Reklama

Reklama

Wielka księga ślubów

Monika Mrozowska-Szaciłło, znana jako Majka z polsatowskiego serialu "Rodzina zastępcza", wyszła za mąż siedem lat temu. Odwiedzam ją w bloku na warszawskim Bemowie, gdzie mieszka z mężem Maciejem Szaciłło i siedmioletnią córką Karoliną. Drzwi otwiera Monika. Uśmiechnięta, opalona, z okrągłym jak piłka brzuszkiem. Dwa dni temu minął planowany termin porodu, ale córeczka Jagoda nie bardzo spieszy się na świat (urodziła się w dniu, gdy oddawaliśmy numer do druku).

Reklama

Monika parzy dla mnie kawę, a mąż szykuje kanapki i sałatkę. Obydwoje zajmują się gotowaniem, piszą i wydają książki kucharskie (patrz s. 193). Poznali się, gdy ona miała 21, a on 24 lata. - Spotkaliśmy się w pracowni ceramicznej, do której chodziłam, kiedy nie dostałam się do szkoły teatralnej - wspomina Monika. - Maciek od kilku lat zajmował się ceramiką. Na początku nie zwróciła na niego uwagi. On też podchodził do niej z dystansem. Była znana, wydawało mu się, że żyje w kompletnie innym świecie. Są razem od koncertu, na który on ją zaprosił. Rozmawiali do rana, a potem ona wyjechała do Anglii i codziennie wysyłała do niego listy. Po powrocie wyruszyli we wspólną podróż. Drugiego dnia, na polu namiotowym we Włoszech, okradziono ich.

Zostali bez niczego, tylko w strojach kąpielowych, w których wyszli na plażę. - Przez dwa tygodnie przeżyliśmy szkołę przetrwania - wspomina Monika. - Ale dzięki temu przekonałam się, że Maciek jest fantastyczny i poradzi sobie w każdej sytuacji. Pomyślałam, że jeżeli tu się sprawdził, to w Warszawie może być tylko lepiej. Mama Moniki szybko zaakceptowała i polubiła Maćka, jego rodzice ją. Wkrótce zamieszkali razem w garażu u jej dziadka na działce. Wyremontowali pomieszczenie, ale warunki nadal były dość spartańskie. - Po ciężkiej zimie, paleniu w piecach i myciu się w misce zaczęliśmy szukać czegoś porządniejszego, z pomysłem, czegoś na stałe - wspomina Maciek. - Gdyby rok wcześniej ktoś mi powiedział, że zamieszkam w garażu, tobym nie uwierzyła - śmieje się Monika. - Ale Maćka nie traktowałam jako przelotnej znajomości. To uczucie przeradzało się w poważny związek. Znajomych szokowały nasze pomysły i to, że po półtora roku zdecydowaliśmy się na dziecko. Ślub wzięliśmy, gdy byłam w ciąży.

Biją dzwony świata

Socjolodzy mówią, że żyjemy w czasach singli. Gdy rozmawiam z młodymi ludźmi, słyszę, że oni wcale nie uważają małżeństwa za przestarzałą instytucję. Marianna i Mikołaj Otmianowscy są tradycjonalistami, jeśli chodzi o ślub. - Jestem przeciwnikiem wspólnego mieszkania, zanim jest się małżeństwem - mówi Mikołaj. - To się po prostu nie sprawdza. Nasi znajomi, którzy zdecydowali się na to, rozstawali się albo przestało im się spieszyć do małżeństwa. Marianna, 26-letnia blondynka w stylowych okularach, jest historykiem sztuki.

Starszy o trzy lata Mikołaj pracuje jako radca prawny w renomowanej warszawskiej kancelarii. Odwiedzam ich w eleganckim mieszkaniu na osiedlu w warszawskim Forcie Bema. Zamieszkali razem dopiero po ślubie, trzy lata temu. - Dla nas fantastyczny był ten dreszczyk emocji, oczekiwanie na bycie razem - mówi Marianna. - Szybko zdaliśmy sobie sprawę z tego, że chcemy żyć razem. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, choć na półtora roku przed ślubem byliśmy w rozjazdach. Ja studiowałam w Krakowie, potem byłam w Stanach Zjednoczonych, a Mikołaj pojechał do Anglii, aby otworzyć oddział kancelarii. Marianna nie lubi słowa "tradycjonaliści", bo jak mówi, kojarzy się jej z konserwatyzmem.

Tymczasem oni żyją współczesnością, choć przyznaje, że dla niej i męża wiara, jej zasady i dążenie do życia w prawdzie są bardzo ważne. Te wartości porządkują ich świat. - Może trochę odstajemy - śmieje się Marianna. - Słuchamy muzyki klasycznej, lubimy razem żeglować. Ale czy to czyni z nas dziwaków? Oboje pochodzą z rodzin z tradycjami ziemiańskimi. Są związani z Klubem Inteligencji Katolickiej (Marianna też z Przymierzem Rodzin, a Mikołaj z korporacją akademicką Welecja, które propagują samodoskonalenie i poświęcenie na rzecz innych). Podkreślają, że ich ślub nie był dodatkiem do wesela, tylko najważniejszym momentem w życiu. Pobrali się w rodzinnej parafii Marianny przy placu Zbawiciela. Na ślubie było pięciu zaprzyjaźnionych księży. Zebrało się tak wielu bliskich i przyjaciół, że składanie życzeń i wpisywanie do księgi pamiątkowej trwało dwie godziny. Przyjęcie weselne, które odbyło się w Centralnej Bibliotece Rolniczej przy Krakowskim Przedmieściu, rozpoczęto polonezem i wszystko wyglądało jak w XII księdze "Pana Tadeusza". Para młodych spędziła miodowy weekend w zamku w Janowcu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy