Przejdź na stronę główną Interia.pl

Matki bez serca

Podobno jest wrodzona, bezwarunkowa, silniejsza niż wszystko. Miłość matki do dziecka. To dlaczego czasem kobieta czuje inaczej? Dlaczego dziecko ją irytuje, budzi niechęć, lęk? Trudno się do tego przyznać, otoczenie zaraz nazwie ją wyrodną matką. No więc dramat. Opowiada o nim Ewa, która nie jest pewna, czy kocha swoją córkę. I Weronika, która nigdy nie doświadczyła miłości mamy. Czy serce do dziecka można obudzić?


Obcy w moim brzuchu

Reklama

Ewa (44 lata), matka Moniki (14 lat). Ojciec dziewczynki odszedł, gdy Ewa była w ciąży. Już na sali porodowej czuła, że nie potrafi nawiązać kontaktu z dzieckiem. Nie lubiła przytulać córki, nie chciała spędzać z nią czasu. "Ty mnie nie kochasz, a ja ciebie nienawidzę!" - wykrzyczała jej ostatnio Monika.

- Kobiety zwykle wspominają mleczny zapach niemowlęcia, dotyk maleńkich rączek, pierwsze ruchy dziecka pod sercem. Niczego takiego nie pamiętam. Same suche fakty. Szczególnie ten jeden: jestem na początku czwartego miesiąca, siedzę na stole w kuchni i obieram jabłko, a w drzwiach stoi mój wieloletni narzeczony i ojciec dziecka Witek. Po dziesięciu latach udanego związku postanowiliśmy się wreszcie pobrać, trochę za namową rodziny, skoro w drodze było dziecko.

- Tymczasem tamtego dnia on wrócił do domu później niż zwykle i powiedział, że odchodzi, bo zakochał się w Marcie, mojej najlepszej przyjaciółce, i że ona właśnie też spodziewa się jego dziecka. I wyszedł. Tak po prostu. Nie byłam w stanie wykrztusić ani słowa, z tego szoku nie wyszłam przez parę dobrych tygodni, jakby ktoś wyssał ze mnie siły.

- Wszyscy powtarzali, żebym się trzymała, że przecież mam się o kogo troszczyć. Ten maleńki człowiek w moim brzuchu żył, rósł, ruszał się - a ja kompletnie nie zwracałam na to uwagi, skupiona na organizowaniu sobie życia bez Witka. Jeśli coś czułam, to raczej dyskomfort, że jest mi niedobrze, nigdzie nie mogę iść sama, a "obcy" w moim brzuchu zanadto się wierci. Rośnie jak na drożdżach - w nic się nie mieszczę. Patrzyłam ze wstrętem na to ogromne, białe ciało. Nie lubiłam tego, co się z nim działo, bo przypominało mi Witka.

- Przez tę ciążę nadal byłam z nim związana. A ja go nienawidziłam. Chciałam o nim zapomnieć. Wyrzuciłam jego ubrania - te, po które nie zdążył się zgłosić, wieżę stereo i wspólne zdjęcia. Oczyściłam mieszkanie ze wszystkich śladów naszej "miłości" i było mi z tym dobrze. I tylko tego jednego nie byłam w stanie zetrzeć, zmyć, odepchnąć. Wielkiego brzucha.

- Panika przyszła, gdy leżałam już na sali porodowej: nagle ustały skurcze, a ja wstałam z łóżka i powiedziałam spokojnym tonem do położnej, że chyba jeszcze wrócę do domu. Tak jakbym nie chciała rodzić. Może zresztą nie chciałam. Ona przytrzymała mnie siłą, dostałam kroplówkę, leki - i urodziło się. Samo.

- Kiedy położyli mi na brzuchu Monikę, nie było we mnie nawet tkliwości czy wzruszenia, o miłości nie wspominając. Nie miałam pokarmu. Córka była karmiona z butelki. Lekarka upomniała, że się nie staram. Nie starałam się. Wyglądałam przez okno. Witek nawet nie przyszedł w odwiedziny, potem się dowiedziałam, że jego nowa partnerka zmusiła go, żeby został tego dnia przy niej.

- W szpitalu nie brałam córki na ręce. Najchętniej spacerowałam po korytarzu, aż w pewnej chwili jedna z kobiet, z którą dzieliłam salę, wykrzyczała: "Boże, pani wcale to dziecko nie obchodzi, nie słyszy pani, że ono płacze?!".

- Wtedy pojawiła się myśl: jestem matką i muszę zachowywać się w określony sposób. Ludzie tego po mnie oczekują, tak wypada. Starałam się więc wywiązywać ze swojego zadania najlepiej, jak umiałam, żeby nikt nie miał mi niczego do zarzucenia. Chodziłam z Moniką do parku, pielęgnowałam, kupowałam zabawki, znalazłam nawet pewną przyjemność w urządzaniu jej pokoju. Ale nie śledziłam z zapartym tchem pierwszych uśmiechów, nie wyczekiwałam, aż powie "mama" - nie umiałam zrozumieć, czemu inne kobiety tak się tym ekscytują.

- Nie lubiłam też matczynych nasiadówek przy piaskownicy. Ile można mówić o zupkach i kupkach? Nudziło mnie to, miałam poczucie, że macierzyństwo ściąga mnie, ambitną, inteligentną kobietę, do poziomu samicy, głupiej kuchty. Nie byłam stworzona do tej roli. Czy to zbrodnia? Ludzie są przecież różni. Nie wszyscy potrafili zresztą zrozumieć tę moją inność.

- W pewnym momencie moja koleżanka, która urodziła parę miesięcy później, powiedziała mi wprost, że dopiero teraz dotarło do niej: ja nie mam serca. Widać to po tym, jak traktuję córkę. Przestałam się do niej odzywać, ona też zamilkła. Przyjaźnie się kończą.

- Dwa lata po narodzinach Moniki nauczyłam się wreszcie żyć sama. Bez mężczyzny. Inna sprawa, że nikt mi tego specjalnie nie utrudniał. Nawet Witek: jakieś sześć tygodni po urodzeniu małej przysłał mi e-mail z deklaracją przelewania co miesiąc określonej sumy na moje konto. Dodał, że Marta ciężko by znosiła jego spotkania z naszym dzieckiem, że muszę go zrozumieć i tak dalej...

- W pierwszej chwili wpadłam w szał, nie chciałam słyszeć o żadnych pieniądzach. Matka przekonała mnie, że powinnam je przyjąć choćby po to, żeby móc w przyszłości powiedzieć dziecku, że jego ojciec "przynajmniej płacił". Fakt, ja o swoim nie mogę powiedzieć nawet tego.

- Czy dobrze czułam się w roli mamy? Nie. Mała zaczęła chorować. Byłam sama. Zatrudniłam opiekunkę. Wreszcie miałam czas dla siebie, a ona, trzeba przyznać, od razu zakochała się w mojej córce. Patrzyłam, jak przytula Monikę, całuje ją, bawią się - i czułam coś w rodzaju zazdrości. Bo moja córeczka najwyraźniej odwzajemniała sympatię pani Małgosi. Chętniej wyciągała ręce w jej kierunku niż w moim. Uśmiechała się do niej - do mnie nigdy - w taki ufny, radosny sposób. Odpuściłam bez walki.

- Pani Małgosia obstawiała przedszkolne uroczystości, jeśli ja akurat byłam w delegacji. Ja zapewniałam byt. Zarabiałam na nas sporo. Raz tylko poczułam bolesne ukłucie, gdy moja sąsiadka powiedziała, patrząc na mnie znacząco, że dla Moniki to pani Małgosia jest prawdziwą mamą. W tym jej stwierdzeniu najbardziej ubódł mnie fakt, że ktoś z zewnątrz wytknął mi niedoskonałość. Bo przecież każda kobieta musi być dobrą matką - w przeciwnym wypadku jest wybrakowana.

Przestraszyłam się: Coś robię źle!

- Kiedy Monika miała sześć lat, trafiła do szpitala z zapaleniem wyrostka robaczkowego. Zbiegło się to pechowo z dużą konferencją, którą organizowałam. Dlatego nie mogłam przy niej być, gdy obudziła się z narkozy. Siedziała przy niej pani Małgosia na zmianę z moją mamą. Ja pojawiłam się dopiero dwa dni później, przyniosłam torbę cytrusów, słodycze, Barbie. Monika nie chciała ze mną rozmawiać. Mama powiedziała mi, że wcześniej ciągle wypytywała, kiedy przyjdę, płakała, gdy inna dziewczynka z tej samej sali powiedziała jej: "Twoja mamusia to nie ma dla ciebie za dużo czasu".

- Wtedy zdałam sobie sprawę, że unikam sytuacji, w których musiałabym okazać troskę czy czułość, bo uważam je za słabość. Przestraszyłam się, że coś robię nie tak, tego samego dnia zamówiłam w internecie piętnaście poradników psychologicznych. Przewertowałam wszystkie i postanowiłam, że zmienię swoje strategie wychowawcze.

- Plan był taki: odtąd będziemy z córką robić coś razem, zbudujemy porozumienie. Jako dziecko marzyłam, by chodzić na szermierkę, więc kiedy Monika poszła do pierwszej klasy, zapisałam ją do klubu sportowego. W pracy ustawiłam swoje obowiązki tak, by dwa razy w tygodniu wychodzić wcześniej i wozić ją na zajęcia. I odprawiłam panią Małgosię - w pozostałe dni córka zostawała w świetlicy, czasem mogła też iść do mojej mamy.

- Pożegnanie z opiekunką było dość przykre. Zadziwiło mnie pytanie, czy nie mogłaby od czasu do czasu zabierać do siebie Moniki. Też coś! W końcu to obca osoba! Odpowiedziałam, że będzie zdrowiej, gdy rozstaniemy się na zawsze. A ona się wtedy rozpłakała i wykrzyczała, że żal jej tego dziecka, bo rośnie na emocjonalnej pustyni i nie wiadomo, co z nią dalej będzie, bo człowiek chowany bez miłości wyrasta okaleczony.

- Bardzo mnie to rozgniewało: jakim prawem ta kobieta formułuje takie oceny? Co ona właściwie o mnie wie? Potem moja mama jakoś załagodziła sytuację - zdaje się, że wybrała się z Moniką do pani Małgosi, żeby dać jej kwiatki i podziękować. "Trzeba umieć się zachować", powiedziała. Później, gdy Monika wspominała panią Małgosię, zmieniałam temat. Córka uczyła się bardzo dobrze, początkowo zupełnie nie było z nią problemów. Panie ze świetlicy uwielbiały ją i mówiły, że jest z niej przylepa - zawsze siedziała którejś na kolanach albo pomagała chować puzzle do pudełka.

- Kiedyś spytałam ją, czemu zachowuje się jak dziecko, chociaż ma już prawie jedenaście lat, ona odpaliła z rozbrajającą szczerością, że inne dziewczyny mogą siadać na kolanach swoim mamom. Nie było w tym pretensji, po prostu stwierdziła fakt. Wytłumaczyłam jej, że są różni ludzie, że jednym gesty czułości przychodzą z łatwością, innym nie. Milczała przez chwilę. Wydawało się, że przyjęła moje wyjaśnienie.

- Monika miała w klasie koleżankę Zosię, dziewczynkę z niezamożnej, wielodzietnej rodziny. Zaprzyjaźniła się z nią i mama Zosi na zakończeniu roku po czwartej klasie zaproponowała, żeby moja córka pojechała razem z nimi w czasie wakacji na wieś, do ich rodziny. Nie byłam entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu, ale Monika wybłagała zgodę. Kilka dni po powrocie zadzwoniła do mnie mama Zosi, żeby zasugerować mi wizytę u psychologa. Bo moje dziecko jest takie smutne.

- Grzecznie podziękowałam za sugestię, ale z niej nie skorzystałam. Oczywiście przejęłam się tym, że inni postrzegają Monikę jako smutną. Postanowiłam ją więc obserwować - tyle się mówi ostatnio o samobójstwach wśród dzieci, ale uspokoiła mnie moja matka: podobno ja też byłam melancholijnym dzieckiem. Być może, nic nie pamiętam z mojego dzieciństwa.

Udowodnię jej, że to miłość

- Gdy Monika weszła w wiek dojrzewania, zaczęły się kłopoty wychowawcze. Opuściła się w nauce i przestała przykładać się do treningów szermierki. Gniewało mnie to. Zależało mi, żeby jej dobrze szło, żeby trener ją chwalił. Chciałam, żeby miała poczucie sukcesu. I ona w końcu zaczęła porządnie pracować, na koniec gimnazjum zdobyła mistrzostwo w swojej grupie.

- Byłam zadowolona, pogratulowałam, obiecałam, że w nagrodę kupię jej wymarzone buty. Tak też zrobiłam, a ona - wyraźnie ucieszona - ucałowała mnie w policzek. Niby naturalna sytuacja, a jednak poczułam się dziwnie. Zesztywniałam, odsunęłam się od córki. Nic nie powiedziała, ale chyba coś zauważyła: zamilkła i uciekła do pokoju.

- Następnego dnia musiałam wyjechać na kilka dni. Monika została z babcią. Zaprosiła jakąś koleżankę i razem spenetrowały mój barek. Obie nieźle się wstawiły. Dowiedziałam się o tym z telefonu matki. Po powrocie zrobiłam córce karczemną awanturę i zapowiedziałam, że nie chcę widzieć u nas w domu żadnej osoby, której bym nie znała i nie zaaprobowała. Dorobiłam też kluczyk do barku. W odpowiedzi Monika zdemontowała klamkę w pokoju: zamykała się w nim i wyjmowała klamkę z zewnątrz, żebym nie miała do niej łatwego dostępu. Nie, nie zasmuciło mnie to, raczej zdenerwowało.

- Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie bierze narkotyków. Postanowiłam to sprawdzić. Pod nieobecność Moniki weszłam na jej profil na Facebooku, znalazłam też pamiętnik. Jego lektura trochę mnie uspokoiła - nic nie wskazywało na eksperymenty z substancjami odurzającymi, natomiast przeraził mnie poziom ortografii mojego dziecka! Byk na byku!

- Wzięłam więc długopis i poprawiłam błędy. Fakt, nie było to bardzo delikatne z mojej strony, zwłaszcza że te zapiski były wyznaniami miłości do jakiegoś Tomka. No ale jak ma się nauczyć poprawnie pisać, jeśli się jej nie będzie poprawiać?

- Monika wpadła w szał. Krzyczała i płakała na przemian. Pierwszy raz widziałam ją w takim stanie. Mówiła, że jestem podła, straszna, że mnie nienawidzi i - to mną naprawdę wstrząsnęło - że się nie dziwi, iż ojciec ode mnie odszedł, bo ze mną po prostu nie da się wytrzymać, jestem zimna jak lód. A potem jeszcze, że ja jej nie kocham i na pewno jego też nie kochałam, bo nie zachowywałabym się tak okropnie i nie wyśmiewałabym się z niej. To wszystko wykrzyczała mi w twarz czternastolatka! I wtedy ja też się rozpłakałam. Po raz pierwszy z jej powodu.

- Czy ja jej nie kocham? Może nie? Jak w takim razie nazwać uczucie, którym ją darzę? Przywiązanie? Przyzwyczajenie? Poczucie obowiązku? Patrząc na nią, jak zanosi się łzami, dostrzegłam w niej siebie. Kogoś takiego jak ja wiele lat temu. I chyba po raz pierwszy wydała mi się bliska. Będę musiała jakoś to wszystko wyprostować. Naprawdę chcę, żebyśmy były fajną, choć małą, rodziną. Chcę być dla niej wzorem, kimś ważnym w życiu. Jak tylko wrócę z delegacji, kupię dla nas wycieczkę do Paryża. Wtedy ona zrozumie, że naprawdę ją kocham.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje