Reklama

Reklama

Mocne anioły

Barbara Falandysz i Krzysztof Dowgird

Pomóż mi, umieram

Krzysztof na brzegu mojego notesu zapisuje liczbę: 8571. Tyle dni jest trzeźwy. Sympatyczny, pogodny, szybko skraca dystans. Dziennikarz Antyradia, od lat prowadzi Wieczorne rozmowy, nocną audycję dla alkoholików. Mąż Baśki. Gdy się poznali, on był dobrze zarabiającym handlowcem, ona pracowała na państwowym etacie. Mieli pieniądze, lubili się bawić, bywali na koncertach w Stodole i Akwarium, bo Krzysztof uwielbiał jazz. Ale "bez gazu nie ma dżazu", tak się wtedy mówiło. On pił, ona była zakochana. Z czasem wódka przesłoniła Krzysztofowi miłość. Jednak Baśka była mu potrzebna. 

Reklama

Krzysztof Dowgird: - Ale nie po to, żebym zerwał z alkoholizmem. Zresztą ja alkoholikiem? Nigdy. Mogłem być najgorszym szajbusem, dziwakiem, ale nie alkoholikiem. Mój dziadek był ordynatem, w naszym domu alkohol wjeżdżał na stół w kryształowej karafce i przeważnie nietknięty wracał do kredensu. A ja miałem na wizytówce tytuł: dyrektor, nosiłem białe koszule. Nie byłem menelem. Ostatnie cztery lata piłem właściwie zamknięty w czterech ścianach, wódkę na czarną godzinę miałem schowaną w skrytkach w mieszkaniu, nie pokazywałem się zapity.

Uważałem, że nikt nie wie, co się dzieje. Baśki potrzebowałem jako narzędzia. Ona się wstydziła, za mnie, więc mnie kryła. A ja byłem mistrzem świata w manipulacji. Prosiłem: "Zadzwoń do pracy, powiedz, że jestem chory, że ktoś umarł i muszę jechać na pogrzeb" - rocznie uśmiercałem co najmniej pięciu bliskich. Umawiałem się z kimś na spotkanie, ale leżałem pijany, więc wysyłałem Baśkę, żeby poszła, porozmawiała, załatwiła. To ja dawałem ciała, wyprawiałem fanaberie, ale to ona robiła z siebie idiotkę. Dzisiaj wiem, że wiele kobiet idzie dalej - nie tylko wstydzą się za męża, syna czy kochanka. Są skłonne wmówić sobie, że to one coś zawaliły, są winne i dlatego on pije.

Ewa Woydyłło, żona Wiktora Osiatyńskiego, opowiadała mi kiedyś, że w amerykańskich ośrodkach odwykowych zanim kobieta odwiedzająca alkoholika wejdzie do niego na wizytę, musi przejść krótki kurs właściwego reagowania, podejścia, a w pokoju, gdzie to się odbywa, wisi hasło: "Pamiętaj, że nie przez ciebie pił i nie dla ciebie przestanie". Baśka dawała się wykorzystywać, choć raz na jakiś czas straszyła, że odejdzie, że już nie będzie kłamać. Puszczałem to mimo uszu. Mieliśmy małe dziecko - nie odejdzie. Nie walnie pięścią w stół, przecież mnie kocha.

Pewnego dnia, a byłem już wtedy w strasznym stanie, bardzo ciężko chory (zdarzyło mi się już raz wypić spirytus salicylowy), zabrakło mi wódki. Miałem zespół odstawienia, kaca, cały dygotałem, byłem mokry, nie miałem siły wyjść do sklepu po butelkę. Wiedziałem, że tego Baśka za mnie nie zrobi, tej zasady akurat się trzymała. Poprosiłem: "Idź chociaż do poradni, załatw jakieś tabletki, bo oszaleję". Poszła. Nie było jej godzinę, dwie, trzy. Kiedy wróciła, zapytałem: "Masz coś?". A ona spojrzała na mnie poważnie: "Musimy porozmawiać. - Jakie porozmawiać, odwal się, daj prochy". I wtedy Baśka oznajmiła: "Koniec z tym. Od tej chwili będziesz sam ponosił konsekwencje swojego zachowania". "Wariatka - pomyślałem - świnia". Jakoś się zwlokłem, kupiłem dwie butelki wódki, wypiłem. Rano zażądałem: "Zadzwoń do pracy, coś wymyśl". Odpowiedziała: "Sam zadzwoń". Poszedłem po kolejne dwie butelki, wypiłem. Nie wierzyłem: jak własna żona może mi robić coś takiego?

Jeszcze nie teraz

Po latach Krzysztof dowiedział się, co Baśka usłyszała w poradni, do której poszła po lekarstwo. Inteligentną, dobrze ubraną kobietę terapeuta wyzwał od idiotek. Bo chroni, pomaga, załatwia, zamiast postawić męża pod ścianą. "Daj mu upaść najniżej, jak się da, bo inaczej będziesz musiała go pochować", powiedział. Dla Baśki to był moment zwrotny.

Krzysztof Dowgird: - Miałem gdzieś jej postanowienia. Piłem. Ona pojechała na imieniny teścia sama, ja tam nie bywałem, bo u teścia się nie piło. Ojciec zapytał ją: "A Krzysio pewnie w delegacji?". I wtedy - wiem to z jej opowiadania - w Baśkę coś wstąpiło. "W delegacji? A właśnie nie. Leży pijany w domu, chcesz zobaczyć?" - wpakowała teścia do samochodu, przywiozła do nas. Po kilku dniach sprowadziła z Wrocławia Andrzeja, mojego brata, przed którym czułem jeszcze respekt.

Powiedziała: "Andrzej, pomóż, bo ja już nie daję rady". On pochylił się nade mną zdumiony: "Brat, coś ty z sobą zrobił?". Kiedy sąsiad przyszedł pożyczyć wiertarkę, Baśka pierwszy raz nie załatwiła sprawy w drzwiach - poprosiła go do środka: "Stasiu, zobacz, Krzysiek jest zupełnie pijany". Wszyscy mieli się dowiedzieć. Zobaczyć, jak wyglądam w takim stanie. Byłem wściekły: co za kurwa! I piłem. Po kilku następnych dniach Baśka przyniosła mi pozew rozwodowy z pieczątką sądu. Od lat ostrzegała, teraz zrobiła to naprawdę.

W tydzień spełniła wszystkie czarne obietnice. Zrobiła to, czego inne kobiety nie potrafią zrobić przez całe lata. Co ja zrobiłem? Upiłem się. A wtedy ona spakowała rzeczy, zabrała Kubę, naszego syna, i oznajmiła, że wyprowadza się do teściów. "Nareszcie, wynoś się" - pomyślałem. Piłem kilka dni. Było mi wszystko jedno. Wyglądałem jak strzęp człowieka. Wkrótce Baśka przyjechała do domu po jakieś rzeczy. Zobaczyła pijanego śmiecia. A ja spojrzałem na nią i poprosiłem "Pomóż mi...". Prosiłem tak już wiele razy.

Dzisiaj wiem od Baśki, że tamtego dnia poczuła: to jest TEN moment. Zaciągnęła mnie do auta, zawiozła na detoks do Instytutu Psychiatrii i Neurologii. A ja? Gdy trochę wytrzeźwiałem, byłem w szoku: co tutaj robię? Ale trzymał mnie też strach, bo wtedy, taki zapity i bezradny, czułem już za plecami kostuchę. Terapia? Dobrze, spróbuję. AA? OK, chociaż przecież nie jestem alkoholikiem. Na pierwszym mityngu zastanawiałem się: dlaczego siedzę wśród pijaków? Przecież większość z nich mogłaby nosić za mną teczkę i myć mój służbowy samochód. Denerwowały mnie ich uśmiechnięte gęby. "Z czego się tak cieszysz? - zapytałem jednego z nich. - Z tego, że żyję" - usłyszałem. Co za kretyn!

Terapia trwała osiem tygodni. "Krzysiu, zobaczysz, będzie dobrze", słyszałem. Ale kiedy, kiedy? Chciałem daty. Bo nie było dobrze. Zabrali mi wódeczkę, pakowali do głowy tanie teksty o szczęśliwym życiu bez picia. Bardzo długo trwało, zanim zdecydowałem się wreszcie wykrztusić: "Mam na imię Krzysztof, jestem alkoholikiem". I moja gęba się uśmiechnęła. Baśka wróciła z synem do domu. Po terapii jeszcze dwa razy spróbowałem się napić - za drugim razem piłem bez przerwy osiem dni i nocy. Żona kolejny raz spakowała walizkę. "Teraz już nie wrócę" - zapowiedziała.

Postanowiłem wtedy, że zapiję się na śmierć. Ale ona wróciła. Pewnej nocy, kiedy było już blisko. Wcześniej zadzwoniła po pomoc do Antka, kolegi z terapii. To on zabrał mi butelkę. Krzyczałem, żeby mi ją oddał. Powiedział: "Oddam, tylko najpierw coś ci powiem. Wielebny umarł...". Tak nazywaliśmy Bogusia, księdza, który był z nami na odwyku. Kiedy żegnaliśmy się z grupą, terapeuta przepowiedział: "Z 20 osób, które teraz tu są, dwie nie wrócą do picia, z resztą spotkamy się znowu". Wiedziałem, że ta dwójka to będzie Boguś i ja. On, bo ma "gorącą linię" z Panem Bogiem, który na pewno ułatwi mu wytrzeźwienie. Ja - bo jestem mądrym facetem.

Gdy usłyszałem, że Wielebny nie żyje, miałem dwie myśli. Pierwsza: Boguś mnie oszukał, miał się przecież uratować. Druga: teraz moja kolej. Byłem przerażony. Dotarło do mnie: mam 39 lat, wspaniałe dzieci (jedno z pierwszego małżeństwa), Baśkę, która mnie kocha - jeszcze na mnie za wcześnie, jeszcze nie teraz. Tej nocy zachciało mi się żyć.

Boję się, Baśka!

Cztery godziny jechał z Ursynowa na Żoliborz - wsiadał do tramwaju, robiło mu się niedobrze, wysiadał, wymiotował, spał na ławce albo na trawniku, wracał do tramwaju, znów wysiadał. Gdy dotarł na spotkanie grupy AA, przez dwie godziny nie miał siły sięgnąć po szklankę z herbatą, choć marzył, żeby się napić. Do dziś jeździ na mityngi. Choć minęły 23 lata.

Krzysztof Dowgird: - Przy mnie umarło 59 znajomych alkoholików. Z czasem zaimpregnowałem się na te odejścia. Ktoś mi kiedyś poradził: trzymaj stronę zwycięzców. Baśka cały czas trwała przy mnie. Kiedy przez dwa miesiące byłem na terapii, ona co tydzień spotykała się z psychologiem, potem już nie. Nie chciała długoterminowej terapii, choć wiedziała, że jest współuzależniona. Ale to pilna uczennica, szybko się uczyła, że nie od razu będzie dobrze. Przecież wiedziała, że toczę walkę na śmierć i życie. Kiedy piłem, ani razu nie podniosłem na nią ręki, trzeźwiejąc - dwa razy chwyciłem ją w złości za gardło. Nie wyprowadziła się.

Najpierw szło nam ciężko. Nie bardzo umieliśmy ze sobą rozmawiać. Wymienialiśmy proste komunikaty: kto dziś bierze samochód, kto odwozi dziecko do szkoły, kto robi zakupy. Pierwszy urlop w mojej trzeźwości, narty w Alpach - nowa sytuacja dla obojga. Potem drugi, trzeci, jakoś szło. Przyzwyczajałem się do nowego życia. Już nie chciałem zmieniać żony. A w pierwszych chwilach na detoksie owszem. Kiedyś, gdy zadawano mi pytanie, z jakiego powodu właściwie pijesz, odpowiadałem: przez komunę, przez żonę, przez złą pogodę, a jak miałem fantazję, dodawałem: przez słomkę. Chciałem więc wymienić żonę, żeby nie było powodu. Dla chorego mózgu - prosta logika.

Jednak pewnego dnia na spotkaniu jeden z alkoholików spojrzał mi w oczy: "Zadaj sobie pytanie, PO CO, a nie dlaczego pijesz". Dobrze powiedziane. Nie wiedziałem po co. Zastanawiałem się. W końcu doszło do mnie: żeby się nie bać. Boję się słabości, że coś zawalę, czegoś nie wiem, w pracy zorientują się, że brak mi kompetencji. A po wódce czułem się jak Schwarzenegger - rosłem do dwóch metrów, miałem wielkie mięśnie i siłę, żeby wdać się w każdą awanturę. Alkohol wyparowywał i znowu wracałem do swoich 166 cm, więc musiałem się napić... Trzeźwiałem po to, żeby się nie bać. Baśka wiedziała, że nie oszukuję.

Dwa lata codziennie chodziłem na mityngi. Zrozumiałem, że alkoholicy, których uważałem za głupców, słabych, gorszych ode mnie, wiedzą coś, czego ja nie wiem - jak nie pić. Zacząłem ich słuchać. Po prostu siedziałem i słuchałem ich historii, rad: trzymaj się trzech zasad, wygrasz. Czyli: nie pij, chodź na mityngi, stosuj program "12 kroków". Zrozumiałem, że i ja mam swoją szansę. Gdy to odkryłem, chciałem wejść na szczyt Pałacu Kultury i drzeć się na całe gardło: ludzie, jest szansa, wykorzystajcie ją! Kiedy na chorobę alkoholową umarł dwudziesty znajomy, poszedłem do radia z propozycją programu.

Dziś co tydzień w niedzielę rozmawiam z alkoholikami, ich żonami, kochankami, matkami. Wielu mnie nie lubi. Zdarza się, że dzwoni kobieta, w strachu szepcze: "Mąż wybił mi właśnie dwa zęby, co mam robić?". Mówię: "Nie dzwoń do mnie, tylko na policję, natychmiast. Wyrzuć go z domu". Ona na to: "Oszalał pan, na własnego męża mam wzywać policję?!". Rzuca słuchawką. A ja pytam kolejną: "Dobrze pani w czerni? Chce pani nosić żałobę? To niech go pani dalej kryje, niedługo będzie po wszystkim".

Bywam obcesowy, ale wiem, co mówię, co działa. Przeszedłem wszystko. I przeszła to moja żona. Mam za sobą ponad 23 lata w trzeźwości i dwa zawały. A jednak żyję. Jestem pewny: gdyby nie ona, nie byłoby mnie tutaj. Po tamtej stronie grałbym w ping-ponga z Wielebnym, lubiliśmy to. Baśka mnie uratowała. Dziś czasem znowu chodzimy razem na koncerty, choć nie ma już Akwarium.

Agnieszka Litorowicz- Siegert

TWÓJ STYL 3/2014



Dowiedz się więcej na temat: alkoholizm | Barbara Falandysz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje