Przejdź na stronę główną Interia.pl

Serce na lekarstwo

Pokój to nie sala zabiegowa

Jest może 10, a ja, choć pocieszona, z emocji i zmęczenia ledwo stoję na nogach. Wracam do łóżka, by zapaść w ciężki, pełen złych obrazów sen. Budzi mnie salowa: przynosi obiecaną dietetyczną zupę. Musiałabym być bardzo głodna, żeby zjeść coś, co ma taki zapach i tak wygląda. Czym prędzej wynoszę bulionówkę. Im mniej zjem, tym lepiej dla mnie, bo obiecana "wlewka", czyli lewatywa, wywraca na lewą stronę moje jelita. W czasie zabiegu sąsiadka dyskretnie wychodzi.

Reklama

Co to za pomysł, żeby pokój w szpitalu traktować jak salę zabiegową? W wyciągu z praw pacjenta, z którymi postanowiłam się jednak zapoznać, wyraźnie jest napisane: zgodnie z Ustawą z dnia 5 grudnia 1996 r. o zawodzie lekarza, a konkretnie z artykułem 36 ustawy, "przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych może uczestniczyć tylko niezbędny, ze względu na rodzaj świadczenia, personel medyczny". Dobrze, że współlokatorka może chodzić. Gdyby nie mogła, zapis ten okazałby się czystą teorią.

Wypiąć pupę

Mam wrażenie, że obolałe po badaniach ciało nie należy do mnie. Podczas wieczornego obchodu zostaję uprzedzona, że przed 6 rano czeka mnie kolejna "wlewka". Już wiem, co to za tortura, więc proszę, żeby przełożyć to na później, bo na sali operacyjnej mam być w końcu po 11. Wyspana będę z pewnością w lepszej formie. Nic z tego. To nie moje dobro decyduje o terminie zabiegu, tylko harmonogram pracy pielęgniarek.

Ból głowy - efekt stresu i pustego żołądka - staje się nieznośny. Na szczęście dostaję tabletkę nasenną. Odpływam, starając się nie myśleć o jutrze. Wyrywa mnie ostry dźwięk. Jest może 5.30, podnoszę głowę. Salowa wymienia worek w metalowym koszu na śmieci, trzaskając nim bezceremonialnie. Na widok mojej zdziwionej miny, kpiąco rzuca: "dzień dobry!". Wyraźnie bawi ją, że właśnie mnie obudziła.

Szpital przed 6 jest miejscem pełnym życia, sądząc po wesołych i głośnych rozmowach na korytarzu. Opadam na poduszkę, próbując jeszcze choćby na chwilę przysnąć. Nie na długo. Budzi mnie uczucie, że ktoś pochyla się nade mną. Słyszę polecenie: "wypiąć pupę!".

A prawo do godności?

Półprzytomna dostrzegam pielęgniarkę z lewatywą. W pokoju jest salowa, moja sąsiadka, drzwi na oścież otwarte. Żadnego "dzień dobry ", "przepraszam"... Fale ostrego bólu i światłowstręt to sygnał, że mam migrenę. Mówię o tym pielęgniarce, a ona gniewnie rzuca, że nic jej to nie obchodzi. Musi zrobić zabieg, bo zaraz kończy dyżur. Tłumaczę, że potrzebuję leku przeciwbólowego, i to silnego. "Co mi tutaj pani wyczynia! Przecież lewatywa to zabieg pielęgnacyjny, a jak pani nie chce się temu poddać, musi podpisać oświadczenie".

Ja już niestety wiem, że obiecana "wlewka" to nie spa. Zwijając się z bólu, piszę, że "odmawiam poddania się zabiegowi przed konsultacją z lekarzem". Czerwona z wściekłości pielęgniarka wychodzi, trzaskając drzwiami. Lekarza wciąż nie ma. A ból staje się nieznośny. Zjawia się kolejna pielęgniarka. Znowu zapala się ostre górne światło. "Krocze już wygolone? Proszę podciągnąć koszulę, muszę sprawdzić!" - młoda brunetka musztruje mnie i sąsiadkę. To jest to poszanowanie intymności?!

Anioł na mojej drodze

W końcu zagląda pan doktor i dostaję środki przeciwbólowe. Po dobie spędzonej w szpitalu jestem w tak złej formie, że naprawdę zaczynam rozważać rezygnację z dalszego leczenia. "Dzień dobry, jestem psychologiem, chciałabym zapytać, czy pani odczuwa dyskomfort w związku z pobytem na oddziale?" - nad moim łóżkiem staje piękna jak anioł dziewczyna z ciepłym, łagodnym uśmiechem.

Pierwsza osoba, prócz mojego lekarza, która traktuje mnie jak człowieka, nie przypadek medyczny. I to właśnie jej mówię. Nie sprawia wrażenia, że jest zaskoczona. Nie zdążę jej jednak wiele wyjaśnić, bo za chwilę będę już na sali operacyjnej. Tabletka na uspokojenie, śmieszna krótka koszulka i wycieczka przez długie szpitalne korytarze na łóżku w pozycji horyzontalnej. Dziwne uczucie...

Wraz z przekroczeniem drzwi z napisem "blok operacyjny " wszystko się zmienia, jakbym nagle zmieniła szpital. "O, oczy się szklą, nie wolno tak!" - słyszę od kogoś. "Te bransoletki powinny być zdjęte, ale jeśli przynoszą szczęście, ponegocjujemy z panią anestezjolog". "Wszystko będzie dobrze!" I było.

Wybitni ginekolodzy, doskonały anestezjolog, profesjonalne i troskliwe pielęgniarki anestezjologiczne - ci ludzie naprawili to, co w moim ciele nie działało. Powinnam czuć tylko wdzięczność. A ja mam mieszane uczucia. Nie mogę pojąć, dlaczego tak wielu osobom, które spotkałam w tym szpitalu, zabrakło nie tylko wiedzy o prawach pacjenta, ale po prostu życzliwości, a czasem... zwykłej kultury. I jak to jest, że rolę prześladowcy zagrały w tym spektaklu kobiety? Przecież gdyby same zostały pacjentkami, też czułyby lęk, byłyby zestresowane, bezbronne. Zabrakło im wyobraźni? Jedno jest pewne: za murami szpitala nie ma mowy o kobiecej solidarności, empatii. Jak długo?

Barbara Petrycka

Twój Styl 4/2013



Dowiedz się więcej na temat: poród | ciąża | szpital ginekologiczny | ginekolog

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje