Przejdź na stronę główną Interia.pl

Co z tego, że lato odeszło - część II

Bez regulaminu

Reklama

Słoiki z przyprawami mają pozamieniane nakrętki. Fotele w salonie są nie "do pary". Plakat na ścianie lekko się odkleja, a zegar wciąż pokazuje czas letni. W drewnianej willi Małgorzaty panuje przytulny nieład. - Inaczej niż w rodzinnym domu - uśmiecha się - szkoda, że nie umiem jak mama utrzymać kontroli nad przedmiotami. Aktorka unika regulaminów. - Zasadą numer jeden było totalne zaufanie do nas - mówi 22-letnia córka Małgorzaty. Orina jako nastolatka nieraz zostawała w domu sama. Czasem na trzy tygodnie. - Gdy rodzice wyjeżdżali, opiekował się mną Xawery Rządziliśmy się po swojemu. Mama nigdy nie ingeruje w nasze wybory - opowiada. - Staram się - deklaruje Małgorzata. - Choć gdy Orinka w podstawówce postanowiła, że będzie wyglądać jak lalka Barbie, delikatnie sugerowałam: "Może włożysz dłuższy sweterek, z tego już wyrosłaś, sięga ci do żeber". Ale nie naciskałam. Nie mówiłam także: buddyzm to jedyna słuszna ścieżka. Ochrzciłam dzieci w kościele katolickim. W naszym kraju lepiej nie być totalnym outsiderem. "Jeśli sami zdecydują się na buddyzm, świetnie", myślałam, czytając im Biblię.

Dziś powiedziałabym tak: syn i córka są zainteresowani, ale raczej nie praktykują regularnie. - Mama nieraz więcej czasu poświęcała uczniom niż nam - mówi Orina. - Ale starałam się nie być zazdrosna. Małgorzata: - Odpowiedzialność za jednych i drugich jest silna, wiem, że jestem ważna dla moich uczniów podobnie jak oni dla mnie. Ale to inna bliskość niż więź, jaka łączy mnie z córką i synem. Czy dzieci coś straciły? Przyznaję, kiedy zaczynałam praktykę, wydawało mi się, że kwękający Xawery przeszkadza, że musze odciąć się od bodźców zewnętrznych. Uważałam: należy mi się godzina wyłącznie dla mnie. Wymyślałam zajęcia: "ty tu pobaw się klockami, a ja na chwilę zniknę". Błąd. Przy Orince odkryliśmy z mężem, że dziecko może raczkować wokół nas, wspinać się, przytulać, kiedy medytujemy. Już nic mi nie przeszkadzało.

- Nigdy nie chciałam zmieniać mamy - mówi Orina. - Bunt przeciw buddyzmowi? Sprowadzał się do "awantur" o imię. Chciałam być Julią, a nie Oriną. - To imię oznacza dokładnie oświeconą miłość - tłumaczy Małgorzata. Miało być jak drogowskaz. - Jeszcze je zmienię! - odgraża się Orina. Przyjaźnią się. - Fajne są nasze wieczory z psami na kanapie - mówi. - Oglądamy filmy albo gadamy. Gotujemy. Lubię wspólne wakacje w Dębkach. Rodzice jeżdżą tam od 30 lat. Życie toczy się utartym schematem. Poranne ceremonie - kawa, herbata, mama szykuje owsiankę z solą 1 konfiturą, potem dwugodzinne zbieranie się na plażę, rytuały, których za nic się nie wyrzeknę - opowiada Orina. Małgorzata stęskniła się: - Córka ostatnie trzy lata spędziła za granicą. Mimo wcześniejszych deklaracji "nie będę aktorką" wybrała studia w szkolę teatralnej w Londynie. Ma potencjał. Tak jak Xawery On też początkowo zarzekał się, że nie chce mieć nic wspólnego z filmem. Skończył jednak reżyserię w Łodzi. Kiedy oglądam jego "Chaos" albo "Wojnę polsko-ruską", pękam z dumy.

Podobnie kiedy siedmioletni wnuczek Kaj śpiewa, tańczy. Duży talent. Co zrobić - śmieje się Małgorzata. - Taka karma, sami artyści! Ironicznie dodaje: Najlepszą mamą jestem chyba jako babcia. Taką kwoką. Okropnie przejmuję się i wtrącam w życie Kaja i jego półrocznej siostry: "A czy dobrze spali? A czy zjedli duży obiad? A zapisaliście już Kaja na dodatkowe zajęcia?" - męczę Xawerego i moją synową Manię.

Wigilia w ośrodku zen

Dzwonek przy furtce domu w Wilanowie mocno zużyty. Naciskany codziennie wiele razy. Orina: - Odkąd pamiętam, zawsze było u nas pełno ludzi. Mnóstwo śmiechu, wygłupy, wspólne gotowanie. Spotykają się od lat, a teraz wpadają też znajomi Xawerego - niektórzy zostali nawet jej uczniami - i Orinki. Przyjaciółka opowiada: - Małgosia jest wiecznie zaaferowana. Ludźmi wokół, psami. Wciąż coś się jej coś jej przypala albo nie dopieka. Pamiętam nasze "herbaciane" spotkania z przeszłości: potrafiła przerwać zdanie w połowie, gdy siedziałyśmy na tarasie, i pobiec do ogrodu, bo: "Tam jest chwast na moim nowym wypielęgnowanym trawniku!". Nieraz, odcedzając buraki, wylewała świeżo ugotowany barszcz do zlewu zamiast do drugiego garnka.

- Jestem nieuleczalnie roztrzepana - zgadza się aktorka. - Parę lat temu wsiadłam do autobusu z pełnym workiem śmieci. Zorientowałam się, że zapomniałam go wyrzucić, po paru przystankach. - Roztargnienie to część Małgosi. Ale nie przeszkadza. Raczej urzeka - zapewnia Halina Golanko. - Najbliższa sesja towarzyska? 24 grudnia będziemy kolędować. - Buddyzm niczego nie odrzuca, wiec naturalne są dla mnie święta Bożego Narodzenia - tłumaczy aktorka. - Czekam na nie bardzo. Dla mnie to spotkanie przy stole jest ważne, nie zaplanowałabym w tym czasie na przykład odosobnienia na medytację. Cieszę się, bo moja wnuczka pierwszy raz zobaczy Świętego Mikołaja. Co rok losujemy, kto włoży czerwoną czapę i brodę. Jak zwykle będę miała kłopot z prezentem dla męża, który zawsze przed świętami rozsyła mail: "Proszę, nic mi nie kupujcie".

W Wigilię siądziemy przy drewnianym stole w dużym pokoju. Przyjdzie Xawery z żoną i dziećmi, moja siostra Ewa z córką i wnuczkami. Będzie też wolne miejsce dla zbłąkanego wędrowca. Córka rozłoży grosze pod każdym talerzem na "pomyślność finansową". Razem z siostrą przygotujemy kolację. Będzie barszcz i ciasto grzybowe, kapusta ze śliwkami i kompot z suszu, którego nikt nie pije. Przed północą na kolędowanie wpadnie wielu przyjaciół. Opłatek to piękny pretekst, żeby życzyć tego co najlepsze, patrząc sobie w oczy. Kolacja - żeby rodzina spotkała się na dłużej niż na chwilę - ostatnio to nam się nie udaje. Energia tego wieczoru to nadal dla mnie magia i przejaw duchowości. Chwile, gdy bywam szczęśliwa.

Marta Bednarska

Przeczytaj część pięrwszą

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje