Reklama

Reklama

Kobiet trzeba słuchać

To chyba niejedyny twój wyczyn. Bo jak czytałam w wywiadach, rodzice nie mieli z tobą lekko...

Reklama

- Fakt, często wzywano ich do szkoły. W podstawówce nauczycielka chciała zaangażować mnie do kółka tanecznego. Zdecydowanie odmówiłem, ale się upierała. „Nie masz wyboru”, powiedziała w końcu kategorycznie. Chwyciła za rękę i chciała wyciągnąć z ławki. Zgarnąłem książki i zeszyty leżące na pulpicie, złożyłem je i z całej siły cisnąłem w ścianę, krzycząc: „Nie!”. Przestraszyła się. Wylądowałem u dyrektora, który kazał przyjść z rodzicami.

Nie mieli do ciebie pretensji?

- Sprawa jeszcze bardziej się komplikowała, bo w tej samej szkole mój starszy brat był prymusem. Zresztą zamiłowanie do nauki mu zostało. Został ginekologiem. Szybko doszedł do tytułu profesora. Kiedy go dostawał, był najmłodszym profesorem w Polsce! Oceny, które ja zbierałem, może nie byłyby takie złe, gdyby nie porównywać ich z ocenami Maćka, a to było nieuniknione. Na szczęście rodzice wykazywali się dużą mądrością. Nigdy nie mieli pretensji. Pewnie dlatego mogłem im mówić o wszystkim. Żartowałem wtedy: „Mamo, tato, usiądźcie. To, co przeczytacie w gazetach, jest nieprawdą, ja wam powiem, jak było w rzeczywistości”. I pomyśleć, że ta formuła dziś również się sprawdza (śmiech).

I co mówiłeś?

- Na przykład, że zostałem na semestr zawieszony w prawach uczniach.

Co zmalowałeś?

- W trzeciej klasie liceum ukradliśmy z kolegami klasówki i poprawiliśmy błędy. Wszystko wyszło na jaw. Dyrektor nas zawiesił, ale chodziliśmy na zajęcia, tyle że byliśmy traktowani jak powietrze. A po lekcjach musieliśmy sprzątać szkołę – myć korytarze, szorować kible. Sprzątaczka miała raj przez pół roku.

Nie przepadałeś za szkołą?

- Wkurzałem się, że muszę uczyć się rzeczy, które mnie nie interesują. Byłem przekonany, że nigdy do niczego mi się nie przydadzą. I w większości przypadków się nie myliłem. Musiałem jednak zdawać z klasy do klasy.

Chodziłeś na wagary?

- Może to zabrzmi dziwnie, ale nie. Bo potem i tak trzeba było wszystko nadrabiać, to po cholerę mi takie wagary? Ot, czasem zerwałem się z ostatniej lekcji do kina. Na "Czas Apokalipsy" uciekłem ze wszystkich lekcji.

Film działał na twoją wyobraźnię?

- W kinie byłem jak zając oślepiony przez samochód. Wszystkie części Winnetou obejrzałem z wypiekami na twarzy. Każdą po kilka razy. Potem zakochałem się w filmach z Louisem de Funesem. Chodzilem do kina sam, zresztą do dziś tak lubię. Wybieram seanse przed południem, kiedy sale są niemal puste. Wciąż pamiętam kino "Gwiazda": fotele z bordowej dermy, które głośno trzaskały, zapach szarych kotar. Denerwowali mnie ludzie, którzy siedzieli w sali i czytali gazetę. Bardzo nie lubiłem też w kinie randkowiczów. Kiedy siadali niedaleko, wiedziałem, że już po sprawie.

Dlaczego po maturze nie zdawałeś do szkoły filmowej?

- Bo zawsze wydawało mi się, że jestem za głupi. Że trzeba mieć piątki i od przedszkola recytować. A ja nie recytowałem, nie występowałem publicznie. No, może poza jednym razem w szkole średniej, wtedy, gdy byłem zawieszony. Bo oprócz sprzątania szkoły musieliśmy przygotować przedstawienie na Dzień Nauczyciela. Na kanwie "Wesela" Wyspiańskiego zrobiliśmy prawdziwy spektakl. Po maturze zdawałem więc na medycynę. Biorąc pod uwagę rodzinną tradycję, był to oczywisty wybór. Kiedy się nie dostałem, poszedłem do szkoły radiologicznej. Ale pewnego dnia, gdy byłem na dyżurze w szpitalu, bo w szkole mieliśmy praktyki, pomyślałem: „A dlaczego miałbym nie pojechać do Łodzi? Dlaczego miałbym nie spełnić marzeń?”.

Do Filmówki dostałeś się za pierwszym podejściem. Nie miałeś kompleksów, że jesteś „niedouczony”? Bo jednak wiele lat się obijałeś.

- Taki głupi nie jestem, coś tam przeczytałem, choćby po to, żeby zdać maturę. Kiedyś nie było „bryków”. W tym swoim niedouczeniu nie byłem zresztą osamotniony. O to, żebyśmy nadrobili zaległości, zadbali studenci czwartego roku. Po to zresztą między innymi w szkole filmowej jest „fuksówka”. Po egzaminach „przejmuje” cię czwarty rok i daje listę lektur, które trzeba znać. Trzy letnie miesiące spędziłem z Szekspirem i Steinbeckiem.

Studiowałeś w czasach schyłkowej komuny. Polska była wtedy siermiężna i smutna. Jak na tym tle wypadała Filmówka?

- Ulica Targowa w Łodzi i okolice to była egzotyczna wyspa. Czuło się inny puls. Razem ze mną studiowali studenci z obu Ameryk, z Azji, Afryki i Europy. Mieliśmy głowy napchane marzeniami. Nikt więc się nie przejmował tym, że codziennie musi jeść ten sam serek homogenizowany.

Ty z marzeniami musiałeś poczekać, ale w końcu przyszła rola Jurija w kultowym serialu "Ekstradycja". Jak ją dostałeś?

- Zaczepiłem dziewczynę, która robiła casting, i wygłosiłem tekst: „Dzień dobry, nazywam się Paweł Wilczak, skończyłem szkołę filmową, chciałem się zorientować, czy byłaby szansa współpracy”. Oczywiście przyniosłem zdjęcia. Spojrzała na nie, wzięła namiary. Po jakimś czasie zadzwoniła, że jest rólka do zagrania. Przyjechałem na plan, było ujęcie, a potem podszedłem do Wojtka Wójcika, reżysera serialu, i zapytałem, czy mógłbym obejrzeć tę scenę. „Ale po co? – zapytał, patrząc na mnie jak na wariata. – Wydaje mi się, że moglibyśmy coś poprawić”, odpowiedziałem. Miałem tupet! „Kto to jest? Przychodzi jakiś gówniarz, który miał zastrzelić czy udusić i jechać do domu, a on chce poprawiać”, śmiał się ze mnie po latach Wojtek, kiedy wspominaliśmy początki naszej współpracy. Chyba się im spodobałem, bo w kolejnej serii dostałem większą rolę. Do dziś jestem mu za to wdzięczny. Odmienił moje życie.

Dowiedz się więcej na temat: wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje