Reklama

Reklama

Marcin Kydryński: Wszystko o mojej matce

Lubił pan piosenki swojej mamy?

Reklama

-  Zwłaszcza te, które napisał Derfel z Młynarskim na płytę "Dwanaście godzin...". Lubiłem Brylla z płyty "Co się stało". Szczególnym sentymentem darzę też jej wczesne piosenki Kurylewicza, nazwijmy je: liryczne.

Mama w domu śpiewała?

- Zdarzały się u nas próby na zdezelowanym pianinie, które do dziś stoi w mieszkaniu mamy. Nikt go od tamtego czasu nie wyremontował. Odwiedzali nas kompozytorzy, tekściarze. To byli nie tylko bliscy współpracownicy, ale przede wszystkim przyjaciele, dlatego uczestniczyli w tak zwanych przyjątkach. Uwielbiałem je. Wspominam z wdzięcznością wieczory, kiedy nasz sąsiad Daniel Olbrychski grał na tym nieszczęsnym pianinie polonezy. Albo gdy z jakiejś niepojętej przyczyny Stanisław Tym robił serię pompek na jednej ręce, podnosząc przy tym z podłogi zapałki. Ustami. À propos. Byłem z mamą na światowej premierze filmu "Miś" i jestem z tego dumny! Rok 1981? 1982? Kino Luna? Mam to miejsce, tę noc wciąż przed oczami, ale bez didaskaliów.

Kto jeszcze bywał wtedy w domu rodziców?

- Przez okno widziałem się z Grzegorzem Ciechowskim, później w jakimś stopniu odpowiedzialnym za moje życiowe wybory. Uwielbiałem czar Wacka Kisielewskiego, Wojciecha Młynarskiego i Jerzego Derfla, którzy odwiedzali nas najczęściej.

- To chyba Jerzy napisał: "Jestem wesoły Romek, mam na przedmieściu domek...". Dziś każdy zna tę właśnie piosenkę, a nie zawsze te, tak piękne, z których Jurek jest najbardziej dumny. Jak choćby tę, którą uprzejmie napisali o mnie, "Pan Marcin śpi". Zrewanżowałem się, komponując piosenki dla obu moich synów. Jedną z nich nagrał Pat Metheny, więc może nie była taka bardzo zła. Często o tym myślę. Jak nie mamy wpływu na to, co ułatwi nam nieśmiertelność. I jak powinniśmy być wdzięczni za każdą szansę na nią. Te wieczory z rodzicami, Jurkiem, Wojtkiem i Wackiem to było dla mnie święto i marzyłem, by pozwolono mi dołączyć do tego grona.

Pana mama wyrzuca sobie, że często wyjeżdżała na koncerty, nie było jej w domu: "Dziś bym sobie na to nie pozwoliła. Nie zostawiłabym dziecka samego. Bałabym się o nie".

- Nie pamiętam, żeby mi rodziców brakowało. Wyjeżdżali, ale dla mnie to było coś naturalnego. Rodzice podróżują, a potem wracają. Na pewnym etapie ta nieobecność była mi wręcz na rękę, wraz z pojawieniem się w moim życiu wątku erotycznego.

Był pan bardziej związany z mamą czy z ojcem?

- Z mamą. Tata onieśmielał. Chociaż teraz, gdy to opowiadam, od razu przypominam sobie, jak często się z tatą śmialiśmy. Był serdecznym, ciepłym człowiekiem, ale miał w sobie coś takiego... Albo to skrępowanie było od zawsze we mnie, że nie rozmawialiśmy na tematy zasadnicze. Dlatego jeśli zdarzały się takie rozmowy, to wyłącznie z mamą. W pewnym momencie to też się urwało.

Dlaczego?

- Bo ja już tak się zamknąłem w sobie, że nawet Duch Święty nic nie wyciągnie. Nie wydarzyło się nic traumatycznego. Choć może... Tamten wypadek ze stosem martwych ciał wokół mnie. Parę śmiertelnych chorób, z których wyszedłem odmieniony w Afryce, Indiach. Może jakaś nieodwzajemniona miłość, licho wie. Ta zmiana okazała się, zwłaszcza dla moich bliskich, nieprzyjemna. Nie sądzę jednak, żeby ten wywiad był odpowiednim miejscem na takie analizy. Nie leżę na kozetce.

"Przez długie lata Marcin był pogodnym i radosnym chłopcem. To się zmieniło od czasu, kiedy zaczął studia. Coraz bardziej stawał się osobnym bytem. (...) Nieraz zastanawialiśmy się, czy nie popełniamy jakichś błędów. Jak to się stało, że z otwartego dziecka zmienił się w kogoś innego, że zupełnie zmieniła się jego osobowość? Zbudował sobie świat, do którego nie mieliśmy dostępu". W tej wypowiedzi pana mamy jest wiele smutku, bezradność.

- Kiedy miałem 21 lat, wyprowadziłem się i od tej pory nie spędziłem w domu rodziców ani jednej nocy. Nie umiem powiedzieć, o czym to świadczy. Może o niczym? Może nie było takiej potrzeby? Ale od tego czasu nasze relacje zaczęły się zmieniać. Dziś wzruszają mnie filmy takie jak "Erratum" czy "Mój rower", o poszukiwanej, a czasem odnalezionej więzi między rodzicami i dziećmi. Na swoje życie tych wzruszeń przełożyć nie umiem.

Nie próbował pan tego zmienić?

- Próbowałem. Za mało, za krótko. Kiedyś pojechaliśmy z mamą na jej urodziny do Sewilli, potem na tydzień do Lizbony. Nasze wyjazdy nie doprowadziły jednak do tego, że nagle stałem się dobrym synem, który często odwiedza, rozmawia, pyta o wszystko. Mama próbuje to zaakceptować. Mówiłem: "Tomaszek". Drań. Ale nie zimny. Raczej melancholijny.

Pana mama przyznaje, że chciałaby być bliżej pana i pana rodziny, ale nie potrafi powiedzieć o tym wprost. Dlatego nie dzwoni, woli wysłać SMS-a.

- Dzwoni, ale nie w porę. Nie cierpię telefonu. Ze mną najlepiej komunikować się za pomocą maili czy SMS-ów, dlatego mama zazwyczaj pisze. Czasami przed moim niedzielnym radiem wpadam do niej na rozmowę, której towarzyszy zupa z cukinii. To są miłe chwile, tylko niepogłębione, a mamie nie wystarczają rozmowy o pogodzie.

Z książki pana mamy wynika, że pan sam jest sobą rozczarowany.

- Często się słyszy, że dom kształtuje nasze poczucie wartości. Jak toksyczni rodzice mogą zniszczyć życie. Miałem rodziców pełnych miłości, wspierających, którzy powtarzali mi, że jestem supergość i mogę wszystko, jeśli tylko się do tego przyłożę. Dali mi silną bazę, a potem pełną wolność. Z takiego domu powinien wyjść Gandhi. Ewentualnie jakiś trener motywacyjny. Wyszedł ktoś głęboko rozczarowany życiem. Wiem, że te słowa pozostają w sprzeczności z wcześniejszym wątkiem o błogosławionej lekkości mojego bytu, ale może w tym problem. Może ta lekkość, ta jego kompletna nieistotność, zbędność stała się dla mnie nieznośna? Może żałuję, że nie zostałem w życiu chirurgiem? A na taką zmianę już za późno.

Ale mama jest z pana bardzo dumna. Czy zdarza się, że czasem prosi pana o pomoc?

- Wie, że w sytuacjach krytycznych jestem do dyspozycji. Choć nie zawsze tak było. Kiedy chorował tata, byłem egoistą, który ucieka jak najdalej od tego, co nieuchronne. Wybierałem Indochiny czy figle z dziewczętami. A gdy tata odszedł, nie potrafiłem wypełnić pustki w mamy życiu.

Pana mama przyznaje, że nigdy nie walczyła o propozycje, nie kreowała zdarzeń, tylko raczej dostosowywała się do tego, co niosło życie. I zawsze mogła liczyć na pana tatę.

- Nie miała takich ambicji. Śpiewa, bo to kocha. Polegała na opinii taty nie tylko w sprawach artystycznych, ale też drobnych, życiowych, on zdejmował z niej te najbardziej uciążliwe i banalne obowiązki domowe, zajmował się rachunkami. Chciał jej ulżyć. Kiedy go zabrakło, mama musiała się wszystkiego nauczyć. Odnalazła się fantastycznie. Jej najważniejszą decyzją był powrót na scenę i wymyślenie siebie na nowo.

Pan ją do tego namawiał?

- Nie potrzebowała mojej namowy. To była jej walka o przetrwanie. Czuła, że tylko to może ją uratować. Okazało się, że radzi sobie znakomicie, ma pełne sale wzruszonych ludzi, wywołuje łzy szczęścia. To nie był przypadek, że nie została prawnikiem, a piosenkarką. Przez dziesięć lat nie śpiewała, bo zajmowała się chorym tatą, wcześniej swoimi rodzicami. To była udręka. Moment, gdy mogła wrócić do śpiewania, dał jej nowe życie.

Kiedy pan widział ją na scenie?

- Nie pamiętam, dawno.

Myśli pan, że mama jest szczęśliwa?

- Jest samotna. Czasem jej proponuję: "Mamo, dam ci klucze do naszego mieszkania, jedź do Lizbony". Wtedy odmawia, tłumaczy, że przyjaciółki niedomagają, a nie chce być tam sama. Ma towarzyską naturę, ludzie ją uwielbiają, czemu się wcale nie dziwię. Chciałaby mieć rodzinę w stylu włoskim, wielopokoleniową, w której matka jest stale potrzebna i obecna. Tu ją także rozczarowałem, zawiodłem do cna.

Mama nigdy nie ingerowała w pana życie ani w życie pańskiej rodziny. Pisze tylko, jak bardzo ucieszyła się, gdy pojawiła się Ania, potem wnuki...

- Funkcjonują barwne opowieści o upiornych teściowych, ale mama wydaje się istotnie daleka od tego stereotypu. Choć o szczegóły pewnie wypadałoby zapytać Anię.

Dla swojej żony napisał pan wiele piosenek. Dla mamy ani jednej.

- Nie jestem piosenkopisarzem. Miałem w życiu taką fazę. Nie robiłem tego dla nikogo innego oprócz Ani. Fascynowało nas w muzyce dokładnie to samo. Czasami Ania zgadzała się być moim głosem. To wielkie wyróżnienie.

Teraz pan pisze?

- Już nie. Nie ma we mnie muzyki. Nie mam też nic ważnego do powiedzenia. To był taki talencik. Strumyczek. Wysechł. I Ania poszła dalej. Jest odważnym, zachłannym, wiecznie poszukującym, otwartym muzykiem. Występowała na najsłynniejszych scenach świata, z największymi mistrzami naszych czasów, wielu gatunków: jazzu, klasyki, muzyki świata. Jest najbardziej niezależną artystką, jaką znam. Ja jestem amatorem.

- Połowy rzeczy, które Ania tworzy, ja już nie ogarniam. Zatrzymałem się. Może nawet cofnąłem. Częściej wzrusza mnie country niż Lutosławski. Ale siedzę codziennie z gitarą, tylko prowadzi to donikąd. Choć mogę pani tu i teraz skomponować piosenkę. Nic trudnego. Kłopot w tym, żeby była dobra. Niezbędna. W świecie nadmiaru po co mnożyć nuty czy słowa, które nie wydają się konieczne?

Czy z książki pana mamy dowiedział się pan o niej czy waszej rodzinie czegoś nowego?

- Historie, które mama opisuje, w większości są mi znane, przez lata przewijały się w rozmowach. Próżno szukać w tej książce skandali, które by gwałtownie podniosły sprzedaż. I to nie dlatego, że mama świadkiem takich zdarzeń nie była, ale po prostu jest osobą dyskretną, co dziś jest cenną walutą, jak sądzę.

- Być może czytelnicy, którzy dorastali w tamtych latach, będą chcieli poznać bliżej ją i jej przyjaciół. Jej książka da im taką możliwość. Niewykluczone, że przyniesie ukojenie, bo pomaga znaleźć drogowskazy, jak się ocalić, jak wyjść na prostą. To książka o przyjaźni z życiem, które - zgódźmy się z mamą - czasami nie jest aż takie złe.

Rozmawiała: Iza Komendołowicz

PANI 3/2015

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Kydryński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje