Przejdź na stronę główną Interia.pl

Po pierwsze: życie

Uratować ratowniczki

Reklama

Basia: - Czasami przychodzi ktoś z rodziny i to on dziękuje. Pacjent woli zapomnieć o tym, co się działo, a ja jestem częścią fatalnej rzeczywistości. Nic nie szkodzi, rozumiem to, miałam dobre stopnie z psychologii - uśmiecha się Basia. Kilka miesięcy temu skończyła studia. Poszła z wzorowym dyplomem do kadr częstochowskiego pogotowia. - Miałam ładne CV, doświadczenie w karetce, motywację. I co? Usłyszałam: kobiet nie zatrudniamy. Nie wierzyłam, że zostanę odprawiona z kwitkiem, choć przez trzy lata kontaktów z ratownikami nasłuchałam się dużo o przypadkach dyskryminacji. Uważałam, że jestem dobra, na pewno nie gorsza od mężczyzn. Wściekłam się - opowiada poirytowana.

Dzisiaj znają ją wszyscy ratownicy w Polsce. A szczególnie - ratowniczki. - Postanowiłam nie dać za wygraną. Po co szkoły medyczne wypuszczają tyle absolwentek, skoro potem nie ma dla nich pracy? W krajach zachodniej Europy karetki są tak przystosowane, że mogą w nich pracować zespoły złożone z samych kobiet. Rozwiązania techniczne noszy, aparatury, sprzętu, który jest lżejszy, wygodniejszy - to wszystko przecież można zrobić także u nas. Nonsens, że jesteśmy mniej profesjonalne - złości się Basia.

Po tym, jak zatrzaśnięto przed nią drzwi pogotowia, napisała do ogólnopolskich dzienników, zadzwoniła to TVN24, radia, programu "Uwaga". Przyjechały telewizje, zrobił się szum. - Powiadomiłam Państwową Inspekcję Pracy, organizacje feministyczne, radnych, w końcu naszą posłankę Halinę Respondek. Piszemy interpelację, pracujemy nad wnioskiem o zmianę ustawy o ratownictwie medycznym - opowiada Basia. Zapisała się do Krajowego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych, dostała do jego władz. Pracuje nad utworzeniem sekcji do spraw dyskryminacji kobiet w ratownictwie medycznym. - Chcemy też stworzyć Izbę Ratowników, taką jaką mają pielęgniarki i położne. Trudności? Nieprzychylni ludzie? Nie szkodzi. Jeśli nie znajdę pracy w Częstochowie, znajdę gdzie indziej.

Ciągle jestem ratowniczką, to nie jest zawód, który zależy od tego, czy ma się etat - mówi zdecydowanie. Niedawno widziała wypadek. Kobieta jadąca osiedlową drogą źle wymanewrowała i wjechała w drzewo. - Ratownik działa automatycznie. Ludzie się gapili, ja natychmiast podbiegłam, zbadałam kierowcę - puls, źrenice, sprawdziłam, czy kręgosłup nie jest uszkodzony. Już nie mogę nie pomagać. Mogłabym mieszkać w karetce.

Nie-normalność ratowniczki

- To jest rodzaj misji. Tu się sprawdzają tylko ludzie, którzy stawiają wszystko na jedną kartę. Nie mam właściwie własnego życia, ale pracuję na maksa, żeby ratować życie innych - mówi Magda. W pogotowiu zarabia niecałe trzy tysiące. Nauczyła się wysypiać w godzinę, polubiła jedzenie "od Chińczyka", zmęczenie zapija kawą. - Tylko raz na pół roku muszę wyjechać na tydzień gdzieś, gdzie jest ciepło. Egipt, Majorka, Emiraty - dobre, bo daleko, nie kusi, żeby wrócić, jeśli kolega złapie grypę. To jedyny czas, gdy wyłączam komórkę i guzik "czuwanie", który normalnie świeci mi się w głowie na czerwono non stop. - Ratowniczka nie ma właściwie prywatności - przyznaje Basia. - Żyjemy "branżowo". Szukamy partnerów, przyjaciół wśród "swoich", mąż ratownik rozumie, dlaczego nie ma obiadu, wymytych okien na święta - tłumaczy.

Magda dodaje: - Swojego chłopaka poznałam w karetce, dziś jeździmy w jednym zespole. Bywa, że na dyżurze dzielimy się opłatkiem. W domu mam w lodówce przeważnie tylko światło, a na zakupy "ciuchowe" chodzę z konieczności. Mam kilka ulubionych sklepów, w których nie zmienia się ułożenie towarów na półkach. Wiem, gdzie są koszulki, a gdzie kozaki i mogę wszystko załatwić w dwadzieścia minut - opowiada Magda.

- Życie za pięć, dziesięć lat? Wezmę ślub. Kiedy zajdę w ciążę, planuję przez pierwszy trymestr pracować, ale tylko na dziennych dyżurach. Wrócę do pracy najszybciej, jak się da. Jestem uzależniona - żartuje. Miesiąc temu zespół Magdy jechał "na sygnałach" z kobietą, która zasłabła na ulicy. Pasem dla autobusów. Nagle na wysokości Dworca Wileńskiego z sąsiedniego pasa przed maskę karetki wyskoczył inny samochód. - Potem okazało się, że prowadził starszy niedosłyszący człowiek, podobno nas nie zauważył. Ostre hamowanie, przewróciliśmy się na bok, ślizgiem sunęliśmy wprost na latarnię. Czułam, że to koniec. Widziałam zbliżający się słup i prosiłam w myślach: "Tylko żeby nie bolało...". Potem na zdjęciach w internecie zobaczyłam, że latarnia wbiła się w drzwi i zagłówek dokładnie tam, gdzie miałam głowę, musiało rzucić mnie do przodu w momencie zderzenia i to mnie uratowało. Do karetki wsiadłam znowu po czterech dniach. Nie boję się. Raczej uwierzyłam, że skoro zostałam na tym świecie, to ktoś uważa, że mam tu jeszcze coś do zrobienia. Po prostu staram się być we właściwym miejscu o właściwej porze.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Twój Styl 01/2010

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje