Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pomyłka w niebie

Razem na zawsze

Edyta, adopcyjna mama Klary

Reklama

Wakacje w Dębkach. Czekałyśmy w kolejce po lody. "Ta pani ma tak samo na imię jak ty - powiedziałaś, pokazując na kobietę z dzieckiem. - Ma na imię Edyta? - zapytałam. - Ma na imię mama. Dzidzia mówi do niej: mamo". Miałaś cztery lata, już ponad rok byłaś moją córką. U nas nauczyłaś się mówić, w domu dziecka znałaś tylko kilka słów. Poznawałaś literki, nazwy kwiatów, tata nauczył cię jeździć na rowerze. Nie wyjaśniłam ci jednego, kim jest mama. Gdy zabierałam cię z domu dziecka, mówiłam: "Teraz ja nią jestem, choć wyszłaś z brzuszka innej pani". Nie sądziłam, że coś więcej trzeba dodać.

Usiadłyśmy na plaży, mówiłam: "Mam na imię Edyta, jestem twoją mamą. Mamą, bo się o ciebie troszczę, kocham cię. - A babcia? - drążyłaś. - Babcia cię kocha, ale ja z tobą mieszkam. - A tata? - Oczywiście też cię kocha". Szukałam w głowie odpowiedzi. Najlepsza byłaby: "Dziewięć miesięcy nosiłam cię pod sercem, jesteś moją częścią". Tak powiedzieć nie mogłam. Zanim pojawiałaś się w naszym domu, po raz pierwszy naprawdę chciałam mieć dziecko. Bo wcześniej chwila była zawsze nieodpowiednia. Najpierw praca w kancelarii radcowskiej, potem zakładanie własnej.

Tamten okres bez ciebie nazywam błądzeniem po omacku. Ale cieszę się, że dzięki pracy, często ponad siły, możesz teraz chodzić do prywatnej szkoły z angielskim, francuskim, lekcjami tenisa. Że jesteś pod opieką pedagoga i nadrabiasz deficyty z pierwszych lat życia. Pamiętam, że siedzieliśmy z twoim tatą na tarasie naszego domu. Na stole stał szampan, truskawki, wokół bawili się znajomi. Świętowaliśmy drugą rocznicę ślubu. Po raz pierwszy byłam szczęśliwa w związku. W pewnym momencie twój tata powiedział: "Dostaliśmy od losu naprawdę sporo. Mamy miłość, pracę, fajne życie". Odpowiedziałam: "Nie powinniśmy tego wszystkiego zatrzymać dla siebie". Do rana rozmawialiśmy o dziecku.

Byłam pewna, że na ciążę jest za późno. Miałam 43 lata, bałam się starań, rozczarowań, straconego czasu. Twój ojciec nie był przeciwny adopcji. "Jesteśmy za starzy na rodziców niemowlaka. Wyobrażasz sobie wstawanie w nocy?", śmiał się. Dzień później zgłosiliśmy się do ośrodka adopcyjnego. Nie z poczucia, że robimy coś wielkiego. Chcieliśmy być mamą i tatą po prostu. Zadzwoniłam do twojej babci, usłyszałam, jak krzyczała do dziadka: "Nasza córka zmądrzała! Będziemy mieli wnuka". Powiedziałam przyjaciółkom, doradzały: "Jeśli zapytają was o preferencje, powiedzcie, że dziewczynka, one są grzeczniejsze".

Myślałam, że jak cię zobaczę w domu dziecka, od razu będę wiedziała, że jesteś moja. Ale nic takiego się nie stało. Miałaś dwa i pół roku, przyglądałaś się i nic nie mówiłaś. Gdy podeszłam, żeby podać ci rękę, odwróciłaś się i poszłaś przed siebie. Wtedy zobaczyłam, że kulejesz. "Ma skoliozę, a przez to jedną nóżkę krótszą - usłyszałam. - Codzienna rehabilitacja może to odwrócić, ale tu nie ma na to pieniędzy". Skonsultowałam się z ortopedą, wyjaśnił, że twoja wada jest do wyleczenia. Gdyby powiedział "nie"? Dziś wydaje mi się, że to nie miałoby wpływu na decyzję.

Na drugim spotkaniu oswajałaś się ze mną. Przynosiłaś piłkę i chciałaś, żeby ci ją rzucać. Ponoć to była twoja ulubiona zabawa. Grałyśmy tak ze dwie godziny. Gdy na koniec wzięłam cię na ręce, zaczęłaś krzyczeć. Przypomniałam sobie słowa psychologa z ośrodka adopcyjnego: "Dzieci z domów dziecka nie są przyzwyczajone do bliskości. Uczucia trzeba im dozować". Żegnając się z tobą, stanęłam naprzeciwko powiedziałam: "Nie martw się, jeszcze wszystko będzie normalnie. Pokażę ci morze, góry, będziesz biegać, śmiać się. Zobaczysz, że życie jest piękne".

Wiesz co? Nie bałam się. A może inaczej: bałam się, ale nie mogłam się wycofać. Na początku myślałam, że ze starszym dzieckiem od razu nawiążę kontakt, okazało się inaczej. Więc poczułam, że tym bardziej mnie potrzebujesz, a ja muszę wypełnić wszystkie twoje emocjonalne deficyty. Zachowałam się jak matka? Kupiliśmy ci łóżeczko z baldachimem, drewniane mebelki i mnóstwo zabawek. Ale przez pierwsze miesiące spałaś ze mną, a tata w salonie. Nie chciałaś wchodzić do swojego pokoju, jak później powiedział mi psycholog, było w nim za dużo kolorów, zabawek, do których nie byłaś przyzwyczajona.

Przez pierwsze tygodnie spałam w T-shircie i dżinsach. Żeby nie tracić czasu, gdy dostaniesz w nocy gorączki albo zaczniesz wymiotować. Na początku chorowałaś. "Bo pani za dobrze ją karmi. W domu dziecka jadła skromnie, mało. Zróżnicowaną dietę trzeba wprowadzać stopniowo", wyjaśnił wreszcie lekarz. Gdy kąpałam cię, myłam włosy, włączałam w domu głośną muzykę. Bałaś się wody, krzyczałaś tak głośno, że kiedyś do drzwi zapukali przechodnie, chcieli się upewnić, czy dziecku nie dzieje się krzywda.

Po kilku miesiącach przestałaś krzyczeć, zaczęłaś się przytulać. Zadzwoniłam do swojej przyjaciółki, twojej cioci Ewy, która kilka lat wcześniej adoptowała Mateusza. Zapamiętałam jej słowa: "Pomogła cierpliwość. Na demonstrowanie nerwów mogą pozwolić sobie tylko matki biologiczne. My na wszystko, co trudne, musimy reagować miłością. Wiesz, może rzeczywiście jest jakiś kosmiczny porządek, który wybrał nas do tej roli, uznał za silniejsze".

Dziś masz już siedem lat. Dzięki codziennej rehabilitacji u jednego z najlepszych specjalistów nie kulejesz. Dobrze się uczysz, ale wstydzisz się zgłaszać do odpowiedzi. Boisz się obcych, także dzieci. Gdy bawią się na dworze, prosisz, żebym cię z nimi zapoznała. Kilka miesięcy temu poprosiłaś: "Pokaż mi zdjęcie, na którym masz mnie w brzuszku". Nie wiedziałam, co powiedzieć. Myślałam, że pamiętasz. Przypomniałam, że urodziła cię inna pani, bo w niebie zaszła pomyłka. Nigdy nie chciałam niczego przed tobą ukrywać. Ale ty zaczęłaś płakać. "Nie jesteś moją prawdziwą mamą?", zapytałaś.

Kiedyś nad morzem nie umiałam ci wytłumaczyć, kim jest mama, teraz powiedziałam: "Jestem twoją prawdziwą mamą, bo zawsze będę przy tobie. Nawet gdy mnie zostawisz, obrazisz się, będę się o ciebie martwić, będę cię kochać. Wszystko można zmienić, dom, zawód, kraj, w którym się mieszka, wygląd. Dziecko zostaje na zawsze. Twoją matką będę do końca życia". Przytuliłaś się i poszłaś się bawić.

Natalia Kuc

Twój STYL 8/2010

Dowiedz się więcej na temat: adopcja

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje