Reklama

Reklama

Wielka księga ślubów

Witosława Onyszkiewicz-Dembińska jest żoną od dwóch lat. Ma 26 lat, robi magisterium z etnologii, pracuje jako stylistka w PANI. Jej mąż Mateusz Dembiński, trzy lata starszy od niej, jest pośrednikiem w biurze nieruchomości. Oboje, podobnie jak Otmianowscy, pochodzą z dobrych rodzin. Witosława jest córką opozycjonisty Janusza Onyszkiewicza, a ze strony mamy - prawnuczką Józefa Piłsudskiego. Męża poznała w Klubie Inteligencji Katolickiej. Mateusz był wychowawcą. Najpierw spotykali się jak kumple, wymyślali gry i zajęcia dla podopiecznych, potem Wisia wyjechała na półtora roku na studia do Kapsztadu, a ich kontakt się urwał. Gdy wróciła, poszła z bratem na opłatek do KIK-u i znów spotkała Mateusza. - I nagle doznałem olśnienia - opowiada z rozbrajającym uśmiechem Dembiński.

Reklama

- Zobaczyłem Wisię i zrozumiałam, że powinienem się o nią starać. Kiedy Mateusz pierwszy raz przyszedł do Onyszkiewiczów na obiad, po jego wyjściu Wisia przestraszyła się, że chłopak nie odwiedzi jej więcej. Ona jest jedną z pięciorga rodzeństwa, on jedynakiem, więc pomyślała, że w jej domu jest dla niego za głośno. Myliła się. Dopiero po trzech latach znajomości postanowili ze sobą zamieszkać. Bez ślubu. To był pomysł Mateusza. - Być może bał się, że przyzwyczajona do życia w dużej rodzinie będę potrzebowała ciągłej uwagi, rozmowy, obecności kogoś bliskiego? - zastanawia się Wisia. - Taka próba nie była konieczna. Lubię pobyć sama, rozumiem potrzebę spokoju, ciszy. Jestem indywidualistką. Niektórzy znajomi byli zaskoczeni tą decyzją.

Kiedy na wieczorze panieńskim mężatki wymieniały się uwagami dotyczącymi życia z mężczyzną pod jednym dachem, Wisia włączyła się do dyskusji: "Nie wiedziałyśmy, że masz męża", powiedziały chórem. "Nie mam", odpowiedziała. Nie komentowały, choć były zdziwione. Wisia nie kryje, że po roku wspólnego mieszkania z niecierpliwością czekała na oświadczyny. Mateusz zrobił to podczas podróży do Paryża. Trzymał ją w niepewności do ostatniego dnia, aby niespodzianka była większa. Sam wybrał pierścionek, miejsce oświadczyn: park Belleville z widokiem na Montmartre, a szampana miał w plecaku. Wisia deklaruje, że dla nich przysięga ślubna miała olbrzymie znaczenie: - Może nie jesteśmy zbyt praktykujący, ale na pewno wierzący. Małżeństwo to dla nas przede wszystkim odpowiedzialność za drugą osobę, zaufanie i zobowiązanie.

Ślub odbył się u wizytek, a wesele na ponad 200 osób pod Płockiem, na działce u Onyszkiewiczów. Wielkie garden party pod namiotami, szwedzkie stoły, tańce. - Zapadły mi w pamięć życzenia sceptycznej przyjaciółki: "Średnio wierzę w instytucję małżeństwa, ale jak patrzę na was, to myślę, że to najlepsze, co mogliście zrobić".

Tradycyjnie, choć po nowemu

Kazimierz Staszewski oświadczył się Karolinie dwa razy. Te pierwsze zaręczyny odbyły się po pół roku znajomości. - Na wakacjach pod namiotem dostałam od niego pierścionek - wspomina Karolina. - Potem były drugie, tradycyjne, kiedy Kazio przyjechał z bukietem tulipanów prosić rodziców o moją rękę. Rodzinie Karoliny zależało na ślubie kościelnym, dlatego młodzi zdecydowali się na niego, choć oboje są niewierzący. Kazio nie musiał składać przysięgi, tylko stał obok narzeczonej. Wcześniej chodził na nauki przedmałżeńskie, aby Karolina nie była na nich sama.

Podczas ceremonii panna młoda miała na sobie białą suknię, pan młody był w koszuli bez krawata, garniturze i trampkach. Wesele w restauracji Stary Młyn w Konstancinie było tradycyjne, a oprócz zespołu kilka piosenek dla młodych wykonał ojciec, Kazik senior. Monika Mrozowska i Maciek Szaciłło wzięli cichy ślub. Wesele też było skromne. Zaprosili najbliższych przyjaciół i rodzinę. - Imprezę weselną zorganizowaliśmy we własnym mieszkaniu - wspomina Monika. - Jedzenie przyrządziliśmy sami. Gotowaliśmy cały dzień i pół nocy. Ale dzięki temu mieliśmy poczucie, że to nasze święto. Był tylko jeden problem. Dostałam od przyjaciółki piękną suknię mongolską, w której miałam wystąpić na ceremonii, ale wcześniej jej nie przymierzyłam. Byłam już w ciąży i… nie zmieściłam się. Włożyłam więc sukienkę, w której ze dwadzieścia razy byłam na imprezach. Ale to i tak nie miało dla nas większego znaczenia. Było ciepło i rodzinnie. Karolina Staszewska i Monika Mrozowska nie zamierzają poprzestawać na modelu rodziny dwa plus jeden. I wcale nie uważają, że dzieci to koniec wolności.

- Podczas pierwszej ciąży nie musiałam rezygnować ze studiów, bo robiłam zaocznie pedagogikę i plastykę - wspomina Mrozowska. - Wiadomość, że spodziewamy się dziecka, była większym szokiem dla naszych znajomych. Myśleli, że to odetnie nas od imprez, wyjazdów, a my nie mieliśmy zamiaru niczego sobie odmawiać. Chodziliśmy wszędzie z córeczką, bo uważaliśmy, że lepiej, jak zaśnie na naszych kolanach, niż jak będziemy ją podrzucać rodzicom. Pierwszy raz wyjechała z nami na wakacje pod namiot do Hiszpanii, gdy miała niespełna roczek. Maciek od samego początku doskonale sprawdzał się jako ojciec. Monika po porodzie musiała leżeć. Młody tata, kiedy tylko pojawił się w szpitalu, zaczął zadawać pytania i dyrygować: "Proszę pokazać, jak mam córkę myć, a jak przewijać". Pielęgniarki były zaskoczone, bo wyglądał jak chłopiec, a zachowywał się tak dojrzale.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy