Reklama

Reklama

Miłość z polecenia

Kasia - tłumaczka wyswatana przez przyjaciół

Martyna, "swatka": Za kwadrans północ, telefon od Kaśki: "Ja już z nim nie wytrzymam, przysięgam! Wraca z dyżuru o 19 i idzie spać. A ja zostaję sama z domem, z tym wszystkim. Porozmawiajcie z nim, to wy mi zachwalaliście «przystojnego lekarza», to wasz kolega!" Przyjaciółka czasem myśli, że skoro wyswataliśmy ją z Robertem, przejmiemy odpowiedzialność za jej związek. Traktuje nas jak biuro skarg i zażaleń, w którym można złożyć reklamację na męża. "To są wasze sprawy, nam nic do tego", mówię. Ona się rozłącza. Wciąż się kłócą, potem godzą. I tak pewnie będzie do końca życia.

Reklama

Wszystko zaczęło się pięć lat temu, przed moim ślubem. Wychodziłam za mąż jako trzecia z paczki czterech przyjaciółek. Miałam 29 lat, Kaśka 33, była sama od lat, choć ładna, z poczuciem humoru, niezłą pracą tłumacza. Długo nie wiedzieliśmy, dlaczego nie potrafiła ułożyć sobie życia.

Kasia: Latami nie mogłam spotkać faceta, który byłby inteligentny, normalny i sam. Przez portal randkowy poznałam Daniela. Był miły, przystojny, choć niezbyt bystry. Na pierwszej randce powiedział, że prowadzi własną firmę transportową, na drugiej przyznał, że jest taksówkarzem i mieszka w pokoju, który wynajmuje u ciotki. "Mam dwa fakultety, znam języki, zasługuję na coś więcej", pomyślałam. Na obozie narciarskim dla singli poznała Pawła. Był finansistą z początkami schizofrenii. Twierdził, że ktoś go śledzi, obserwuje. Budził się w nocy, nasłuchiwał. Dlaczego tak trafiałam? Nie wiem. Może zaczęłam szukać partnera zbyt późno, po trzydziestce, a wtedy normalni rówieśnicy są już zajęci? Wcześniej nie spieszyło mi się do związku. Uczyłam się, studiowałam za granicą, poznawałam siebie, świat. Może z wiekiem miałam coraz większe wymagania - przyznaję potrafiłam kogoś skreślić za to, że latem chodził ubrany cały na czarno. Ale czy to źle mieć wymagania?

Kiedy moja najlepsza przyjaciółka Martyna wychodziła za mąż, zazdrościłam jej. Poznała mężczyznę, z którym tworzyli zgrany duet, chciała spędzić z nim życie. Też marzyłam o normalności i zwyczajności, którą miała ona. "Mamy kogoś dla ciebie, chcemy cię z nim poznać", powiedziała Martyna miesiąc przed swoim ślubem. Kilka dni później na kolacji w ich mieszkaniu miałam poznać Roberta, przyjaciela jej męża. "Rozwodnik, ale bez dzieci. 39-letni przystojny lekarz", zarekomendowała przyjaciółka. Przyszłam spóźniona. On już czekał. Był cholernie przystojny. Gdy podał mi rękę i się do mnie uśmiechnął, spąsowiałam jak licealistka. "Czy to możliwe, że taki facet jest sam?", myślałam.

Martyna: Gdyby nie my, Kaśka byłaby wolna do dziś. Owszem, zdarzało jej się spotykać świrów, ale często też sama zniechęcała normalnych facetów. Nie widziała swoich wad, neurotyzmu, porywczości. Chodziła na randki z check listą, którą miała w głowie i odhaczała "za" i "przeciw". Prestiżowa praca i kitesurfing to plus. Weganizm i niemodne buty - minus. Skreślała tych poniżej metra osiemdziesięciu, zbyt śmiałych, za mało przebojowych, fanów powieści fantasy i modelarstwa. Widziałam w jej środowisku wielu fajnych facetów, których ona nie zauważała. Szukała kogoś, kto nie istnieje. Robert, przyjaciel mojego narzeczonego, wydawał nam się idealnym rozwiązaniem. Spełniał wszystkie powierzchowne kryteria. Wysoki, z wybielonymi zębami, z dobrą pensją, w modnych dżinsach i kolorowych sweterkach z kaszmiru. Był naprawdę miły. Miał jednak wadę - wydawało mi się, że w środku jest zamrożony. Może rozwód tak go zdystansował, pozamykał? "Jedyna osoba, która może go obudzić, to Kaśka, modelowa wariatka", powiedział mój narzeczony. "No to ich poznajmy".

Kasia: Nasze początki? Wspaniałe. Byliśmy sobą nienasyceni, wszystko chcieliśmy robić razem. "Wpadniesz do szpitala? Zjemy razem lunch", pisał mi w SMS-ach. Wymykałam się z pracy pod pretekstem spotkania z klientem i pędziłam do niego. "Muszę jutro jechać w delegację do Szczecina, ale nie chce mi się bez ciebie...", powiedziałam któregoś wieczoru przy kolacji. Rano Robert mnie zaskoczył - przybiegł na dworzec. "Zamieniłem się dyżurem z kolegą", powiedział. Przysyłał mi do pracy kwiaty, przy nim promieniałam, odmłodniałam. Któregoś poranka usłyszałam: "39 lat cię szukałem". To był wspaniały czas. Nie potrzebowaliśmy niczego i nikogo, przyjaciółki przysyłały mi SMS-y: "Co się z tobą dzieje, żyjesz?".

Martyna: Stali się tak pochłonięci sobą, że trudno było się z nimi umówić. Kaśka zniknęła z mojego życia na kilka miesięcy. Sporadycznie przysyłała SMS-y w stylu: "nie mogę uwierzyć w swoje szczęście". Słała za to dużo MMS-ów: z ich romantycznych spacerów, z wyjazdów, ze wspólnego gotowania. Dostałam też zdjęcie złotego naszyjnika, który jej podarował. Przez te kilka miesięcy odwiedzili nas raz. Mieli być o 18, zrobiliśmy spaghetti. Przyszli półtorej godziny później. Kaśka tłumaczyła z uśmiechem: "Straciliśmy poczucie czasu". Nie skomentowałam tego, ale byłam wkurzona, jedliśmy odgrzewany, posklejany makaron. Mówili głównie o sobie. Późnym wieczorem musieliśmy z mężem wykąpać dziecko, a oni nadal siedzieli w kuchni, otworzyli kolejne wino i chichotali. "Ciekawe, ile to potrwa? - zapytał mnie mąż. - Niedługo. Wkrótce przyjdzie codzienność" - powiedziałam.

Kasia: Szalona namiętność trwała pół roku, potem zaczęło się sypać. Byłam motorem wszystkiego fajnego, co się działo w naszym życiu. To ja kupowałam bilety do Lizbony, proponowałam: "pojedźmy w góry", "zamieszkajmy razem". W końcu mi się znudziło. Kłóciliśmy się o brak inicjatywy z jego strony. No to zaczął mnie zaskakiwać. Wykupił kwadrans w aerotunelu, w którym miałam poczuć, że latam. Nie wiedziałam, dokąd mnie zabiera, więc poszłam w sukience. Czułam się jak wariatka. Przeszkadzała mi jego skrupulatność: to, jak układał na półce książki w porządku alfabetycznym, że wyginał palce tak, aż strzelały w stawach, że wieczorami siadał przed telewizorem, zamiast mnie gdzieś zabrać. Zwyczajne życie zaczęłam mylić z brakiem uczuć. Mówiłam: "Nie zależy ci na mnie tak jak kiedyś". Dzwoniłam do Martyny: "Niech twój mąż z nim porozmawia, znają się przecież".

Martyna: W kryzysie wróciliśmy do łask. Mąż doradzał Robertowi: "Ona lubi gonić króliczka, nie spełniaj jej każdej zachcianki".

Kasia: Przyjaciółka obiecywała, że z nim pogadają, ale w zachowaniu Roberta nic się nie zmieniało. Jednego dnia przynosił kwiaty, drugiego zachowywał się tak, jakby mu nie zależało. Dlaczego nie odeszłam? Bo mnie intrygował, bo był pierwszym facetem, na którym mi zależało, którego kochałam i o którym wiedziałam, że mnie potrzebuje.

Martyna: Chcieli się dogadać, więc za naszą namową zaczęli chodzić do psychologa, razem i osobno. Pracowali nad związkiem, opowiadali o przeszłości, analizowali, jak jest, a jak być powinno. Słuchałam tego, bo jako swatka stałam się powiernicą Kaśki. "Dziś nastąpił przełom, Robert poczerwieniał ze złości, a wiesz, że on nie okazuje emocji", mówiła przy winie, a ja udawałam zainteresowanie. Robert się otwierał, a moja przyjaciółka czuła się ważna, sprawcza i potrzebna. Wieloletnia singielka zaczynała rozumieć, na czym polega bycie w parze. Rok później Robert jej się oświadczył. "Czy to nie za wcześnie, czy damy radę?", słyszałam. "Wyobrażasz sobie życie bez niego?", zapytałam. Nie wyobrażała. Na weselu wznieśli toast za swatów. Pięknie razem wyglądali, płakałam.

Kasia: Tego samego wieczoru pokłóciliśmy się z Robertem na zapleczu restauracji, w której było przyjęcie. Chwilę potem przeklinałam Martynę i jej męża: "Wpuścili mnie na minę, wielkie dzięki". Popłakałam się, mąż mnie przytulił, siedzieliśmy kilkanaście minut w milczeniu. Pomyślałam: "Chyba tak już będzie zawsze". Ale czy to źle, że między ludźmi sporo się dzieje? Tak jest między nami do dziś. Jak na rollercoasterze.

Niedawno obchodziliśmy pierwszą rocznicę ślubu. Zrobiłam listę jego wad i zalet. Minusy: perfekcyjność, pedantyzm, introwertyczność (wciąż) i tak dalej. Wyszło mi, że plusów jest dokładnie tyle samo. Ale dotyczą spraw ważniejszych. Na przykład? "Uwielbiam budzić się rano i przyglądać jego twarzy". "Robert potrafi zaparzyć najlepszą kawę". "Gdy wrzeszczę, próbuje mnie rozbroić". Ostatnio, kiedy wpadłam w szał, bo znów o czymś zapomniał, podszedł, przytulił i powiedział: "Chcę mieć z tobą dziecko, wariatko". Śmiałam się i zaczęłam płakać. Takich siebie kochamy.

Natalia Kuc

TWÓJ STYL 5/2015

Dowiedz się więcej na temat: swatanie

Reklama

Reklama

Reklama