Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dziś wolno mi więcej

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że po czterdziestce poczuła ulgę, bo więcej zaczęło być pani wolno. Bohaterki ostatnich pani książek to też kobiety walczące, odważne, dojrzałe.

Reklama

- Gdy osiąga się pewien wiek, człowiek wyzwala się spod presji cudzych oczekiwań. Dojrzałość bywa uwolnieniem od kłopotliwych powinności, uwikłania w złe relacje czy role społeczne, z którymi trudno się identyfikować przez całe życie. Warto to wykorzystać - znaleźć sobie istotny cel w życiu, zamiast przejmować się zmarszczkami. Wielu ludzi źle znosi starzenie się, spadek sił, pogarszanie się pamięci. I to jest ciemna strona upływu czasu. Jasną jest to, że starszy człowiek nie musi robić wszystkiego, czego oczekuje się od młodych - rozmnażać się, budować gniazda, szukać pracy, robić kariery, wykazywać się, sprawdzać, konkurować. To ulga. Ma się więcej doświadczenia i wiedzy, zna się też swoje ciało. Nie ma co udawać wiecznej nastolatki.

Pani nie boi się zestarzeć?

- Przeraża mnie starość, której towarzyszy choroba, niesamodzielność i samotność. Nie ma co owijać w bawełnę - starość i zniedołężnienie są straszne. Teraz nie bardzo się tym przejmuję, staram się o tym nie myśleć. Nie jestem typem, który uważnie przygląda się sobie w lustrze albo porównuje rozmiar ubrań sprzed 20 lat. Dlatego wydaje mi się, że wciąż jestem tą samą osobą, którą byłam kiedyś. To dziwne, ale według mojego wewnętrznego czasu, takiego najbardziej intymnego, ultrasubiektywnego, mam jakieś 12 lat. Tak się czuję gdzieś tam od środka (śmiech). Nauczyłam się też radzić sobie ze swoją skłonnością do depresji i melancholii.

Ogólnie czuję się teraz bardzo dobrze. Jeśli jest się zdrową, czas jest sprzymierzeńcem. Lubię kolorowe sukienki, chusty i wygodne buty. Uwielbiam rower. Wiek to dla mnie ulga, bo nie muszę odpowiadać na oczekiwania innych.

Czy na pewno? Sharon Stone na okładce magazynu "Paris Match" występuje topless, pokazuje ciało dwudziestoparolatki i mówi: "Mam 50 lat i co z tego?!". Kultura jednak oczekuje od kobiet sporo wysiłku.

- To kolejne więzienie dla kobiet. Z jednej strony granica uczestnictwa kobiet w życiu społecznym się wydłuża, z drugiej każe się im brać udział w następnym wyścigu - która wygląda młodziej. Sharon Stone jest bogatą celebrytką i jej praca polega na "wyglądaniu". Dlaczego mamy się do niej porównywać? Dlaczego nie porównujemy się do Angeli Merkel, Margaret Atwood czy Magdy Środy? Ciekawi mnie, jaką drogą pójdą kobiety, czy dadzą się nabrać na to dążenie do pseudodoskonałości.

Dredy są częścią pani image'u?

- Po prostu tak teraz wyglądam. Pojawiły się przypadkiem. Wcześniej zawsze nosiłam krótkie włosy. Trochę mi już podrosły, gdy pojechałam do Azji. W dniu mojego powrotu zastrajkowało lotnisko i nie mogłam się stamtąd wydostać przez kilka dni, jak zresztą tysiące innych ludzi. Szwendaliśmy się po ulicach w oczekiwaniu na jakieś informacje i wielu z nudów zaczęło korzystać z usług miejscowych artystów ulicznych. Mnie zaczepił człowiek od dredów i powiedziałam sobie - dlaczego nie? Dobrze, że nie był to ktoś od tatuaży albo piercingu (śmiech)! Okazało się, że dredy to najmniej zajmująca czas i pieniądze fryzura. Dokładnie taka jaka mi pasuje.

Powiedziała pani kiedyś: jeśli kończą mi się pieniądze, to zawsze znajdę jakieś weki albo pójdę na obiad do sąsiadów. Jak to jest z pieniędzmi u pisarzy? Dobrze oceniane przez krytyków i chętnie kupowane przez czytelników książki nie dają stabilizacji finansowej?

- Żyję z własnego pisania. Często uświadamiam sobie, jakie to niezwykłe, bo właściwie utrzymuję się z hobby. Jest to hobby bardzo czasochłonne i wymagające, ale dochód z niego starcza mi na życie.

Wiele lat temu mówiła pani, że pisanie to dla pani raczej męka niż przyjemność. Czas przyniósł jakąś zmianę?

- Każda moja książka powstawała inaczej i gdzie indziej. Dziś powiedziałabym, że pisanie to dyscyplina, desperackie trzymanie się stołu, biurka, zakazywanie sobie wychodzenia z domu, żeby się nie rozpraszać. Walka, żeby nie uciec, nie dać sobie z tym spokoju. Moje pisanie zaczyna się od pomysłu, układania w myślach, oswajania się z tematem. To coś w rodzaju łagodnego nawiedzenia, które jest i przyjemne, i męczące. W którymś momencie trzeba jednak usiąść przed komputerem i wtedy zaczyna się męka. W tym czasie staję się egoistyczna, samolubna, roztargniona.

Matka czy partnerka ze mnie żadna. Często wyjeżdżam, zostawiam życie na miesiąc, dwa. Ostatnią książkę napisałam w spokojnym miejscu w Holandii. "Uwięziłam się" w domu. Doprowadziłam do sytuacji, w której nie miałam już mydła, w lodówce nie zostało nic do zjedzenia. Ale to rzeczywiście działa. Zawsze, kiedy jestem zmęczona po poprzedniej książce, tracę na pewien czas zdolność pisania. Nie umiem sklecić zdania, patrzę na swoje powieści i myślę: "Cud, że napisałam te trzysta stron, jak to możliwe?". Potem to się oczywiście odblokowuje, ale teraz po Pługu wciąż jestem w stanie pustki. Trudno mi sklecić najprostsze zdanie. Serio.

Skąd pani wie, czy to, co pisze, jest dobre?

- Nie wiem. Czasem czuję, że tak, a czasami, że nie. Mnóstwo napisanych przez siebie rzeczy skasowałam. Moim pierwszym recenzentem jest przyjaciółka, z której zdaniem się liczę. Jest bardzo krytyczna. Mój partner też jest bardzo pomocny, ma świetne wyczucie języka.

Czego jeszcze oczekuje pani od partnera?

- Wsparcia, wzajemnej opieki, akceptacji. W dzieciństwie dostajemy ją od rodziców, potem z wiekiem szukamy jej w związku. Potrzebuję, by relacja miała także pozaerotyczny wymiar, by była w niej akceptacja dla starzenia się, ułomności, dziwactw.

"W Domu dziennym, domu nocnym" podaje pani dużo przepisów na trujące potrawy. Umie pani zrobić coś, co da się zjeść?

- Pewnie. Uważam nawet, że nieźle gotuję. Nagle po czterdziestce zaczęłam odczuwać przyjemność z gotowania. Przedtem jadłam przypadkowe rzeczy, nieregularnie. I nie dbałam o to, co jem. Nie stosuję przepisów, bo mnie drażnią. Zrób to, zrób tamto... Mój partner się śmieje i mówi, że gotuję "alchemicznie", bo nigdy nie wiadomo, jaki będzie efekt; słowem - eksperymentuję. Czasem dzielę zupę na pół i każdą połowę inaczej doprawiam. Jestem wegetarianką, więc przyrządzam warzywa na różne sposoby. Jakiś przepis? Zupa warzywna z imbirem, mleczkiem kokosowym i sokiem z cytryny. Prosta i szybka.

Życie pełne ciągłych zmian, podróży z miejsca na miejsce daje pani szczęście?

- Wydaje mi się, że szczęście zależy od akceptacji tego, że jedyną stałą rzeczą w życiu jest ruch i zmiana. Cieszy mnie już samo oczekiwanie na kolejne zmiany, fakt, że za chwilę będzie inaczej.

Rozmawiała Natalia Kuc

TS 05/2010

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL