Reklama

Reklama

Góry lepsze niż prozac

Alternatywa?

Reklama

- Potrzebuję bliskości gór. Biorę wózek i idę pod Regle albo w Roztokach siadam nad potokiem. Tak na pół dnia - czytam, "dyskutuję" z Ignacym, gapię się w wodę. W Warszawie nikt nie patrzy w niebo... Bardzo lubię Kuźnice. W liceum pętałam się tam z przyjaciółmi. Teraz to moja ścieżka zdrowia i kozetka psychoterapeutyczna. Przy łagodnym podejściu można się zmęczyć i nabrać dystansu. Pcham wózek z Ignasiem i przegryzam się przez rozterki. Nad nami straszy ściana Nosala.

- Jakiś czas temu pewna kobieta poszła tam z adoptowanym dzieckiem. Napisała list pożegnalny i na oczach dziecka rzuciła się w przepaść. To jedno z "ulubionych" miejsc samobójców, zresztą jest takich kilka.

Podobno szczególnie wtedy, gdy wieje halny.

- To fenomen, który próbował zbadać już niejeden naukowiec. Ludzie tu wtedy wariują.

Potrafisz jak górale wyczuć, że nadchodzi?

- Właśnie nie umiem skojarzyć irytacji z nadchodzącym frontem. Dzień przed halnym czuję jakieś dziwne napięcia. Chodzę z miną: "bez kija nie podchodź". Dziwne rzeczy dzieją się wokół. Dzieciaki stają się nieznośne. Kobiety zaczynają przedwcześnie rodzić, ludzie w pracy skaczą sobie do oczu, wzrasta liczba przestępstw, awantur. Górale więcej piją. Podobno w Szwajcarii wiatr o charakterystyce naszego halnego jest okolicznością łagodzącą w wyrokach za wykroczenia.

Ignacy jest tu szczęśliwy?

- Jak najbardziej.

Dla górali wszystkie dzieci są "nase"?

- Dokładnie. Wychowuje się je czule i swobodnie. Wystarczy obrazek: 10-letni Paweł wpada do domu po szkole i treningu, przytula się do mamy i mówi: "to nara, lecę na pole". Dzieci jeżdżą po mieście na rowerach, odwiedzają się bez zapowiedzi - jak trzeba, dostaną zupę, ciasto. Inaczej niż w dużym mieście, gdzie rodzice wożą maluchy z jednych zajęć na kolejne bez wytchnienia, zawsze samochodem, bo najważniejsze, żeby dziecko miało wypełniony czas wolny.

- Tu na ulicy słychać śmiech, wrzask dzieciaków, a w Warszawie tylko w zamkniętych, chronionych przestrzeniach. Na moim warszawskim podwórku zlikwidowano trzepak, bo od lat żadne dziecko nie wisiało na nim do góry nogami. Zastanawiam się, czy dlatego, że im nie wolno, czy dlatego, że nie ma na to czasu.

Słyszałam dziś kilkakrotnie, jak twój mężczyzna, zajmując się dzieckiem, mówił: "Mama, wyluzuj", bo martwiłaś się o syna, że zimno, że nie ma rajstop, że kładzie się na ziemi...

- Górale wyznają generalną zasadę: za bardzo się nie przejmować. Nawet jak dzieciaka złapie przeziębienie, natrą czosnkiem i do łóżka.

Ignacy mówi gwarą?

- "Mama, idziemy w chałpe".

A ty stajesz się "dwujęzyczna"?

- Znajomi twierdzą, że podłapałam góralski zaśpiew. Dostałam od Sławka reprint przedwojennego Słownika gwary Zakopanego i okolic. Ale wiem: największą gafą jest, jak ceper podsłucha w busie czy karczmie trochę gwary i sam próbuje naśladować. Pilnuję się, nie będę na siłę przechrztą, nie będę biegać w góralskim stroju.

Ale widziałam cię w koralach...

- Mam korale, kierpce i kapce na zimę - z filcu zapinane na spinki. To nie żadna cepelia, tylko ubranie. Fajnie, że wraca w pewnym sensie moda na folklor, ten podhalański jest nieprzerwanie żywy i wyjątkowo piękny.

Dziewczyny rozmawiają tu o modzie, trendach?

- Nie wiem, bo ja nie rozmawiam o takich rzeczach i wstyd byłoby mi biegać z torebką Louisa Vuittona. Dla młodych ludzi bycie "trendy" to nie Marc Jacobs czy Dolce i Gabbana, tylko wyszykowany na imprezę tradycyjny i przepięknie zdobiony strój góralski.

Poznałaś podhalańską elitę?

- Pytasz o wielkie osobowości, symbole Zakopanego? Mam zaszczyt znać osobiście słynną Ciotkę Bułeckulę, czyli Zofię Karpiel-Bułeckę. Zwrot "ciotka" na Podhalu to przejaw szacunku dla starszych dam. Elegancka, życzliwa, wszędobylska. Tego samego dnia potrafi być na raucie u burmistrza, na pogrzebie, na targu, a wieczorem podryguje na koncercie T-Love albo zaprasza do siebie na "posiad", wspólne granie, gadanie, jedzenie, picie.

- Jest też Siostra Warszawska. Pielęgniarka, działaczka charytatywna, najwierniejszy kibic skoczków. Zwariowana, w ultrakolorowych sukienkach. To takie zakopiańskie kobiety instytucje, kobiety na problemy. W Zakopanem znają je wszyscy, rozpoznają najmniejsze dzieci.

A ciebie? Jesteś rozpoznawalna?

- Na pewno tak, to przecież małe miasto. Wszyscy się tu znają, ludzie plotkują. Ale miejscowi coraz rzadziej mnie zauważają. A od turystów, kiedy idę po Krupówkach, słyszę: "A gdzie szpilki?".

Bywasz na Krupówkach? Robisz sobie zdjęcia z niedźwiedziem?

- Nie, ale zawsze zamieniam kilka słów z przemiłym panem w stroju żółwia. Przy Krupówkach lubię Dworzec Tatrzański, "kulturalną" klubogalerię. Tuż obok inne fajne miejsce. Na dachu peerelowskiego budynku w kafejce z widokiem na panoramę Tatr studiuję "Tygodnik Podhalański". Stąd wiem, co się dzieje w Zakopanem i u górali w Chicago.

- Czytam o lokalnym konkursie miss i o projektach władz miasta. O tym wszystkim rozmawia się potem na "posiadach". Są urocze ogłoszenia w stylu: "sprzedam krowę, stuletnią ciupagę...". I rubryka matrymonialna: "84-letni wdowiec szuka żony". Górale do końca wierzą w swoją męskość.

Inne twoje miejsca?

- Teatr Witkacego. Nic nie zmieniło się tam od lat. Ludzie - jak kiedyś - przed spektaklem piją herbatę z samowara, a po sztuce dyrektor wychodzi na scenę i osobiście dziękuje gościom: "całuję rączki pani burmistrzowej...". Do Żabiego Dworu, gdzie zakopiański zegarmistrz ma knajpę, chodzimy zjeść najpyszniejszy schabowy na świecie. Miejsce osobliwe.

Zaraziłaś się sztuką góralską?

- Szukam malowideł na szkle z 20-lecia międzywojennego i szkiców Witkacego, które ukryte są po domach. Pilnie poszukuję też prac Władysława Trebuni-Tutki. Kolejny świr: haft. Mam przepięknie ręcznie haftowaną pościel z parzenicami i gaździkami.

Inność tego miejsca przyciąga ceprów. Spotkałaś wielu ludzi, którzy mówią: "kupię sobie bacówkę albo chałupę, założę pensjonat i zacznę życie od początku..."?

- Warszawiacy, nakręceni jak sprężyna, wyobrażają sobie, że w górach stres mija. Duże aglomeracje nie dają ludziom wrażliwym tego, co może zaoferować prowincja. Możesz uciec, zwolnić, zaszyć się. Bliskość gór jest lepsza niż prozac. Chociaż pewnie nie dla wszystkich, góry trzeba kochać.

Jesteś gotowa ułożyć tu sobie życie?

- Już tyle razy byłam pewna scenariuszy na przyszłość. Chciałam być socjolożką, a rzuciłam studia po roku. Wybierałam mężczyzn na całe życie, a potem opłakiwałam rozstania. Nienawidziłam Warszawy, po czym z Wrocławia przeprowadziłam się do stolicy. Żyję na walizkach i wcale przed tym nie uciekam. Nie chcę zmuszać do deklaracji ani siebie, ani ludzi, z którymi żyję. Dobrze mi tak, jak jest. Boję się tylko mieć pewność, że to na zawsze. Mam cudowną rodzinę. Udało się zbudować szczęśliwy dom. Wszystko jeszcze przede mną.

Rozmawiała Marta Bednarska

Twój STYL 3/2011

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje