Reklama

Reklama

Kręci mnie podwójne życie

Mogłaby mieć kilka paszportów, bo jeszcze nie wie, dokąd zaprowadzą ją marzenia. Na razie w Polsce jest praca i popularność, w Stanach czas spędzany z córką, piosenkarskie próby i pierwsza płyta.

Magda Mielcarz czerpie garściami z obu kultur: tam uczy się amerykańskiego optymizmu i tolerancji, tu celebruje rodzinne więzi i przyjaźnie na dobre i złe. A gdy nadchodzi zima, może, jak na naszych zdjęciach, wystawić twarz do słońca w swojej Kalifornii. Swojej, bo właśnie została obywatelką USA.

Paszport polski, paszport amerykański...

Reklama

Czyli plan A i plan B. Kręci mnie podwójne życie. Dwa kraje, dwa domy. Ale jedna rodzina! Zostałam obywatelką USA dwa miesiące temu. W urzędzie w Los Angeles składałam ślubowanie razem z pięcioma tysiącami ludzi. Obok mnie stali Hindus, Australijczyk, Tajka. Przekrój społeczny, rasowy.

W nagranym przemówieniu Barack Obama mówił do nas: „Welcome fellow citizens” (Witam współobywateli). Kilka lat wcześniej urzędnik imigracyjny na lotnisku przywitał mnie: „Welcome home”. Za tę otwartość pokochałam Stany. Dziwnie było w rubryce obywatelstwo zobaczyć „American”, tak jak od zawsze dziwnie było, kiedy cudzoziemcy łamali sobie język, wymawiając Mielcarz jako „Mielkarc”. Bo ja nadal czuję się Polką. Cyganką, dla której Los Angeles to kolejny – zapewne kilkuletni – przystanek w drodze.

W moim życiu nowy paszport niewiele zmienił, choć daje mi poczucie bezpieczeństwa, że zawsze będę mogła być przy mojej córce, która ma amerykańskie obywatelstwo. Nikt już mnie nie wyprosi ze Stanów.

Amerykanie podobają mi się...

w przeciwieństwie do Amerykanek. Faceci są konkretni, pewni siebie, pracowici. Dziewczyny są zbyt przewidywalne, zawsze mówią to, co trzeba, zachwycają się z egzaltacją. Mam ochotę walić je łopatą po głowie za fałszywy podziw. Poza tym Amerykanki mogą być głośne i nachalne. Wysyłają komunikat do mężczyzn: „Uważaj, bo złapię cię za gardło i przycisnę do ściany”. Kobiecość po polsku – mnie osobiście bliższa – jest tajemnicza.

W Stanach nie muszę...

nareszcie przepraszać, że żyję. Przyjechałam do Nowego Jorku do szkoły aktorskiej Maggie Flanigan Studio jako zastraszona małolata. Nauczona spełniać oczekiwania innych, a nie swoje. Nagle odkryłam, że każdy wokół mnie wierzy, że może osiągnąć WSZYSTKO. Sky is the limit! „Gdzie można zamówić tabletki na luz?”, patrzyłam na Amerykanów pewnych swojej sprawczości.

Fascynowało mnie, że młody dozorca z domu na Brooklynie był pewien, że otworzy najlepsze studio nagrań w mieście. „Wystarczy spiąć tyłek – mówił. – Gdy jest chęć, znajdzie się sposób” – to stało się moim ulubionym powiedzeniem. Zaraziłam się tą determinacją i wiarą w siebie. Choćbym miała mieszkać pod mostem, skończę szkołę aktorską – wierzyłam. Musiałam na nią sama zarobić, harowałam jako modelka. Spałam po trzy godziny, budziły mnie syreny karetek, dźwięki dogorywającej imprezy i mieszanina języków na ulicy. Byłam szczęśliwa na West 11 Avenue.

Już nie kocham Nowego Jorku...

bo nagle ten hałas, brud, zgiełk, który kiedyś mnie urzekł, stał się trudny do zniesienia. Mieszkaliśmy z mężem i córeczką w dzielnicy Soho. Dostawałam wysypki, ilekroć miałam wyjść do miasta. Helikoptery lądujące na dachu, wyjące karetki męczyły mnie, bo po urodzeniu Mayi przestawiłam się na tryb „matka Polka wijąca gniazdo”. Potrzebowałam przestrzeni. Myślałam o wyjeździe do Londynu, stanęło na Kalifornii, bo stamtąd pochodzi rodzina mojego męża Adriana.

A gdyby zamieszkać w Warszawie...

Nie z Adrianem. On nie ma do nas, Polaków, cierpliwości (śmiech). Dziwi się: „Dlaczego, ilekroć rozmawiasz z kimś z Polski, mam wrażenie, że umarł mu pies?”. Adrian, zamiast współczuć, mówiłby: „Jak coś ci nie wyszło, zrób coś, nie jęcz. Bo ja z tobą nie będę jęczeć”. Z drugiej strony ceni ludzi w Polsce za głębokość i szczerość kontaktów – jego najlepszy przyjaciel jest Polakiem.

Moja kariera w Hollywood...

To kariera kury domowej. Chcę jak najwięcej być z Mayą. Czasem po prostu spędzamy dzień na trawie w parku albo włóczymy się po plaży w Santa Monica. Mieszkamy w West Hollywood. Tam mam „profesjonalną” kuchnię i często gotuję. Udzielam się też w przedszkolu: robię dla dzieci lunch z innymi mamami, wciąż zapisuję się na „czytanki” – popołudnia, gdy rodzice czytają dzieciom bajki. Tam oczywiście po angielsku, ale w domu rządzi Tuwim, Brzechwa po polsku.

Zamarłam, kiedy ostatnio Maya zaczęła z pamięci mówić nasz ukochany wiersz "Pan Maluśkiewicz i wieloryb".

Całość znajdziesz w najnowszym numerze magazynu Twój STYL - już w sprzedaży!

Dowiedz się więcej na temat: Magdalena Mielcarz | USA | rodzina | parnter

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje