Przejdź na stronę główną Interia.pl

Odsetki od marzeń

Koleżanka mnie pociesza: "A myślisz, że mieszkanie na kredyt jest twoje? To iluzja: meblujesz, dopieszczasz, a gdy powinie ci się noga, bank kładzie na nim łapę". Ona wciąż się dziwi, jak udało się nam wyjść na prostą. "Dzięki ryzyku", odpowiadam. Po sprzedaży mieszkania oddaliśmy pieniądze znajomym, rodzinie, spłaciliśmy najwyżej oprocentowany kredyt. Resztę zainwestowałam... w eleganckie spa w dobrym punkcie.

Reklama

"Gdy klasa średnia w kryzysie ma kłopoty, trzeba tworzyć miejsca dla najbogatszych", mówiłam bratu i przekonałam, by w zamian za udziały w spółce zainwestował w mój salon ponad 100 tysięcy. Już widzimy, że się nam udało, choć to dopiero początek. Na razie nie zarabiamy kokosów, jednak zaczynamy żyć godnie. Starcza na jedzenie, kino, leki, buty na zimę. Znajoma, która też przez długi czas nie spłacała długów w banku, powiedziała mi: "Najłatwiej dostać kredyt na małą rzecz: patelnię, blender, więc czasem biorę, mimo że mogłabym kupić za gotówkę. Żeby wykazać, że spłacam regularnie. Dzięki temu za jakiś czas będę wiarygodna".

Może to dobry pomysł? Ja już się naprawdę nie boję, bo wiem, że finansowo nic gorszego niż to, co było, nas nie spotka. "Żyjemy w czasach, w których bezpieczeństwo materialne nie istnieje", mówią znajomi, którzy mają kredyty we frankach. Oparcia szukam więc w rodzinie, w miłości. To najważniejsze, bo przekonałam się, że mogę żyć za naprawdę niewiele.

Dorota, lekarka z miasta pod Kielcami, matka dwójki dzieci, i Grzegorz, jej drugi mąż. "Żeby uniknąć sprzedaży domu przez komornika, muszą państwo się rozwieść - doradził im prawnik. - Samotnej matki nikt nie odważy się eksmitować".

Dorota: "Nie chcę słyszeć o ekranach dotykowych ani o aparatach z milionami megapikseli!", wydarłam się na sprzedawcę w sklepie RTV, kiedy zaczął wciskać mojemu 13-letniemu synowi nowego smartfona w pakiecie z tabletem. "Dostaniesz zwykłą tanią komórkę", powiedziałam Antkowi, a on wybiegł ze sklepu. "Proszę się nie denerwować, mamy raty zero procent", wołał sprzedawca. Ale ja o kredytach nie chcę już słyszeć. Dość się przez nie nadenerwowałam. Dziś uważam, że w życiu nie można być pazernym, a dorabiać się trzeba stopniowo, tylko szkoda, że wcześniej nie byłam taka mądra.

Rok 2005. Któregoś dnia wróciłam do domu i zobaczyłam na stole list. Mąż dziękował za wspólne jedenaście lat. Pisał, że odchodzi do innej i wyjeżdża do innego miasta. Szok, dół, wściekłość - wszystko minęło po dwóch tygodniach. Nigdy nie byliśmy dobrym małżeństwem, nie miałam po kim rozpaczać. Zgodziłam się na rozwód bez orzekania o winie, żeby się nie szarpać. Tylko w starym mieszkaniu ze ślepą kuchnią nie umiałam się już odnaleźć. Wszystko przypominało mi lata, o których wolałam zapomnieć.

Nad nami mieszkała teściowa, która przychodziła codziennie. Któregoś dnia powiedziała: "Dobrze, że jesteś blisko, będę miała opiekę, jestem coraz starsza". A potem zaczęłam marzyć. O trzypokojowym domku pod miastem, położonym wśród lip, z niedużą działką i stawem. Sprzedawał go mój kuzyn, chciał 300 tysięcy. "Zrobiłbym tu sobie boisko do kosza", ekscytował się syn. "Miałabym pokój", mówiła córka. Zaczęłam podliczać: moje mieszkanie warte jest 120 tysięcy. Miesięcznie zarabiam w sumie 3200. Na etacie w szpitalu mam 1600, w przychodni 1100. Z dyżurów 500 złotych miesięcznie, ale zawszę mogę brać ich więcej. Alimentów dostaję 600. W banku powiedzieli, że mam zdolność na maksimum 200 tysięcy i tylko w złotówkach. Przy kredycie na 30 lat płaciłabym 1100 zł miesięcznie. "To całkiem nieźle, niebezpiecznie jest wtedy, gdy rata zjada połowę pensji".

Rodzice nie żyli, ale wspierał mnie dziadek: "Sprzedawaj klitę i kupuj dom, idź za marzeniami, wnusiu! W razie czego sprzedasz moją działkę". Był koniec 2005 roku, kiedy zdecydowałam: zaczynamy nowe życie. Materace do spania, kilka szaf i biurko dla syna, tyle potrzebowaliśmy, żeby się tam wprowadzić. Bo w domu kuchnia i łazienka były zrobione. Przez pół roku nie mieliśmy krzeseł, siadaliśmy na kartonach z książkami. Nasz mały telewizor stał na podłodze, na pralkę odkładałam cztery miesiące.

Gdy uzbierałam trochę pieniędzy, przeglądałam promocyjne gazetki i kupowałam to, co było najbardziej przecenione: sofę z fotelem za 30 procent wartości. Odżyliśmy w tym domu. Dziadek w stawie hodował karpie, w letnie wieczory zapraszaliśmy sąsiadów na grilla. Nowe raty? Dzieci przeżywały brak ojca, który odzywał się raz na kilka miesięcy. Chciałam im to zrekompensować, więc kupiłam na raty rowery, konsolę Playstation i komputer. Wkrótce dach pokryty papą zaczął przeciekać. Fachowiec przekonywał, że nowa papa to pieniądze wyrzucone w błoto. Po kilku latach znów powtórzą się kłopoty. Przekonał do dachówki. Koszt: 15 tysięcy. Poszłam do banku...

Rata za mieszkanie też rosła, bo zmieniała się stopa procentowa. Najpierw płaciłam 1100, a za miesiąc już 1200. Po raz pierwszy przestałam się wyrabiać, gdy po srogiej zimie dostałam rachunek za gaz: 2100 złotych. A potem dobiła nas codzienność: wymiana części w samochodzie, naprawa pieca, książki do szkoły, tornistry. Przez pół roku były mąż przysyłał mniejsze alimenty, bo twierdził, że stracił pracę. Brałam więcej dyżurów, wystawiłam na sprzedaż działkę dziadka, ale długo nie było chętnych.

"Dorota, powinnaś sobie kogoś znaleźć, byłoby ci lżej", radziła koleżanka. Myślałam: "No tak, trzeba podejść do sprawy racjonalnie: z dwiema pensjami łatwiej płacić raty". Zaczęłam chodzić na randki i długo nic. Kiedy już odpuściłam, zakochałam się w Grześku, który w urzędzie zarabiał 2300, z czego 500 złotych płacił na syna z poprzedniego związku. Ślub wzięliśmy skromny. "Dobija nas twój kredyt w złotówkach, mniejszą ratę płacilibyśmy we frankach", mówił mąż.

Pod koniec 2008 roku szwajcarska waluta była wciąż popularna. Bank zaproponował przewalutowanie kredytu na dom i konsolidację wszystkich naszych zobowiązań. "Będzie tylko jedna rata", zachęcał. Tyle że ze względu na wiek Grześka nie mogliśmy rozłożyć spłat na 30 lat, tylko na 20, więc rata miała wynosić aż 2200 złotych, tylko o 100 mniej niż suma tego, co płaciliśmy teraz. "To i tak czysty zysk - przekonał nas doradca - bo kredyt uzyskany u nas spłacą państwo 10 lat wcześniej!".

Byliśmy przygotowani na wahania kursowe, ale nie na to, co się wydarzyło. Pamiętam sierpień w zeszłym roku: frank kosztował 3,70 zł, a mnie w przychodni zredukowali etat. Koleżanka ostrzegała: "Uważaj, po 90 dniach zaległości będziesz notowana w BIK-u. Pilnowałam, by nie przekroczyć tego terminu, ale w końcu przestało się udawać. Zamartwiałam się, w domu zdarzały się kłótnie o pieniądze. Dzieci niepotrzebnie słyszały moje słowa: "wylądujemy pod mostem! Będziemy dziadami!". Córka nagle przestała radzić sobie w szkole, wychowawczyni powiedziała: "Myślę, że problemu trzeba szukać w rodzinie".

"Rozwód to jedyne rozwiązanie - radził prawnik. - Musicie się rozwieść, zanim komornik upomni się o dom. Samotnej matki z dwójką dzieci raczej nikt nie odważy się eksmitować". W pierwszej chwili ucieszyliśmy się, że jest rozwiązanie, ale potem stwierdziliśmy, że są jednak granice. Zaczęłam szukać dodatkowej pracy. Prywatna przychodnia w Kielcach, przyjmuję tu przez trzy dni w tygodniu. Po dyżurze wpadam rano do domu na dwugodzinną drzemkę i jadę 45 kilometrów do nowej pracy.

Grzesiek poprosił szefa o 400 złotych podwyżki, dostał 200, zawsze coś. Radzimy sobie lepiej. Tylko domem nie mamy czasu się cieszyć. Nie zauważyłam, kiedy kwitły lipy i magnolie. Niedawno koleżanka z pracy pokazała mi fragment filmu Oburzeni, w którym ludzie tacy jak my w Hiszpanii, Francji wychodzili na ulicę, żeby krzyczeć, że mają dość banków, polityków i korupcji. Gdy go obejrzałam, przestałam myśleć, że jesteśmy z Grześkiem nieudacznikami. Podobnych do nas są miliony.

Kilka tygodni temu sprzedaliśmy działkę. Za 21 tysięcy, połowę tego, ile była warta. Zapłaciłam rachunki, odsetki, a resztę wpłaciłam na konto. Po kilku tygodniach bank zaproponował mi złotą kartę z limitem na 5 tysięcy. "Absurd! Idioci!", pomyślałam, ale Grzesiek był innego zdania: "Weź. Na wszelki wypadek". Jeszcze się waham.

Natalia Kuc

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje