Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pigułka nieszczęścia

Gałka na odlot

Nieduży pokój, meble z Ikei, telewizor. Przed śniadaniem sauna, solarium, później spotkanie grupowe z terapeutą i godzinny czas wolny, na przykład przejażdżka quadami. Po południu zajęcia: "uzależnienie - choroba duszy", "zespół abstynencyjny" oraz "mechanizm iluzji i zaprzeczenia". Grażyna w prywatnym ośrodku odwykowym spędza sześć tygodni.

Reklama

- Któregoś dnia sama poprosiłam męża o pomoc. Sprawdzał mnie, ale to nie przyniosło rezultatu. Umawiałam się z dilerem po pracy, brałam ecstasy, bo dłużej działało. Przed powrotem Szymona do domu piłam kieliszek wina. Wyczuwał alkohol i nie wiedział, co myśleć. Ale musiałam się opamiętać. Dla męża, który próbował szantażu, dla dziecka, które w największych odlotach przestawało mnie obchodzić. Przed odwykiem rodzicom i córce powiedzieliśmy, że wyjechałam służbowo. Dziś Grażyna odlicza kolejne dni, od kiedy nie bierze. Zrezygnowała z posady w banku, żeby nie mieć pokus. Szymon lepiej zarabia.

- Z terapeutą ustaliłam, że muszę robić coś, co sprawia mi przyjemność. Śmieszne, ale nawet nie wiem, co to by mogło być. Pamiętam, chciałam studiować literaturoznawstwo, ale poszłam na marketing. Namówił mnie tata - mówi. - Moje życie teraz? "Jest prawdziwsze", tak ustaliliśmy w ośrodku. Ale trudniejsze. Staram się od nowa budować relacje z rodziną. Szymon marzy o drugim dziecku, mówi: "Teraz potrzebna jest ci miłość". Ja jednak nie chcę. To nie jest tak, że jestem zupełnie czysta. Przedawkowany syrop na kaszel też pobudza - zawiera efedrynę. Gałka muszkatołowa starta na drobnej tarce i dodana do kawy wywołuje lekki odlot. Czasami trochę oszukuję i po to sięgam. Zbieram się, ale bez wspomagaczy nie dałabym rady.

Renata, 41 lat, architekt, uzależniona od leków uspokajających i kodeiny. Pierwszą tabletkę wzięła po tym, jak mąż przyznał, że ją zdradza.

- "Gdzie są moje buty?! - krzyk męża. - Schowałam - płacz pięcioletniego dziecka. - Tato, nie chcę, żebyś się wyprowadzał". Wszystko słyszałam, ale nie miałam siły się podnieść. Leżałam w sypialni na piętrze, czując, jakbym ciało miała z waty. Nie pamiętam, ile tabletek xanaksu i kodeiny wzięłam tego dnia. Pierwsze nie pomogły, więc sięgnęłam po kolejne - mówi Renata.

Zrezygnowała z pracy w firmie projektowej, żeby zająć się domem, wspierać męża biznesmena, łagodzić jego stresy. Nie zawsze było cudownie, ale wiedziała: dojrzała miłość polega na pracy nad sobą. Tyle że on myślał inaczej. Na codzienne trudności w związku, ciche dni miał sposób: zdrady. - Nie należę do kobiet, które gdy odkryją, że jest ta trzecia, pomagają mężowi się pakować - wyznaje. - Miałam poczucie beznadziejności. Leki, które trzymałam w apteczce, były jak błogosławieństwo.

Scena małżeńska. On: "Chcesz prawdy? Miałem romans. Zdradziłem cię siedem, może siedemnaście razy. I co, mamy rozbić rodzinę, bo zrobiłem coś bez znaczenia? Wybieram ciebie". Ona wybiega z domu, wsiada do jego samochodu i wali w drzewo. Nie za mocno, żeby samej wyjść bez szwanku. On tygodniami przeprasza. Przyjaciółki radzą: puść go z torbami. Ale Renatę przekonuje córeczka. - Którejś nocy widziałam, jak z marynarki ojca wyciągnęła klucze od samochodu. "Co robisz? - spytałam. - Pilnuję, żeby tata od nas nie uciekł, kiedy będziemy spały". Zrozumiałam, że dla dziecka muszę ratować związek.

Jedna pastylka dziennie?

Dni Renaty: po odkurzeniu dywanu czyści go za pomocą taśmy samoprzylepnej, lodówkę codziennie dezynfekuje spirytusem. Myje klucze. - Wykonywałam bezmyślne czynności, żeby wyłączyć rozum. Przyjaciółki nie miały czasu na spotkania - robiły kariery. Matka, widząc, jak rozdygotana prasuję rajstopy, wysłała mnie do psychiatry. Tam przypomniałam sobie, skąd wzięła się moja nerwica. W gabinecie opowiada: - Mąż po urodzeniu dziecka nie chciał opiekunki. Twierdził, że to niebezpieczne. Od pediatry dowiedziałam się: "Trzeba wszystko zapisywać. Co dziecko je, jakie robi kupki oraz jaki mają kolor. Karmić piersią do dziesiątego miesiąca. Przynajmniej. A potem gotować zupki, bo te ze słoików to zmiksowane pryskane warzywa.

- Kiedy mam to robić? Po macierzyńskim chcę wrócić do pracy. - Chyba chce pani mieć zdrowe i inteligentne dziecko?". A w firmie słyszałam: "Teraz kobiety skracają urlopy macierzyńskie, jeśli im zależy na pracy". Więc kiedy wróciłam do pracy, wstawałam o szóstej rano, karmiłam, zostawiałam córkę z babcią, jechałam do biura. Wracałam o 18, karmiłam, gotowałam, siadałam do komputera, żeby dokończyć projekty. Szybko się poddałam.

Psychiatra wysłuchał mojej opowieści - opowiada Grażyna. - I wydusił z siebie "hm", a potem przepisał lek na uspokojenie, xanax. Po tygodniu znów byłam u niego. "Po tych pigułkach głównie śpię", mówiłam. Dostałam receptę na clonazepam. "Zmniejszy lęki, pobudzi, uspokoi. Działa dłużej niż xanax. Niech pani stara się nie brać częściej niż raz dziennie. To silnie uzależniająca, złośliwa benzodiazepina".

Po pierwszej pastylce Renata czuje się świetnie. Lęki mijają, jest wesoła, odważna. Ona, zawsze nieśmiała, na zebraniu w przedszkolu córki po raz pierwszy mówi o tym, co się jej nie podoba. - Szybko przestałam stosować się do zaleceń psychiatry o jednej tabletce dziennie - opowiada. - Brałam rano, żeby dobrze zacząć dzień, i wieczorem, kiedy mąż wracał z pracy, by miło z nim rozmawiać. Nie myśleć, dlaczego przyszedł o 23, nie zastanawiać się, w czyim towarzystwie spędzał wieczór. Kiedy lek przestawał działać, wszystko stawało się coraz trudniejsze.

Czułam się jak na odwyku. Wracały złe wspomnienia - nerwy przed maturą, śmierć ojca, gdy byłam dzieckiem, no i zdrada. Bóle mięśni, szum w uszach. Psychiatra przepisał relanium, "słabsze, ale dłużej działające". Uspokajało tylko na trochę, za to lęki, natręctwa nie mijały. Kiedy mąż oświadczył: "Wyjeżdżam na dwa tygodnie w delegację do Nowego Jorku", wiedziałam, że to będzie podróż z inną kobietą. Zaczęłam się trząść. Córka zapytała przerażona: "Mamo, co ci jest? - Chyba mam gorączkę - powiedziałam. - Wezmę lekarstwo".

Sięgnęłam do apteczki po clonazepam. Wtedy znów zaczęłam brać, żeby się nie załamać, bo wiedziałam: muszę zdecydować się na rozwód. I żeby nie myśleć: skrzywdzę w ten sposób dziecko. Żeby nie czuć strachu, że po pięciu latach spędzonych w domu, nie znajdę pracy.

Kiedy zorientowałam się, że jestem lekomanką? Po czterech miesiącach miałam dziury w pamięci. Zapominałam odebrać córkę z angielskiego, bo nie wiedziałam, że ją tam zawiozłam. Któregoś dnia weszłam do domu i zobaczyłam: w salonie nie ma dywanu. Zadzwoniłam do męża z awanturą: "Zacząłeś wynosić rzeczy! - Masz paranoję - odpowiedział. - Wczoraj zaniosłaś dywan do pralni".

Bez recepty

Zwierza się przyjaciółce, której siostra też była uzależniona od leków. Gdy mąż Renaty jest w Nowym Jorku, Julia wprowadza się do niej. "Codziennie będę wydzielać ci okruchy clonazepamu, aż z tego wyjdziesz", mówi. - Pierwszy dzień? Myślałam, że umieram - opowiada Renata. - Serce biło mocno, czułam, że się duszę. Przez następne dni wyostrzony słuch, musiałam chować zegary, bo przeszkadzało mi tykanie. Pojawiła się bezsenność, bóle głowy. Zdecydowałam się na wizytę u psychoterapeutki. Zaleciła terapię behawioralną i jogę. Nic to nie dało, bo pogrążałam się w depresji, błagałam przyjaciółkę, by nie kazała mi wyjść z domu.

Zebranie rodziców przedszkolaków. Renata zmusza się, by na nie pójść, ale czuje niepokój, robi jej się duszno. Przeciska się do wyjścia. "Jesteś blada, coś ci jest?", zagaduje jedna z matek. Wychodzi z nią na korytarz. Renata odpowiada, że to stres związany z rozwodem. "Nie masz czegoś na uspokojenie?", pyta. Kobieta wyciąga z torebki thiocodin. - "Lek na kaszel? - Zawiera kodeinę, pomoże, tylko nie bierz za często, bo się uzależnisz". W drodze do domu Renata skręca do apteki i kupuje thiocodin, który jest dostępny bez recepty.

- Trudno opisać, jak się czułam po kilku pastylkach. Bosko. Beztrosko. Oszukiwałam przyjaciółkę, że już mi lepiej, rzeczywiście nie potrzebowałam clonazepamu - mówi. Trzeba zrobić listę aptek. I wciąż chodzić do innej, by nie wzbudzać podejrzeń - w podwarszawskiej miejscowości, w której mieszka, wszyscy się znają. Dobrze by było znać jeszcze jakiś inny lek z kodeiną.

Renata szuka w internecie, znajduje przeciwbólowy antidol 15. I ostrzeżenie: zawiera paracetamol, który w dużej dawce, potrzebnej do odurzenia się, może być śmiertelny. Ale ma na to sposób. Po rozpuszczeniu tabletek w wodzie płyn przelewa przez gazę, aż zostaje na niej biała masa - paracetamol, który wyrzuca. Resztę wypija. I przysięga sobie, że będzie brała tylko jakiś czas i że to jest chyba lepsze od clonazepamu. Na pewno lepsze. Mniej leków, mniej natręctw. Nawet zaczyna myśleć, że zdrady męża to jej paranoja. Postanawia, że spokojnie z nim porozmawia, gdy wróci ze Stanów. Bo po co się kłócić, skoro życie jest piękne?

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje