Przejdź na stronę główną Interia.pl

Po pierwsze: życie

Łzy i papierosy

Basia najciężej przeżywa nieoczekiwane zgony. - Noc, jedziemy do mężczyzny, który wypadł z okna, nie wiadomo: wyskoczył sam, ktoś go wypchnął? Spodziewałam się zobaczyć koszmar. Tymczasem on siedział na asfalcie, nie był zakrwawiony, reagował. Rozmawialiśmy, patrzył mi w oczy. W karetce reanimowaliśmy go dwa razy. Zmarł po przywiezieniu do szpitala. Byłam w szoku, przecież przed kilkoma minutami mówił do mnie, była nadzieja. Wtedy się nauczyłam: krew nie jest najstraszniejsza. Najgorsze może dziać się wewnątrz.

Reklama

Co czuję, gdy pacjent umiera na moich rękach? Najpierw żal. Zaraz potem zastanawiam się: co mogłam zrobić szybciej, lepiej? Gdybym się rozkleiła, nie nauczyłabym się niczego. Nabieranie doświadczenia jest najważniejsze, ratownik czasem musi działać jak robot. Ratowanie życia po pierwsze.

Magda płakała w pracy dwa razy. Opowiada: - Pierwszy zgon: starsza kobieta, krwawienie z przewodu pokarmowego. Umarła na izbie przyjęć, miałam wtedy ostry dyżur na SOR-ze (Szpitalnym Oddziale Ratunkowym). Nie mogłam się doczekać jego końca, żeby wyjść na ulicę wyryczeć się. Nie chciałam, żeby widzieli koledzy. Drugi raz był jeszcze gorszy. Kilka miesięcy temu na placu Hallera samochód wjechał w dwoje dzieci przechodzących przez ulicę - rodzeństwo. Jedenastoletnia dziewczynka miała tyko złamaną nóżkę. Siedmioletniego chłopca reanimowałam godzinę. Dowieźliśmy go na OIOM, zmarł po dwóch dniach. Nie mogę zapomnieć jego drobnych ramion... - Magda zawiesza głos. - Kiedy umiera dorosły, próbuję sobie tłumaczyć: na świecie tak jest: ktoś się rodzi, ktoś musi umrzeć. Śmierć siedemdziesięciolatka jest straszna, ale w tyle głowy mam myśl: wypełnił swoje dni. Kiedy odchodzi dziecko, dla jego śmierci nie ma zrozumienia. Choć każde życie szanujemy tak samo - zastrzega Magda.

W Rembertowie mieszka dziewięciolatek, o którym myśli bardzo często. - Ma guza mózgu. Wezwano nas do niego, gdy zmiażdżył nogę w drzwiach, odciął sobie palec. Mógł się wykrwawić albo dostać ataku padaczki. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że walczę o życie, które i tak niedługo odbierze nowotwór. Staram się być u niego przed świętami, zostawić jakąś paczkę - mówi Magda. Stres odreagowuje rozmową. - Kiedy coś mnie przerasta, szokuje, muszę zadzwonić do mamy, przyjaciółki, wygadać się. Natychmiast. Nie noszę w sobie złych emocji, zwariowałabym - opowiada.

Basia ma inny wentyl. - Papierosy. To mnie uspokaja, zajmuje ręce, trochę głowę - mówi. Papieros ratuje ją po każdym kontakcie ze śmiercią. - Zwłoki trzeba szanować. Ale przecież nie mogę powiedzieć, że to przyjemne obserwować, badać martwe ciało. Chłodne i sztywne. A czasami trzeba nawet udać próbę ratunku. Tak, ratunku człowieka z pewnymi znamionami śmierci. Zdarzało mi się robić to dla rodziny. Kiedy widzę przerażone oczy kogoś z bliskich, kto przekazuje mi wzrokiem prośbę: błagam, jeszcze spróbujcie, może to nie koniec - robię to. Może to głupie, może makabryczne. Ale nie dałaby mi zasnąć świadomość, że mąż, dziecko, matka mogliby pomyśleć: nie zrobiła wszystkiego, co w jej mocy.

Współczucie jak tlen

- Czasami mam wrażenie, że pacjent, choć nieprzytomny, czuje moją obecność, że jest między nami emocjonalna nitka. Niedawno przez półtorej godziny ratowaliśmy pięćdziesięciolatka po wypadku. "Strzelaliśmy" defibrylatorem jedenaście razy, a on wracał do nas, łapał własny oddech i znowu zaczynał "migotać", odpływał. Jednak monitor ani razu nie pokazał asystolii - to ta prosta linia, która w filmach oznacza zgon bohatera. Czułam, jak bardzo ten człowiek chce żyć, w myślach walczyłam razem z nim i miałam wrażenie, że on czepia się mojej nadziei. Niezrozumiałe dla postronnych. Od prawie dwóch miesięcy ten mężczyzna leży nieprzytomny w szpitalu. Zachodzę do niego, w jakiś sposób jest mi bliski - mówi Magda. Czasami ostrzega sama siebie: uważaj, nie wolno ci zaangażować się za bardzo. A czasami gani w myślach: dzisiaj trzy razy widziałaś śmierć, a teraz spokojnie kroisz pomidory na sałatkę.

- Ale nie, nie można oswoić cierpienia. - Nasza empatia jest tak samo potrzebna jak aparat tlenowy - twierdzi Basia. - Pamiętam wezwanie do samobójczyni. Wchodzimy, w łazience wisi na sznurze ciało czterdziestoparoletniej kobiety. Jej syn jest skamieniały z przerażenia. W mieszkaniu coraz więcej ludzi - pojawia się policja, ciekawscy sąsiedzi, mąż krzyczący w szoku. A tym młodym człowiekiem nikt się nie interesuje. Podeszłam i przytuliłam go. Po prostu. Ale on właśnie tego potrzebował. Myślę, że ratownik mężczyzna nie zachowałby się w ten sposób.

- Dajemy pacjentom kawałek siebie i w sumie nic za to nie dostajemy. Ale czy ja tego oczekuję? - pyta Magda. Dwa lata temu reanimowała mężczyznę ugodzonego nożem. Stan krytyczny, nie było z nim kontaktu. Ale Magda mówiła cały czas: będzie dobrze, będzie dobrze. Przeżył, karetka odwiozła go do szpitala na Solcu. - Pojawiłam się tam po kilku dniach podczas dyżuru - wspomina Magda. - Nagle zaczepił mnie ktoś wyglądający znajomo. On. Powiedział: "To pani. Poznałem panią po głosie. Dziękuję". Nie powiem, że pracuję dla takich chwil, ale one są bardzo ważne.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje