolnię się od tego rodzaju porównań i kompleksów związanych z tym, że zostałam w pewnym sensie odrzucona.

Nigdy nie była córeczką tatusia, ale chęć udowodnienia ojcu swojej wartości czy wyjątkowości stała się dla Kayah swoistą siłą napędową. Jako kobietę docenił ją dopiero po tym, jak pokazała się na okładce w "Playboyu". Ale ten surowy, krytyczny i trudny ojciec negował wszystkie jej talenty, również muzyczne. - Do tej pory ani razu nie widział mnie na scenie - podkreśla Kayah. - Nawet jak był w Polsce i nas odwiedzał, a ja tego dnia miałam koncert w Trójce. I chociaż błagałam go, żeby przyszedł, nie zrobił tego. Stara się nie mieć już wobec niego oczekiwań, nie łudzić się, że coś się zmieni - nawet jeżeli będzie lepsza albo gorsza.

Nosi jednak w sobie jakąś niekompletność. A ponieważ jej własne małżeństwo również się rozpadło, obawia się, że jej syn też zawsze będzie miał to poczucie niekompletności. Chociaż Roch ma stały kontakt z ojcem, holenderskim producentem telewizyjnym Rinke Rooyensem. I, jak przyznaje Kayah, jest do niego bardzo podobny. Do jej ojca fizycznie zresztą też. Dla niej samej urodzenie dziecka było najważniejszym momentem w życiu. O tym, że jest w ciąży, dowiedziała się w Szwajcarii. Po koncercie wracała samolotem i po raz pierwszy podczas startu zaczęła płakać - ze strachu, a nie z radości - że się unosi.

Teraz Roch ma 16 lat i przechodzi typowy dla tego wieku okres buntu. - "Matka, nie dotykaj mnie, nie mów do mnie, w ogóle nie oddychaj przy mnie" - śmieje się Kayah. Żałuje, że mimo iż jest bardzo muzykalny, nie chce się kształcić w tym kierunku.

Kiedy zainteresował się pianinem, lekcji chciał mu udzielać sam Stanisław Drzewiecki, ale Roch zaparł się rękami i nogami. Potem zaczął grać na perkusji, świetnie mu szło, uczył się bitów, ale po kilku lekcjach z tego też zrezygnował. Kayah zastanawia się, czy nie popełniła gdzieś błędu.

- Zależało mi na tym, żebyśmy byli kumplami, a on kiedyś powiedział mi, że tego nie chce. "Roch, przecież jestem twoją przyjaciółką!". "Ale ja może nie chcę, żebyś była moją przyjaciółką, tylko żebyś była moją mamą". Pamiętam, że ścięło mnie to z nóg.

14 prezentów na dwa tygodnie

Kają nazywano ją w domu. Ale jej pierwszy menedżer zdecydował, że pseudonim artystyczny będzie miał egzotyczną pisownię. Decyzję podjął sam, a Kayah dowiedziała się o tym z radia. Był 1987 rok. Później usłyszała, że "kaya" to po staroturecku "skała", "kamień". I że w Tajlandii żyje plemię Kayah.

Renata Przemyk, która wspierała ją na początku kariery, tak opisuje przyjaciółkę: - Była jak wulkan energii. Takiej dobrej, ludzkiej i artystycznej. Od razu się czuje, że to dobry człowiek, wrażliwy, szczery w muzyce, śpiewający z głębi serca. Kayah jest taka sama w życiu i na scenie, wszystko robi na sto procent. A talent bije z niej na kilometr.

W tekstach jest skałą, kamieniem, supermenką, ale też... liściem. Przyznaje, że ma wszystkie cechy typowe dla zodiakalnego Skorpiona: podejrzliwość, impulsywność, zmienność nastrojów, nieufność, a czasami zbytnią ufność, brak konsekwencji. I że jest to uciążliwe.

- Pracuję nad sobą, nad swoim temperamentem - przekonuje. - Szybko reaguję, szybko mówię, a potem żałuję. Jestem w gorącej wodzie kąpana. Jeżeli już komuś zaufa, to nie ma wtedy przed nim żadnych tajemnic. - Mam przyjaźnie, które są wręcz siostrzanymi, bratnimi związkami - wyznaje.

Taką relację ma z Tomikiem Grewińskim. - Są napięcia, kłótnie, bo to jest przyjaźń jak związek: burzliwa - opowiada były menedżer. - Dużo się spieramy, nie jesteśmy jednomyślni. Wykonujemy zawody, w których jest wysoki poziom stresu, dużo napięć. Ale od paru lat Kasia umie ustąpić. Pracujemy razem ponad 17 lat, i to przez długi czas w trudnej relacji menedżer - artysta. Właściwie od siebie nie odpoczywamy. Przez pierwsze 12-13 lat mieliśmy kontakt codziennie. Było zaledwie parę dni w roku, gdy się nie widzieliśmy albo nie słyszeliśmy. Jesteśmy bliskimi duszami. Wiem o Kayah więcej, niż wiedział jej mąż czy partnerzy.

Kayah oczekuje od przyjaciół przede wszystkim lojalności. - A poza tym uczciwości, szczerości i wzajemności, cholera jasna! Wiem, że nie powinno się oczekiwać wzajemności, ale czy można mówić o przyjaźni, gdy jest jednostronna?! - mówi piosenkarka.

Natalia Grewińska, przyjaciółka i makijażystka Kayah: - Wspieramy się we wszystkim. Kasia to taki przyjaciel, który nie zawsze ma czas na co dzień, ale w sytuacjach podbramkowych, kiedy potrzebuje się naprawdę pomocy, można na nią zawsze liczyć. Bardzo mnie wzruszyła, gdy urodził się mój starszy syn Tolek (ma teraz 10 lat). Wszyscy, którzy przychodzili, zachwycali się wyłącznie dzieckiem: jakie wspaniałe, cudowne... A Kasia przyszła i powiedziała: "Natka, Boże, jak ty dałaś radę? Jaka jesteś dzielna!". I jako bohaterce dała mi 14 upominków! Powiedziała, że to holenderski zwyczaj (Kayah była w tym czasie z Rinke Rooyensem), bo tam uważa się, że baby blues może trwać u kobiety 14 dni od urodzenia dziecka - stąd 14 prezentów, które rozpakowuje się po kolei każdego dnia. To było słodkie, bardzo mnie wzruszyła. Ale Kasia taka jest: nieoceniona w sytuacjach, kiedy nikt o tobie nie pamięta. Do zabawy też jest wspaniałym przyjacielem, wybitnie dobrym! 

Dowiedz się więcej na temat: Kayah

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje