Reklama

Reklama

Kobiet trzeba słuchać

Potem byłeś Mareczkiem w "Na dobre i na złe", ale sławę przyniosła ci rola Tomka w serialu "Kasia i Tomek". To reżyser Jurek Bogajewicz zrobił z ciebie gwiazdę.

Reklama

- Formuła serialu była ciekawa, inna niż dotąd. Wzbudziła zresztą kontrowersje. Szybko pojawiły się zarzuty, że przecież w Polsce nikt tak nie żyje, że to wszystko jest nieprawdziwe. Nie wiem, dlaczego w naszym kraju nie docenia się widza, uważa się go za głupszego, niż jest. A ja chciałem tę poprzeczkę choćby odrobinę podnosić. My lubimy filmy, w których on pije, bije żonę, dzieci chodzą głodne, przychodzi ksiądz, który pogłaszcze po głowie – dla nas to jest prawdziwym kinem. Są tematy ważne i smutne, ale nie można poruszać ich bez przerwy!

Wróćmy do serialu. Był ważny dla ciebie również prywatnie, bo na planie spotkałeś Joannę Brodzik, twoją partnerkę. Pamiętam konferencję prasową, na której Edward Miszczak powiedział, że bardzo starannie dobierali Kasię i Tomka, tak by między nimi była chemia.

- Tak? To nawet o tym nie wiedziałem.

Chyba mu coś zawdzięczasz?

- Za każdym razem dziękuję „stacji-matce”, tę nazwę wymyśliła zresztą Joasia, że spotkaliśmy się na planie.

Serial został zbudowany na sytuacjach komicznych związanych z różnicą płci. Też uważasz, że kobiety i mężczyźni to różne światy?

- I oby były, bo wtedy jest może niekoniecznie łatwo, ale ciekawie. Trochę mnie martwi, że niebawem różnica płci się zatrze. Dotyczy to też wyglądu. Bo ja bym chciał, żeby kobieta wyglądała jak kobieta, a nie facet. I żeby zachowywała się kobieco. Unifikacja mnie smuci i przeraża. Cieszę się więc, gdy widzę czasem mężczyznę w kapeluszu i kobietę w sukni. Tylko w takiej kobiecie można się zakochać.

Często się zakochiwałeś?

- Raczej nie. Nie jestem zbyt kochliwy. Nie zakochuję się na akord (śmiech).

Nauczyłeś się czegoś od kobiet?

- Ja w ogóle uważam, że kobiet trzeba słuchać. I to nie jest tylko gadanie, żeby się im przypodobać. Kobiety są po prostu mądrzejsze od facetów. Mają dar wyczuwania rzeczy wartościowych, na które należy zwracać uwagę, i tych, które są niefajne. Lubię słuchać kobiet, uwielbiam z nimi rozmawiać, bo widzą świat w wielu płaszczyznach. Oczywiście istnieją i zołzy, te omijam.

A ze spraw praktycznych? Zawdzięczasz coś kobietom?

- Praktycznie stało się tak, że z roli kucharza z ambicjami zostałem zdegradowany do podkuchennego. Ponieważ Joasia, oprócz wielu wspaniałych cech, jakie ma jest najlepszą kucharką na świecie. Potrafi zrobić zupę nawet z kromki chleba. Zawsze improwizuje. Wprawdzie od lat dużo czyta i zna mnóstwo przepisów, ale zawsze je modyfikuje. Lubimy razem gotować, bo to odpręża.

Zakupy też? Na co lubisz wydawać pieniądze?

- Nie mam wielkiego przywiązania do pieniędzy. Dzięki nim mogę spełniać drobne marzenia. Ale potrafię poradzić sobie, gdy jestem bez kasy. Zawsze też mam drobny zapas na czarną godzinę. Tego wymaga ode mnie odpowiedzialność.

Jesteś odpowiedzialny?

- Bardzo się staram.

A zdarza ci się płakać?

- Oczywiście. Płaczę nawet na wiadomościach sportowych. Łatwo się wzruszam.

Czy to prawda, że od ćwierć wieku masz problemy z zaśnięciem?

- Nic się nie zmieniło. Ale to zaleta przy naszych synach dwulatkach, bo moja dyspozycyjność jest olbrzymia. Są jednak takie momenty, zwłaszcza w ciągu dnia, kiedy jest to uciążliwe. Bo nie mogę zasnąć, mimo że jestem okropnie zmęczony. Kiedy śpię, czuję się szczęśliwy.

Lubisz być tatą?

- No wiesz, w zasadzie nie mam wyboru (śmiech).

Kiedy bliźniaki przyszły na świat, postanowiliście z Joanną: „Teraz dzieci”. Dlaczego?

- Bo to jest najważniejsze w życiu. To czas, w którym maluchy najbardziej chłoną świat, wszystkie pierwotne rzeczy. Poza tym zmusiła nas do tego logistyka, musimy funkcjonować jak dobry organizm.

Dzieci zmieniają priorytety w życiu?

- Zapewne. Ale będę powtarzał, że choć są najważniejszą rzeczą w życiu, to jednak nie jedyną.

Chłopcy wywrócili świat do góry nogami?

- Pojawiła się nowa jakość, tak bym chyba to ujął. Nie wie tego nikt, kto nie miał naraz dwójki dzieci. Nie ma co gadać. Praca przy bliźniakach to niekończąca się historia. Dzieci są absolutnym wyzwaniem.

Jakie są zalety późnego ojcostwa?

- W moim przypadku nie jest ono wyborem, premedytacją. Tak po prostu się stało. Nie mogłem być ojcem wcześniej przede wszystkim dlatego, że nie spotkałem odpowiedniej kobiety. Późne ojcostwo jest bardziej dojrzałe i świadome. Masz więcej doświadczenia niż w wieku 20 lat. Ale wtedy masz więcej sił i nie przejmujesz się tak wszystkim, nie analizujesz, mniej zabiegasz i się starasz.

Nie boisz się, że nie nadążysz za chłopakami. Teraz są jeszcze mali, ale za dwa, trzy lata... Świat tak szybko się zmienia. Trudno dziś dorównać dzieciakom.

- Jestem spokojny. Najważniejsze, co się ma w głowie i w sercu. Jakimi narzędziami dzieciaki się posługują – to jedno, ważniejsze, jak te narzędzia będą użyte. Na razie nie myślę o tym, czy nadążę za synami i nowinkami techniki. Zresztą ja przez całe lata żyłem bez komórki, a dziś umiem nawet wysyłać sms -y. Komputer też obsłużę, ale jak będziesz przysyłała wywiad do autoryzacji, nie rób żadnych załączników, tylko tak normalnie, no wiesz...

Wkleić w treść maila?

- No tak, a potem się zdzwonimy i podyktuję ci ewentualne poprawki.

Mówiłeś, że bardzo zaangażowałeś się w ojcostwo. A jednak zdecydowałeś się na jedną z głównych ról w serialu "Usta, usta". Co sprawiło, że ruszyłeś się z domu?

- Uwiódł mnie scenariusz. Nie ma w tym serialu infantylności, dulszczyzny, poprawności politycznej. Dzieją się rzeczy, które nas otaczają – ktoś kogoś zdradził, ktoś zachorował na śmiertelną chorobę, ktoś kogoś stracił.

Rola w serialu daje satysfakcję?

- W takim na pewno. W dodatku mój bohater jest postacią nieprzewidywalną, to duże wyzwanie dla aktora. Bo nie wiadomo, jaki będzie w kolejnym odcinku.

Koledzy mówią, że jesteś jak kameleon. Błyskawicznie potrafisz przeobrazić się do roli – schudnąć, przytyć, zgolić włosy lub zapuścić. Dla roli zrobisz wszystko. Ostatnio w serialu biegałeś nago z różą między pośladkami. Dodajmy, że chodziło o wyznanie miłości...

- Chciałem, żeby to było bardziej udawane, ale reżyser powiedział: „Róża między pośladkami i jesteś na ulicy”. Miało być realnie... Na szczęście oberwali kolce (śmiech), gdy o to poprosiłem.

Prywatnie Pawła Wilczaka byłoby stać na taką akcję?

- Miłość to jedyna rzecz, dla której warto zrobić każde szaleństwo.

I co, zrobiłeś coś szalonego?

- Na razie nic, jestem potwornym nudziarzem. Ale wierzę, że przyjemnie jest się ze mną nudzić.

Beata Biały

Twój STYL nr 8/2010

Dowiedz się więcej na temat: wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje