Reklama

Reklama

Królowa w roli księżnej

Nicole Kidman o roli Grace Kelly

Nieczęsto zdarzają się wybitne filmowe biografie sławnych kobiet. Tym razem się udało. Scenarzyści dotarli do mało znanych wątków z życia Grace Kelly. A Nicole Kidman zagrała ją brawurowo. W „Twoim STYLU” hollywoodzka aktorka mówi, dlaczego tak bardzo zależało jej na tej roli. I jakie dostrzega podobieństwa między swoim życiem a losami legendarnej księżnej Grace.

Podobno walczyła pani o tę rolę i wcale nie było łatwo. Choćby dlatego, że Grace Kelly w filmie jest od pani młodsza o 15 lat.

Reklama

Nicole Kidman: - Fakt, że powierzono główną rolę aktorce o tyle lat starszej od granej postaci, to w Hollywood rzadkość. Mogę więc potwierdzić, że nie było łatwo. (śmiech) Ale chciałam dostać tę rolę i cieszę się, że przekonałam reżysera do siebie. W filmie gram księżną Grace w dość szczególnym momencie jej życia. Właśnie dociera do niej, że nigdy już nie będzie pracować jako aktorka, choć miała taką nadzieję. Na naszych oczach Kelly zaczyna sobie też uświadamiać, że nowy bajkowy świat ograniczył jej wolność w stopniu, którego się nie spodziewała. Chwilami wydaje się, że nie wytrzyma sztywnych wymogów dworskiego życia. Ale jest silną kobietą, która szuka jakiegoś wyjścia ze skomplikowanej sytuacji. Nie chce czuć się przegrana. Ta historia jest nie tylko intrygująca, ale też świetnie skrojona i dopracowana.

Wybór, jakiego dokonała Grace - porzuciła karierę filmową, choć zapowiadała się na jedną z największych aktorek swoich czasów - jest dla pani zrozumiały?

- Tak. Motywy tego wyboru były zresztą bardzo złożone. Przygotowując się do roli, odkryłam, że Grace zrezygnowała ze swoich artystycznych ambicji nie tylko z powodu formalnych ograniczeń dworskiego protokołu. W pewnym momencie Kelly zaczyna rozumieć, że wychodząc za księcia Monako, wzięła na siebie część odpowiedzialności za to, co dzieje się z jego poddanymi, a był to akurat bardzo dramatyczny moment w historii. Generał de Gaulle groził aneksją Monako, a francuska propaganda starała się nastawić wrogo obywateli księstwa do Grace, żeby osłabić pozycję jej męża, księcia Rainiera Grimaldiego. Jej ewentualny powrót do Hollywood byłby świetnym argumentem dla wrogów księcia, którzy chcieli odsunąć go od władzy. Pretekstem mogło być właśnie to, że jego żona kompromituje księstwo, bo jest "tylko amerykańską aktoreczką". Film pokazuje złożoną intrygę polityczną, w której centrum nagle znalazła się Kelly. Stawką była niepodległość księstwa. Grace nie tylko zrozumiała powagę sytuacji, ale też po mistrzowsku pomogła mężowi rozegrać potyczkę z de Gaulle’em. Ceną za polityczny sukces księcia Rainiera była jednak rezygnacja z jej osobistych ambicji.

Co pani wiedziała o Grace Kelly, zanim zagrała pani w filmie?

- W zasadzie tylko tyle, że była ulubioną aktorką Hitchcocka. Obejrzałam wszystkie jego filmy z Kelly i rozumiem, dlaczego był nią zafascynowany. Ale o jej życiu, zwłaszcza po zakończeniu kariery filmowej, wiedziałam niewiele. Historia opisana w scenariuszu, która pokazuje, że Grace angażowała się zakulisowo w politykę, była mi zupełnie nieznana. I choć nasze losy bardzo się od siebie różnią, miałam wrażenie, że w pewnym sensie przydarzały nam się rzeczy, które można ze sobą porównać.

Co ma pani na myśli?

- Grace Kelly miała 25 lat, kilka głośnych ról, Oscara i pozycję gwiazdy w Hollywood, gdy przyjęła oświadczyny księcia Monako. A ja miałam 23 lata, gdy wyszłam za Toma Cruise’a. Wcześniej byłam nieznaną nikomu początkującą aktorką. Jako dziewiętnastolatka przyleciałam z Australii do Nowego Jorku i spędzałam czas na bieganiu z castingu na casting. W moim życiu, podobnie jak w jej, związek z mężczyzną nagle zmienił wszystko. Dla mnie również to, co wyobrażałam sobie jako sielankę, okazało się dużo bardziej skomplikowane.

Jak wspomina pani siebie z tamtego czasu?

- Byłam bardzo ambitna i... jeszcze bardziej naiwna. Przyjeżdżając do Hollywood, na pewno chciałam odnieść sukces. Marzyłam, by zaistnieć w Ameryce jako aktorka. W wyobraźni widziałam siebie wyłącznie w wielkich rolach. Na szczęście nie zdawałam sobie sprawy, jakie to trudne. Gdybym wiedziała to, co wiem dzisiaj, pewnie by mi się nie udało. Prawdopodobieństwo, że nieznana nikomu dziewczyna z Australii zostanie liczącą się aktorką w Hollywood, było bliskie zeru. Przyznaję, moja naiwność była tak wielka, że nie przejmowałam się ani trudnościami, ani tym, czy mam jakąkolwiek szansę na sukces. I niemożliwe okazało się osiągalne. (śmiech) Bez wątpienia miałam też sporo szczęścia. Dziś to wydaje się śmieszne, ale wtedy, przed laty, bardzo silnie motywowała mnie myśl, żeby moja mama mogła być ze mnie dumna. Wybierałam się na castingi i mówiłam do niej w myślach: "Zobaczysz, na co mnie stać!". To mi naprawdę pomagało.

Jak poznała pani Toma Cruise’a?

- To Tom mnie wypatrzył w australijskim thrillerze "Martwa cisza" w reżyserii Phillipa Noyce’a. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego ta rola zrobiła na nim takie wrażenie, że kazał swojemu agentowi mnie znaleźć. Mój przyszły mąż był już wtedy wielką gwiazdą w Ameryce. Gdy usłyszałam, że chce się ze mną spotkać, byłam oszołomiona. Takie rzeczy się po prostu nie zdarzają! A jeśli już się dzieją, człowiek ma wrażenie, że jest wybrańcem losu. I tak się wtedy czułam. Tom od pierwszej chwili naszego spotkania zrobił na mnie ogromne wrażenie. Ale jeszcze zanim na nie dotarłam, postanowiłam, że będę się zachowywać bardzo powściągliwie. I naprawdę się pilnowałam. Nie chciałam, by pomyślał, że jestem zapatrzoną w niego początkującą aktoreczką, choć tak właśnie było. Potem wyznał mi, że mój chłód go zaintrygował. Niezależnie od tego, jak potoczyły się nasze losy, bardzo dobrze wspominam początki naszej znajomości.

Dziś mówi się, że Tom Cruise traktuje kobiety instrumentalnie. Że bardziej liczą się dla niego względy wizerunkowe niż prawdziwa bliskość.

- W czasach, gdy byliśmy razem, nie miałam takiego wrażenia. Tom jest czarującym partnerem - dowcipnym, inteligentnym. Wobec mnie zawsze był też opiekuńczy. Byłam w nim szczerze zakochana. Gdy zaproponował mi rolę u swojego boku w filmie "Szybki jak błyskawica", byłam w euforii. A kiedy potem dowiedziałam się, że scenarzysta dopisał rolę dla mnie, bo Tom tego zażądał, pomyślałam, że jestem wielką szczęściarą. W dniu, w którym mi się oświadczył, bez wahania powiedziałam "tak". I z dnia na dzień z nieznanej nikomu Australijki stałam się kobietą, o której mówili w Hollywood wszyscy.

Była pani na to przygotowana?

- Nie, w najmniejszym stopniu. W ogóle się nie zastanawiałam, co w praktyce oznacza ślub z gwiazdorem Hollywood. A wyglądało to tak, że nagle wszędzie, gdzie się pojawiałam, wzbudzałam zainteresowanie, co było zabawne przez pierwsze trzy dni, a potem stało się nie do zniesienia. Zaczęłam też nagle prowadzić bardzo wystawne życie, do którego nie byłam wcześniej przyzwyczajona. Musiałam się szybko nauczyć reguł rządzących hollywoodzkim światem, który nie lubi improwizacji. Dlatego wydaje mi się, że przeżyłam coś podobnego do tego, co było doświadczeniem Grace Kelly, gdy została księżną.

W pewnej chwili nazywano panią nawet "królową Hollywood".

- Nigdy nie przywiązywałam wagi do takich "tytułów", zazwyczaj niewiele znaczą i są przejściowe.

Grace Kelly musiała się uczyć od zera dworskiej etykiety. Tu pani miała trochę łatwiej...

- Tak, ale z drugiej strony ja i Tom byliśmy wcześniejszą wersją "brangeliny", czyli hollywoodzkiego superduetu Brada Pitta i Angeliny Jolie. W latach 90. uwaga paparazzich skupiała się na naszym związku, co było dla mnie trudne bo z natury jestem introwertyczna i nieśmiała. Ta ciągła asysta niezliczonych fotoreporterów stała się dla mnie szczególnie stresująca, gdy zdecydowałam się na adopcję dwójki dzieci. Cały ten plotkarski szum wokół naszego związku o mały włos nie zniszczył mojej kariery. Usiłowano mnie zaszufladkować jako "żonę Toma Cruise’a". Czułam się kimś więcej. Musiałam stoczyć walkę, żeby zauważono we mnie również dobrą aktorkę.

Rozwód miał pani pomóc w zbudowaniu własnej tożsamości?

- Moja kariera nie była głównym powodem naszego rozstania. W pewnej chwili po prostu odkryliśmy, że mamy z Tomem różne poglądy na zbyt wiele spraw. Kłóciliśmy się m.in. o metody wychowywania dzieci. Tom wolał, żebym spędzała czas w domu z dziećmi niż na planie filmowym. Z czasem stało się to dla mnie sporym problemem. Pracując, czułam się lepszą matką, nawet jeśli fizycznie spędzałam z dziećmi mniej czasu. Bo gdy wracałam do nich z planu, byłam uśmiechnięta, szczęśliwa. Z jakiegoś powodu Tom starał się też izolować mnie od znajomych. Na początku mi to nie przeszkadzało, ale z czasem ta zaborczość zaczęła mnie uwierać. Czułam się coraz bardziej samotna. Traciłam kontakt z przyjaciółmi.

Mówiło się, że to wasz ostatni wspólny film "Oczy szeroko zamknięte" w reżyserii Stanleya Kubricka zniszczył wasz związek.

- Żaden film nie może zniszczyć związku, jeśli partnerzy dobrze się rozumieją. Nasze drogi się rozeszły, bo chciałam kierować swoim życiem na swój, a nie Toma sposób. Ale drugi raz nie zdecydowałabym się na udział w tak kontrowersyjnym projekcie z życiowym partnerem. Wtedy wierzyłam, że grając małżeństwo w kryzysie, które odnajduje sens wspólnego życia, scementujemy nasz związek. Stało się inaczej. Wpadłam wtedy w depresję.

Nie było tego widać. Zaczęła pani grać duże role. Wyglądało na to, że nagle pani rozkwitła.

- Dzięki rozwodowi odkryłam, że potrafię istnieć bez Toma, i zdefiniowałam siebie na nowo. Poczułam się silna, uwierzyłam w swój talent...

I natychmiast dostała pani Oscara za rolę w "Godzinach". Ostatecznie przestała pani być postrzegana jako "żona Toma Cruise’a".

- Do dziś pamiętam, jak gorzko smakował tamten Oscar. Piłam szampana, odbierałam gratulacje od znajomych, miałam wymarzoną statuetkę w ręku, a jednocześnie czułam się tak samotna jak nigdy dotąd.

W Hollywood mówi się, że bardzo poważnie podchodzi pani do każdej roli. I że dokonuje pani czasem wyborów, których nikt się po pani nie spodziewa.

- To prawda. Mam pociąg do aktorskich prowokacji. (śmiech) Dlatego gram takie postaci jak w "Dogville" Larsa von Triera - upokorzonej ofiary, prześladowanej przez bezwzględną społeczność. Czasem też wynajduję role, które wymagają przekraczania jakiegoś tabu, jak na przykład ta w filmie "Paperboy", gdzie gram w długiej scenie masturbacji. Jako aktorka żyję odważniej. Prywatnie jestem dość zachowawcza.

Podobno rzadko bywa pani w Hollywood?

- Bywam, gdy pracuję nad nowym projektem, ale mój dom jest obecnie w Nashville. Przeprowadziłam się tam dla mojego drugiego męża (Keith Urban, muzyk country - przyp. red.). Razem wychowujemy dwójkę naszych dzieci (dzieci adoptowane przez Kidman i Toma Cruise’a są już dorosłe i mieszkają w Los Angeles - przyp. red.). Czuję się tu lepiej niż w Hollywood. Może dlatego, że aktorzy nie są w Nashville tak ważni jak muzycy country. Mogę spacerować z córkami po parku i rozmawiać z innymi matkami bez wzbudzania sensacji. Jeśli ktoś ma tu czasem problem z paparazzi, to raczej mój mąż. Traktuję tę sytuację jako miłą odmianę.

Mariola Wiktor

TWÓJ STYL 6/2014

Dowiedz się więcej na temat: Kidman Nicole

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje