Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pigułka nieszczęścia

Renata robi wystawną kolację. Mąż przyjeżdża z lotniska i mówi, że nie jest głodny. Oświadcza, że jednak się wyprowadzi, zostawia dom, ale zabiera samochód, który jej kupił. Renata łyka kilka pastylek thiocodinu i na wszystko się zgadza. Patrzy na męża i widzi nad nim jasną poświatę. Jest baśniowo. Nie denerwuje jej nawet telefon matki: "Jesteś głupia. Twój ojciec też miał kochanki, ale ja nauczyłam się przymykać oko".

Reklama

Dzwoni do znajomych z branży, szuka pracy, wierzy w siebie tak bardzo, że myśli: "od jutra odstawiam tabletki". Dziś mówi: - Kodeina była najgorszym wyborem, stwarzała pozory ucieczki. Mail z firmy projektującej osiedla domów: "zapraszamy na rozmowę". Renata nie może. Nie bierze trzy dni, więc ma biegunkę, gorączkę, bóle mięśni. Nie pomaga stoperan, ibuprom. Dzwoni do psychoterapeutki, ona załatwia miejsce w prywatnym szpitalu. Renata jedzie na detoks.

Dostaje leki na zmniejszenie objawów odstawienia i kroplówki. Wychodzi z receptą na neurotin, łagodniejszy lek antydepresyjny. O wykupienie prosi koleżankę, boi się swoich myśli w aptece. Co drugi dzień chodzi na terapię. - Dopiero teraz dociera do mnie, co się stało, w co brnęłam - mówi. Ostatnio się przeziębiłam. Pomyślałam: wezmę rutinoscorbin, pastylki na gardło. Otworzyłam szafkę z lekami, była pusta. Moja córka wyrzuciła całą zawartość do śmieci. Cały czas musiała widzieć, co robiłam, a ja tego nie wiedziałam! Mąż, kiedy się dowiedział, że wylądowałam na odwyku, skierował do sądu sprawę o ograniczenie praw rodzicielskich. Czeka mnie walka, choć mam nadzieję, że on odpuści. Lekarz mówi, że może czas odstawić antydepresanty, ale ja dostałam pracę. Ubłagałam go o receptę na kolejny miesiąc. Po tym czasie przestanę brać. Na pewno.

Paulina, 30 lat, pierwszą torebkę z amfetaminą dostała od koleżanki z telewizji. Z rekomendacją: biorą ci, którzy chcą schudnąć.

"Ten twój rozmiar... 42, 44? Jesteś ładna, ale z takimi biodrami słabo wyglądasz na wizji", usłyszała kilka lat temu od producenta programu informacyjnego. "Nie prowadzę 'Tańca z gwiazdami', mam w sejmie rozmawiać z Niesiołowskim", powiedziała. Producent wziął ją na bok i wyjaśnił: "Znasz Hannę Lis, Monikę Olejnik? Widziałaś we wczorajszej 'Kropce' jej buty? One też rozmawiają z politykami. To jest te-le-wi-zja!".

- Miałam 25 lat, pracowałam od roku. Do tej pory robiłam informacje o korkach, powrotach ze świąt, nagrywałam "setki" z politykami, które wchodziły do materiałów innych dziennikarzy. Rozumiałam, co mówił szef: "Nie wybijesz się ponad to, co robisz, czegoś ci brakuje". "Co za problem zrzucić parę kilo?", śmiała się koleżanka ze studiów. Nie wiedziała, że głodzę się całymi dniami, a wieczorem kompulsywnie objadam, by odreagować stresy.

W nocy powraca ten sam sen: czeka mnie materiał na żywo z kancelarii premiera albo z wizyty Baracka Obamy. Budzę się przerażona i tak głodna, jakbym miała umrzeć. Idę do kuchni, otwieram lodówkę i jem. Wiedziałam - mój przypadek kwalifikował się na spotkanie z psychologiem. Ale nie miałam czasu na wizytę. "Znasz jakąś dietę cud?", zapytałam przed konferencją prasową koleżankę z konkurencyjnej stacji. Ta uśmiechnęła się. "Pewnie. Podaj adres".

Dziękuję, nie biorę

- Narkotyki, tak jak alkohol, były na mojej liście zakazanej. Mama piła potajemnie. Następnego dnia spała do południa, aż zwolnili ją z pracy. Tata nie pił, ale tyranizował rodzinę. Gdy w pobliżu domu słyszałam karetkę, bałam się, że albo on zabił matkę, albo ona jego - mówi Paulina. - Zdałam na archeologię na UW, chciałam odkrywać tajemnice Majów. Gdy byłam na czwartym roku, ojciec zmarł, mama została z rentą, nerwicą, nie starczało jej na leki. Żeby pomóc, przeniosłam się na studia zaoczne i szukałam pracy.

Znajomy polecił mnie na researchera w programie informacyjnym. Nowoczesne studio, znani, pewni siebie ludzie. Siedziałam przy komputerze i próbowałam stopić się z tłem. Czasem jeździłam z jedyną miłą reporterką, żeby przyglądać się jej pracy. Po roku zrobiłam kilka krótkich materiałów. Albo szły z drobnymi uwagami, albo były publicznie krytykowane na zebraniach z telewizyjnymi gwiazdami. Jedni się śmiali, inni nie słuchali. Siedziałam zażenowana, gryzłam paznokcie. To nie był mój świat, ale pensja pozwalała wynająć mieszkanie blisko telewizji i pomagać mamie. Koleżanki z rodzinnego miasteczka zaczęły dzwonić, że widziały mnie w telewizji. Świat, który mierził, zaczął wciągać.

Jestem cool?

W torebce jest biały proszek i kilka pigułek. Koleżanka, która odwiedza Paulinę w domu, wyjaśnia: "Pierwsza to amfa, tabletki to ecstasy. Dodają odwagi, odchudzają, możesz zrzucić nawet dziesięć kilogramów w miesiąc. Taki prezent dla ciebie". - Mówiła jak w reklamie. Podziękowałam, nie wzięłam - wspomina. - Ale miesiąc później od wydawcy usłyszałam: "Marek jest w szpitalu. Będziesz miała krótkie wejście na żywo! Na temat głosowania nad budżetem. Jedź do sejmu, przygotuj się merytorycznie, zostało kilka godzin".

Panikowałam. Czytałam newsy i myślałam: "A jeśli coś pomylę, Boże, mój koszmar się spełnia". Zadzwoniłam do koleżanki. "Po amfie będziesz szybciej myślała", zachęcała. Poprosiłam, żeby pojechała ze mną do domu i była, gdy "to" wezmę. Bałam się, że stracę przytomność, serce przestanie mi bić. Nic takiego się nie stało. Zrobiło się przyjemnie, uwierzyłam w siebie.

Po wiadomościach mama dzwoniła z gratulacjami, ludzie ze studiów przysyłali SMS-y. Następny raz przyszedł już łatwo. Skoro po pierwszym nic się nie stało? Nie miałam drgawek, o których się naczytałam, ani doła, gdy amfetamina przestała działać. Nie byłam też głodna. Cud!

Kolejne działki brałam, żeby schudnąć. Cztery kilogramy w tydzień. Nieźle. Szybko potrzebowałam większej dawki narkotyków. 60 godzin - tyle nie spała najdłużej. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Chodziła po mieście, sprzątała mieszkanie. Szybko. Aż poczuła ból ścięgien, pleców. Czuła przymus chodzenia. Poszłaby na fitness, ale po północy kluby były już zamknięte. Później odsypiała. Rekord: 25 godzin.

Chciała przestać brać. Wtedy było tak: szybki, rwany oddech albo permanentne zmęczenie. I lęk, który spina mięśnie. Tłumaczyła sobie: "Zawsze go czułam. Kiedy ojciec robił awanturę, gdy jechałam na studia, gdy zachorowała mama, odkąd zaczęłam pracę w telewizji. Ale teraz nad nim panuję". Szuflada w łazience, a w niej trzy gramy kokainy (droższej) i pięć amfetaminy (tańszej) zawiniętej w folię. Ostatnio bierze droższą wersję narkotyków, dowiedziała się, że jest "czystsza", mniej chemiczna.

Po śniadaniu odmierza jedną kreskę, wciąga nosem lub, jeśli jest podrażniony, wciera w dziąsła. Po dwudziestu minutach ma poczucie mocy. Na zebraniu żartuje z szefem wydania, choć większość dziennikarzy się go boi. Jest wygadana, coraz więcej materiałów robi samodzielnie.

Paulina nosi dziś rozmiar 36. Niedawno spotkała się z koleżanką z liceum, opowiadała jej o życiu w Warszawie, pracy w mediach. - Poszliśmy do teatru Polonia. - relacjonuje. - Ja, kilka osób z telewizji i parę z gazety. Po koncercie jeden z dziennikarzy zapytał: "Kto ma ochotę wciągnąć?". Byli chętni, więc zadzwonił do kogoś, podał hasło i po półgodzinie do klubu, w którym się spotykamy, przyjechał chłopak z towarem. Koleżanka powiedziała: "Widać jest cienka granica między wielkim światem a światem mojego sąsiada, chłopaka z zawodówki, który po jakichś pigułach wyskoczył przez okno".

- Zaczęłam się nad ty zastanawiać. Czym różnię się od "kompociarzy", których widywałam na dworcach? Co nie pozwala mi się stoczyć? Pieniądze, kariera, które dają poczucie sensu? Droższe dragi? Właśnie, mówimy dragi, nigdy narkotyki.

"Słyszałaś, co się stało z Markiem? - Paulina odebrała telefon od koleżanki z dziennika. - Dostał psychozy amfetaminowej i pobił żonę. Jest w psychiatryku". - To było jak zimny prysznic - mówi Paulina. - Ten sam Marek, którego dwa lata temu zastąpiłam w relacji z sejmu... Dziś wiem, że przeżył dzięki odtruciu. Ojciec, mąż, facet, który powtarzał: "Kokaina? W Ameryce Południowej jej liście żuje się od setek lat. I co? I nic". W jego przypadku to "nic" już się skończyło.

Po tej historii nie brałam przez trzy tygodnie. Ale wrócił wilczy apatyt, lęk i poczucie, że ta praca jest nie dla mnie, że marnuję życie. To złe myślenie, zwłaszcza kiedy mama nadal choruje, a ja kupiłam mieszkanie na kredyt. Biorę więc od czasu do czasu, ale uważam. Kilka gramów trzymam w szufladzie na poprawę humoru. Na wszelki wypadek.

Natalia Kuc

Twój STYL 1/2010

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje