Reklama

Reklama

Pomyłka w niebie

Nie miej do mnie żalu

Barbara, adopcyjna matka Eweliny

Reklama

Potępiłabym kogoś takiego jak ja. Gdybym słyszała, że matka adoptowała dziecko i przez 18 lat bała się mu o tym powiedzieć, pomyślałabym, że jest perfidna. Ale ja po prostu chciałam oszczędzić bólu tobie, sobie, nam wszystkim. Co miałam powiedzieć? Że policja znalazła cię kilkudniową leżącą na podłodze, przykrytą płaszczem? Zawsze byłaś za mała, żeby ci o tym mówić. Każdy jest za mały na takie informacje. Gdy się cofam pamięcią, widzę to tak: mam 27 lat, pracuję w urzędzie miasta, od czterech lat mam męża. Staramy się o dziecko - bezskutecznie.

Po terapii hormonalnej zachodzę w ciążę, ale w siódmym miesiącu podczas kontrolnego badania lekarz mówi: Nie słyszę tętna płodu. Wymusili poród, rodziłam martwą córkę. Myślałam, że umrę razem z nią. Twój ojciec nocami płakał w pokoju dziecka. Lekarz zabronił nam przez jakiś czas próbować. My już też nie mieliśmy siły. I wtedy przyszedł znak z nieba. Do mojego mieszkania wpadła siostra, mówiła: "Wariatka urodziła w domu dziecko! Słychać było płacz, więc sąsiedzi wezwali policję. Teraz dziecko zabiorą, a ją umieszczą w zakładzie".

Wariatka była znaną na osiedlu schizofreniczką. Wypłaciłam z banku wszystkie oszczędności, od matki pożyczyłam dolary. Z wypchaną kopertą poszłam do znajomej lekarki. Po kilku tygodniach, bez skomplikowanych procedur, byłaś nasza. Powiedziałam tylko rodzicom, siostrze i kuzynce. Zwolniłam się z pracy. Na czas "ciąży" wyjechałam do matki na wieś. Nie chciałam, żeby ludzie cię prześladowali, bo jesteś "jej" dzieckiem. Ojciec ze szczęścia oszalał, gdy przywieźliśmy cię taką malutką. W Peweksie kupił ci... banany.

30 lat temu powszechna była teoria: lepiej, żeby dziecko nie wiedziało, że jest adoptowane. Nie zastanawiałam się nad tym. Uczyłam się ciebie kochać. Wiedziałam jedno: moja córka zmarła, a jej dusza przyszła na świat w tobie. W domu płakałaś dzień i noc, nie można było cię utulić. Pediatra uspokajała: to reakcja na zmianę otoczenia. Wcześniej nikt cię nie przytulał, więc teraz się boisz. Do trzeciego roku życia nie znosiłaś przytulania. O twoje uczucia musiałam się starać.

Mówisz, że nie masz z dzieciństwa wielu wspomnień? Może to i lepiej. Do drugiej klasy podstawówki miałaś ataki autoagresji. Czasem znajdowałam cię w pokoju, kiedy waliłaś głową w ścianę. Myślałam, że to moja wina, że coś robiłam źle. Wysłuchiwałam tyrad babci: "Ona ma geny tamtej kobiety...". Ale babcia cię kochała, pojechała z pielgrzymką do Medjugorje modlić się, żeby ci przeszło. Parę lat później od lekarza dowiedziałam się, że to FAS - zespół alkoholowy płodu. Twoja matka urodziła cię pijana. Żyłam w strachu, może dlatego nie potrafiłam być idealną matką? Ale nigdy nie byłaś dla mnie dzieckiem gorszym niż te, które urodziłam po tobie. Dzięki tobie po adopcji przestałam myśleć o ciąży i pewnie dlatego w nią zaszłam.

Tobie zawdzięczam Wiktorię i Damiana, nie mam wątpliwości. A geny? Nigdy nie bałam się tych "złych", ale lepszych. Byłam pewna, że kiedyś nas przerośniesz. Bolało, gdy w sklepie sprzedawczynie pytały: "Pani córka to pewnie cały tata, bo do pani niepodobna". Chciałam to podobieństwo uzyskać. Cieszyłam się, gdy odnajdywałam w tobie swoje gesty. Pamiętasz, gdy pozwoliłam ci ufarbować włosy na blond? Ja, konserwatywna matka? Miałaś 14 lat. Uznałam, że w ten sposób będziemy bardziej podobne. Chciałam ci powiedzieć wiele razy, rozmawiałam o tym z ojcem. Może gdyby stać nas było na przeprowadzkę, gdybyśmy zamieszkali daleko od twojej biologicznej matki, byłoby mi łatwiej? Nie bałabym się, że ją spotkasz, że się zaprzyjaźnicie, że od nas odejdziesz.

Był czas, gdy twoja matka pukała do mieszkań sąsiadów z pytaniem, kto zabrał jej dziecko. Pisała pisma do szpitala, do ośrodków adopcyjnych. Dlatego nie puściłam cię do przedszkola. Pamiętasz Mirę z twojej klasy? Wołali na nią "adoptowana". Naprawdę masz żal, że robiłam z tego tajemnicę? Obwiniam się, że zmusiłam cię do tego technikum. Ale czułam, że robisz się coraz bardziej podobna do matki, mniej nasza. Twoje książki czytane w nocy, arie operowe w walkmanie, nadwrażliwość. I myśli, których się wstydziłam, za które przepraszałam Boga: "Moja córka ma inne geny. Jest tak samo bliska jak i obca". Nie powinnam była cię do niczego zmuszać, to było egoistyczne, ale tak bardzo chciałam, żebyś poszła inną drogą niż "ona".

Znienawidziłam cię, córeczko, gdy powiedziałaś, że nie jestem twoją matką. Że lepiej byłoby ci w domu dziecka. Siedziałam w kącie w kuchni i zanosiłam się płaczem. Ty stałaś nade mną i chłodno wykładałaś: "Mam żal, że przez 18 lat nikt nigdy nie przyszedł i nie zapytał, czy dobrze mi z wami! Zawsze się za was wstydziłam". Nie chciałam cię znać. Ale kiedy się wyprowadziłaś, zaczęłam tęsknić. Zwalczałam to uczucie bezskutecznie. Dziś już nie czuję żalu, bo widzę, jakie popełniam błędy. Kocham wnuka, dla niego chcę być taka, jaka nie umiałam być dla ciebie. Tylko czasem się boję. Że mi go zabierzesz i odwrócisz się ode mnie jak od kogoś obcego.

Dowiedz się więcej na temat: adopcja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy